Pierwsza część książki Judy Melinek („Ciało nie kłamie”), była taką odezwą dla samobójców. Jako osoba, która przeżyła to u własnego rodzica żyła przez wiele lat z traumą, że to dziedziczne. A przecież, w żaden sposób nie! Niemniej jednak to straszne doświadczenie uczyniło z niej niezwykłego patologa i jest to kolejny przykład na to, że konkretny zawód powinien zawsze wykonywać KTOŚ, kto miał w tej dziedzinie TRUDNIEJ. Nie przemyślałam tego oczywiście do końca, no bo czy rzeczywiście pracownikami więzień powinni być byli więźniowie, a nauczycielami ci, którzy ledwo przechodzili z klasy do klasy, ale musicie mi przyznać, że są to osoby, które wiedzą DUŻO. Tylko, czy to nie było by obciążające dla tych, którzy są lepsi? Czy dobrzy uczniowie uczyli by się wtedy lepiej czy gorzej? Czy popełniano by więcej przestępstw albo czy były by częściej wykrywalne?
Druga część to to opis 11 września, kiedy szpitale czekały w pełnej gotowości na rannych, a tam rannych nie było. Za to patolodzy sądowi przez osiem miesięcy próbowali to nadgonić. Naprawdę dobry audiobook!
<>
Piątek. Trochę jestem niewyspana, bo przed snem zaczęłam coś tam rolować w telefonie (ma rację Liliana, że KAŻDA informacja w nocy wydaje nam się NIEZWYKLE ciekawa) i ta godzina minęła nie wiadomo kiedy… Łucja się pokłóciła z Matim o dywanik w łazience (oni grają w jakąś grę w RODZINĘ i on wybrał ZŁY dywanik do łazienki). Byłam na siłowni, oddałam magiel do pralni, a śmieciarze zabrali szkło. Z Lilką będziemy dziś robić sernik, bo mamy przepis na taki z wiśniami, co to podobno ZAWSZE wychodzi i zrobimy PRÓBĘ przed świętami… Z Mieszkiem może pojedziemy na garnki, odebrać rzeczy, które CZEKAJĄ na nas (z zajęć sprzed miesiąca).















