Rządzić znaczy służyć. Tylko wygnaniec jest wolny.

-„Cieplarnia”. W obie strony jadąc przeczytałam… Od deski do deski! Zielony świat postapokalipsy!

Pojechałyśmy z Łucją rano po Bibs. Pies, od wtorku, był u dziadków i chociaż z równoletnim kotem Kropkiem bawił się świetnie (ramię w ramię upolowali mysz, a potem spali bok przy boku) za nami się stęsknił! Zawiozłyśmy dziadkom rurki z kremem, bo po drodze zajrzałyśmy do cukierni, zamówić tort na urodziny Łucji. Sobotę jak wiecie, mamy ustawowo wolną, więc party pewnie zrobimy w sobotę, bo ciasto odbierzemy jutro wieczorem… W ZAMIAN (za rurki) dostałam od Lutki sało, czyli dobrze przyprawioną słoninę. Babcia widziała się ze swoim bratem z Zamojszczyzny i on gdzieś tam takie przysmaki kupuje. I jest to rzecz BARDZO dobra 🙂

Dzisiaj regeneracja. Piorę wczorajsze ubrania i leżymy. Wczoraj gdy wracaliśmy pociągiem mieliśmy nieoczekiwany półgodzinny postój, bo jeden z pasażerów źle się poczuł i czekaliśmy na karetkę. Widzę, że dzisiaj jakoś wszyscy jadą po PKP, ale to jest ogromna instytucja, gdzie pewnie NIE wszystko jest idealnie, ale pracuje tam wiele wspaniałych ludzi. Ten postój wczoraj, spowodował, że spóźniliśmy na kolejny pociąg, ale chwilę zaczekaliśmy i był inny. A np. jedna z koleżanek Łucji zostawiła powerbanka w przedziale i pociąg odjechał tę minutę później, bo ona go szukała (był okazało się w plecaku). Także tak… Zawsze z drugiej strony jest człowiek, któremu zależy i nie ma co na wszystkich hurtem psy wieszać.

Lody. Najlepsze w Toruniu są podobno u Lenkiewicza! Niżej macie figę z orzechem, piernikowe i… kiwi… Gość od cytrusów rozważał też nieśmiertelną cytrynę…

14-ste!

Kto by pomyślał, że mam takiego „starego piernika” w domu?

Kombinowałyśmy jak tu zrobić urodziny takiemu DUŻEMU dziecku? Tym bardziej, że możliwości TERAZ za wiele nie ma… No i wymyśliłyśmy, że panna Łucja pojedzie z koleżankami do Torunia! W planie a)miała jechać SAMA z koleżankami (bo tym jak doskonale rozgryzła na ferie Berlin, wydawało mi się, że nie będzie z tym problemu), lecz ponieważ inne mamy nie wyraziły na to zgody, pojechałam z NIMI. ONE były w jednym wagonie, a w drugim ja (z Mieszkiem i z Lilką). Na miejscu kręciły się beze mnie i spotykałyśmy się z powrotem na dworcu. Cała podróż przebiegła pociągiem, a w właściwie dwoma pociągami, bo była przesiadka. Na miejscu zaklepaną miały wizytę w Muzeum Żywego Piernika, gdzie zrobiły pierniczki. Łucja miała im też kupić lody w najsłynniejszej toruńskiej lodziarni.

Ja w tym czasie, wraz z Lilą i Mieszkiem włóczyliśmy się po Toruniu. W Pierniczym Muzeum już byliśmy, więc weszliśmy na wieżę oraz poszłyśmy do CSW w Toruniu, gdzie to są wystawy, o których pisał np. Szczygieł.

Czy byłam potrzebna? I tak, i nie. Pociąg zanim dojechał do stacji Toruń Główny (dokąd mieliśmy bilety) zatrzymał się na stacji Toruń Miasto. A tam szybko z inną babką ustaliłam, że stąd na Starówkę jest 500 metrów… Wow! Z Toruń Główny do centrum idzie się ponad pół godziny! Super, wyskoczyliśmy wcześniej, LECZ z powrotem coś mnie tknęło, że może nie być tak łatwo… Byłam już na tym Toruń Miasto, to taka mała stacja bez IT i na rozkładzie jazdy NIE było naszego pociągu. Dziewczyn jeszcze nie było, a do odjazdu pociągu mieliśmy KWADRANS… Do stacji Toruń Główny pieszo gugiel pokazywał 51 minut… Zadzwoniłam więc po dziewczyny żeby przyspieszyły i wyszłam przed budynek dworca… Tam zobaczyłam taksówkę. JEDNĄ. Gość zadzwonił po kumpla, który dotarł tam ze stacji PKS i tymi DWOMA taksówkami („Panowie, musimy tam być za SZEŚĆ minut”) pognaliśmy. Na miejscu dzieciaki poleciały na peron, ja dałam obu taksówkarzom z górką i zdążyłyśmy. I NASZ pociąg jechał INNĄ trasą i RZECZYWIŚCIE nie przejeżdżał prze Toruń Miasto… ALEEEE, gdyby mnie nie było, to przecież NIE wysiadły by wcześniej i takie ryzyko by się nie pojawiło!

Całe towarzystwo wypompowane i ZADOWOLONE. I za rok, na wycieczkę, chcą jechać już SAME 😀

Filutka pamiętacie??? Jego pies FILUŚ pilnuje jego parasolki i melonika tuż koło rynku!!!

Najpierw, zjedliśmy (burgery :), no a potem weszliśmy na WIEŻĘ. Tu mieliśmy pierwsze upolowanie dziewczyn, bo dojrzałam z góry ŁUCJĘ… I robiąc jej obciach na CAŁY Toruń, krzyczałam z tej wieży: ŁUUUCJAAAA! tak długo, aż na nas spojrzała!

A tu już CSW Toruń. Fajna wystaw plakatów, możliwość wyjścia na dach, no i najbardziej nas uderzająca wystawa o Apokalipsie!

Czy wiecie, że Kopernik jest w maseczce??

No i te dziewczyny… Miałam się im na oczy nie pokazywać, więc tak tylko je z tyłu złapałam 😀

Ciemność trwała tak długo, że zapomniałam, jak wygląda światło.

-„Czarownica ze wzgórza”

Straaaasznie nie chciało mi się wczoraj malować… Najpierw zaczęłam wyszukiwać czy MOŻE można gdzieś podjechać żeby wesprzeć Białoruską brać? Jakiś wiec, demonstracja, zgromadzenie? NIC… Działo się w niedzielę, ale nie wczoraj… Potem znalazłam bezpłatny trening boksu dla początkujących z którymś tam naszym olimpijczykiem. A potem przypomniało mi się, że temperatura w nagrzanym aucie przekroczyła 40 stopni, nie ma co zostawiać psa SAMEGO i kombinować, BO TRZEBA zabrać się za robotę! Na dodatek kolejni sąsiedzi się wyprowadzają i wywalają wszystko co przez te 20 lat nagromadzili. Zamówili kontener, wrzucają na olx-a i śmieciarkę, ale i tak jest tego dużo. I np. resztek farb mają stertę wielkości połowy malucha… Podeszłam tylko zapytać, czy mogę sobie przekopać tę górkę, bo może jakąś białą do ścian znajdę. I znalazłam! Nie ma bata -> to był ostateczny ZNAK, żeby ruszyć z podmalowywaniem! Bo umyłam ściany i chociaż dzieci już nie brudzą, to jest pies, który brudny potrafi się oprzeć i zrobić plamę. Do poprawki jest też co roku sufit w łazience, który od wilgoci szarzeje… Spryskuję ten kąt specjalnym preparatem, no a potem maluję!

Zrobione! Bardzo się z tego cieszę, jeśli na jesieni ruszy Erasmus, w którym jest Łucja, to będziemy mieć ZAGRANICZNEGO gościa, a dom jest JUŻ wyszykowany! A propo Łucji, wkleję Wam fragment rozmowy z panną. Pokazała mi zdjęcie swojego crusha… 🙂

I jeszcze śliweczki. Taka jestem sprytna, że pojechałam na targ bez pieniędzy. Wyzbierałam to co było w torebce i kupiłam… śliwki… Pojadę w tym tygodniu jeszcze raz, a śliwki (i morele) przydadzą nam się JUTRO!

Pary są jak sekta. Chcą, żeby wszyscy byli w związkach

„Trzy dni Kondora”, s01e01

Wywiozłam dzieci do dziadków. Nie na długo, jutro wieczorem je odbieram, ale od wczoraj mam chwilę wolną. Zawsze ten pierwszy wieczór bez nich jestem taka rozbita. Rozkładam pasjansa, oglądam/zaczynam oglądać dziwne filmy i seriale, których normalnie bym nie ruszyła i roluję bez końca ekran komórki… Dziś rano miałam odczulanie, a za chwilę zabieram się za podmalowywanie! Nie chce mi się wyjątkowo, ale jest to coś co robię co roku, mało tych wolnych dni tego lata i POWINNAM. Najpierw umyję ściany (może magiczną gąbeczką?) i może poza łazienką malowanie nie będzie konieczne?

Polecam Wam zaobserwować profil Twardocha. Ja trafiłam do niego wczoraj i to co napisał o moście w Pilchowicach jest naprawdę niezłe. Ma racje, że z perspektywy pozostałych mieszkańców Polski Dolny i Górny Śląsk to to samo i że zabytki tego regionu są przez wszystkie kolejne władze pomijane. Kto by to u steru nie był… Niszczeją zamki, dwory i pałace. Dworce i kamienice. Całkowita to prawda. Śląsk btw. przechodzi z odwiedzinami na kolejne wakacje!

U góry macie kolejny projekt z Libanu. Autorką jest libańska graficzki Christina Atik a temat tej pracy to: It’s not nice for a girl to live alone. Jest to część całego cyklu: It’s not nice for a girl. Natomiast u dołu macie Lilkę. To była jedna z tych awantur: LILA, powiedz mi co chcesz na obiad, albo powiedz mi co chcesz robić???? Ona wtedy wykrzyknęła:

  • NIE WIEM!!! NIE WIEM!!! JA NIC nie wiem!!! Jestem WIELKIM znakiem zapytania!!

I zrobiła ten znak zapytania ze swojego ciała :))

Gdyby Garcia Lorka nie napisał ani jednego wersu, 2+2 równałoby by się 4, gdyby Napoleon 200 lat temu najechał na Hiszpanię i prowadziłbym lekcje po francusku 2+2 równałoby się 4…

-Magical Girl, reż. Carlos Vermut

Na Ninotekę, w ramach Wielkiego Kina, wrzucili na kilka dni, kolejny Gutek-owy wynalazek. Jest niezły! Reżyserem zachwycał się Almodovar, a i mi dawno nic tak nie pomieszało w głowie jak ten film. Jak już myślisz, że wiesz o czym to będzie, to następuje zwrot. I zostawia całą masę pytań.

Gorąco cd. Przypomniała mi się dzisiaj historia, którą kiedyś już Wam opowiadałam. W połowie ’80-tych Krzycho bronił doktorat z maszyn budowlanych w Moskwie. By środek lata i suche miejskie upały przebijające się przez kamienne, metrowej grubości, ściany katedry ekonomii. I jeden z egzaminujących się pocił. Ale to jak… I wyrywał z zeszytu kartki i wycierał sobie nimi czoło. Niesamowite, nie? Aż można sobie wyobrazić to drapanie papieru po skórze.

Ja dziś wytestowałam przysmak z PRL-u. Pamiętacie sernik z galaretkami? Robiło się różnokolorowe galaretki, kroiło się je w kostkę i mieszało z serem wymieszanym z najjaśniejszą z galaretek (na ogół cytrynową). Nie wyszła mi 1-wersja masy serowej – wymieszałam twaróg z mascarpone z przezroczystą galaretką o smaku winogron, którą wcześniej rozpuściłam w małej ilości wody. LECZ pojawiły się grudki żelatyny, których NIENAWIDZĘ. Zrobiłam więc ponownie masę serową, ale ponieważ już nie miałam TWAROGU to użyłam tylko mascarpone, mleka kokosowego i końcówki ricotty. Z żelatyną. Wyszło doskonałe i tę wersję wymieszałam z kwadracikami galaretek!

Te małe biszkopciki były NA DNIE. Bo jak przewróciłam (i polałam wrzątkiem miskę) to góra stała się dołem. Logiczne.

Jak nie oddasz mi pilota zdejmę majtki!

-Mieszko do Łucji. Nie oddała.

Jeśli macie złudną nadzieję, że u nas sielsko i idyllicznie to przypomnę, że u nas starcia TEŻ są. Tyle miesięcy razem małżeństwa mają problem, a co dopiero rodzeństwa! Liliana zarządza ilością czasu jaki Mieszko może spędzić na telefonie (kontroluje apkę rodzicielską), Łucja siłuje się z każdym o wszystko, a i mi czasem puszczają nerwy (np. dzisiaj rano do mojego pokoju przyszła Łucja pobawić się z Bibi – wywaliłam ją, bo JESZCZE spałam).

Poza tym gorąco. Nie wiem jak dałam radę przebiec te poranne 5 km, bo TERAZ głównie leżymy. W moim świecie wszyscy dziś wrzucają fotki z kajaków. Jeden znajomy (też z odzysku), akurat jest na żaglach. Razem z nim jego rodzice i dwójka jego dzieci (10,14). Przyszło mi do głowy, że tak naprawdę po rozwodach, dziadki częściej jeżdżą na wakacje z wnukami i z własnym dzieckiem… Fajne te żagle… Czemu ja w swoim czasie nie zrobiłam żadnego patentu?

Panny -> ujęcie jeszcze z Podlasia:

Czytanie każdego arcydzieła jest nieskończone

-Norwid. Tę frazę używa się jako główną na tegorocznym Festiwalu Języka Polskiego w mieście chrząszcza.

Dzisiaj był plan na wycieczkę… Męczące są takie jednodniowe wycieczki.. W normalnym trybie podróżniczym około 18-stej docieramy do bazy noclegowej i wyciągamy nogi na łóżkach. Chwilę później idziemy się po kolej kąpać i ok 21-szej zaczynamy robić podsumowanie dnia. W trakcie gasimy światło i o 22-giej wszyscy śpią. Gdy wracamy do domu wszystko się przesuwa. O 21-szej wchodzimy, kąpiele rozciągają się do 23-ciej, a o północy jeszcze nikt nie śpi.

Ale DZIŚ ściął nas ten upał i panny powiedziały, że NIE jadą. Bo za gorąco… Pojechałam tylko z Mieszkiem do piekarni, zajrzeliśmy na wyprzedaże i kupiliśmy mu spodnie od piżamy, odebraliśmy z kiosku książki i rozwaliliśmy dwie maseczki. To są JUŻ trzy zużyte. Jedną Mieszko zgubił, a w tych dwóch dzisiejszych urwały się sparciałe gumki. Myślałam, że damy radę przez pandemię z czterema sztukami, no ale potrzebne są niestety nowe…

<><>

  • Mieszko, wybierz mi, KTÓRĄ książkę mam teraz czytać?
  • I żadnej nie czytałaś?
  • Żadnej!
  • Mhm… To zacznij od tej! I ja też pójdę sobie teraz poczytać!

Młody jaką pierwszą wybrał mi Czarownicę ze Wzgórza. I ja po kilku stronach mogę Wam powiedzieć, że warto wcześniej przeczytać TEN krótki artykuł. Oraz ewentualnie TEN mówiący o tym, o czym już kiedyś pisałam. Na stosach palono kobiety, które uważano za zagrożenie oraz takie, za którymi nie stał żaden mężczyzna, a był majątek. Bogate wdowy i kobiety bez rodziny. I od razu wszystko jest w szerszej perspektywie! 😀

sierpień roku zero

Dwa dni temu, wieczorem, chciałam dowiedzieć się coś więcej o Bejrucie. Przegoniłam Mieszka, który robi sobie taki kącik game-ra: odpala jutube na telewizorze oraz gra równocześnie na dwóch telefonach i przejęłam pilota. Na naszych kanałach było to samo… Jedni i drudzy przerzucają się punktowaniem błędów drugiej strony, więc włączyłam kanały informacyjne anglojęzyczne. I bodajże na Euronews najważniejszą informacją była sytuacja szkół. To było dość ciekawe, bo gadające głowy uznały, że największą klęską pandemii była nie gospodarka, LECZ edukacja. W 160 krajach dzieci przerwały naukę i szkody spowodowane taką przerwą i opóźnieniem uważane są za największe. 2020 nazywany jest nie, rokiem, którego nie było, lecz rokiem zero. Od którego wszystko będzie toczyć się inaczej. Gdzieś mi mignęła jakaś ciekawa telekonferecja na ten temat, ale nie mogę jej teraz znaleźć (zajrzyjcie natomiast na stronę Centrum Kopernika po webinary o zdalnym nauczaniu)… Wszystkie decyzje i wydarzenia jakie miały mieć miejsce w życiu dzieci i nastolatków przesunęły się w czasie, nie o pół roku, lecz o rok, lub nawet dwa. I to jest największy problem! Cieszę się bardzo, że rusza szkoła!

Wrzucę Wam Lilkę w chuście przed klasztorem prawosławnym w Supraślu. Tak mnie poruszył ten Liban, bo gdyby jedna z tych gałęzi mojego życia poszła inaczej, pewnie bym teraz siedziała na plaży Bejrutu. Z dziećmi? Szczerze, pewnie by tak się nie potoczyło, no ALE szok co tam się stało, jest. NIE odpuszcza ten 2020! Btw. zdjęcie u góry to projekt młodej libańskiej artystki Myriam Boulos.

<><>

Kupiliśmy sobie w Kazimierzu lemoniadę. Dużą, w plastikowym kubku załadowanym miętą i cytryną. Jechaliśmy potem autem i Łucja raz po raz dolewała tam wody. Za którymś razem, siorbnęłam i mówię:

  • Łucz, to nie ma już smaku. Weź zmasakruj cytrynę.

Panna chwilę walczyła ze słomką, potem dała mi ze słowami:

  • Masz. Zmasakrowałam.

😀

Jeżeli wygram, wszyscy uznają mnie za geniusza. Jeżeli przegram, będę wariatem. Tak pisze się historię

Artemis Fowl, chyba nasz pierwszy film z 2020 roku!

Obejrzeliśmy wieczorem film o elfach i zachciało się nam więcej tych elfów! A dzisiejszą wyprawę nazwaliśmy „Pożegnanie z Magicznymi Ogrodami”. Dlaczego „pożegnanie”? BO adresatem tej atrakcji są zdecydowanie dzieci mniejsze… I w sumie gdybym chciała nas gdzieś zabrać pewnie lepiej było by odwiedzić Most w Pilchowicach. Z pewnością dostrzegliście już ten trend, że wszyscy teraz gnają by zrobić sobie tam zdjęcie, by pokazać, że most jest PIĘKNY i zburzyć go nie można, a z pewnością NIE dla jakiegoś hoollywod-zkiego szajsu. No ale MOST mamy dalej, a w Ogrodach nie byliśmy AŻ DWA lata. W tym czasie doszły TAM nowe atrakcje i to zawsze konkretna porcja wrażeń na świeżym powietrzu! O Magicznych Ogrodach było już dużo: to park rozrywki gdzie tematem są krasnale i magiczne stwory.

Wyhasaliśmy się a potem promem dotarliśmy do Kazimierza! W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w naszym ulubionym przydrożnym zajeździe, zjedliśmy wielkie michy zup i wzięliśmy na wynos pierogi. Takie z jagodami i śmietanką bardzo dobrze nam smakowały, podjadane po drodze!

Z Morgolem TYLKO ja sobie tym razem zdjęcie zrobiłam 😉
Pływaliśmy na tratwach…

Byliśmy na wielkich huśtawkach:

Nowa atrakcja, której nie znaliśmy to był park linowy w koronach drzew. Przyjemne!

Dmuchane poduchy do skakania znaliśmy z nad morza!

A to już PROM! To się bardzo dzieciakom podobało!!!

I Kazimierz! Kogutki przywiezione!

Wybaczenie można poznać po tym, że dawne wydarzenia budzą smutek a nie gniew.

z braku fikcji do czytania, ruszyłam stertę książek zaczętych, na którą składają się głównie poradniki i eseje. I „Biegnąca z wilkami” jest jednak świetna! Uniwersalna i mądra. Dużo tam ładnych metafor takich jak „czarny żużel pod skórą duszy”, ale też logicznych stwierdzeń typu, że mroczne sekrety, które zaklepujemy w sobie ZAWSZE wyłażą… Ograniczają nas, a gdy ich nie nazwiemy to pojawiają się w snach. Tych, w których chcemy krzyczeć, ale nie wydajemy głosu, tych, kiedy nie możemy oddychać i tych, gdy migają światła, a my nie widzimy przełącznika… Btw. Zrobiłam sobie wczoraj ćwiczenie polecane przez autorkę: narysowałam linię mojego życia zaznaczając na niej momenty NAJtrudniejsze i przełomowe. Tam, gdzie można było robiłam rozwidlenia JAK to mogło się potoczyć. Naprawdę bardzo fajne zadanie!

Dziś pochmurno więc kolejna porcja książek. Mam z tym problem bo zawsze gdy wrzucam do koszyka mam ochotę zamówić więcej, więc odgórnie ustalam sobie ILOŚĆ. Tym razem porcja dla Łucji, w oparciu o fora i recenzje. Ze stworzonej przeze mnie listy panna wybiera trzy, a ja dorzucam jej jeszcze jakąś jedną. Za drzwiami to nastoletni thriller, Punkt to historia o utopijnym świecie bez bólu, I co ona ma zrobić? to opowieść o pokonaniu traumy (bardzo podobna ważna książka), a Wyspa reklamowała się pytaniem: „Jesteś myśliwym czy zwierzyną?” czyli turniej w stylu Igrzysk Śmierci. Dotrą mam nadzieję w tym tygodniu!

<<>>

  • Lila, jadę na rynek. Co kupić? Potrzebuję cebulę, wezmę też cukinie to będziemy dalej eksperymentować… Jabłka jeszcze mamy, ziemniaki też, czyli jakieś owoce?
  • Tak. Kup maliny. I coś do makaroggi.
  • Czyli szpinak i pomidory. I może śliwki?
  • Tak śliwki też!