I dynie trzeba by kupić!

Lilka w sobotę będzie nagrywać teledysk… Tzn. NIE ona, lecz pani od muzyki, lecz ze swoim chórem, czyli między innymi z Lilką. Panna przyszła dumna, że będzie mieć specjalną zieloną koszulkę, ALE starsza siostra zaszydziła, że może pani chce zrobić z nich green screen? Będą takie latające główki jak w Bohemian Rapsody? 😀

Żarcik oczywiście, koszulki są CIEMNO-ZIELONE, więc NIE sądzę. Jakby jednak nie było, sobotę mamy już częściowo zajętą! Pochwalę też pannę Lilianę, że mieli konkurs kuratoryjny z angielskiego i poszedł jej DOBRZE. Tzn. NIE był to najwyższy wynik w szkole, lecz raptem 3% słabszy od best-a! Ja tymczasem zrobiłam KONSPEKT na jutrzejsze zajęcia, zaraz to idę drukować. Jutro po szkole muszę zamówić jakieś ćwiczenia dla Lilki oraz książkę od religii, której okazuje się Mieszko cały czas nie ma (mamy prawie listopad, ale jakoś wcześniej się nie zorientowałam :/)

<>><<>

Dzień w biegu… Dałam na noc szansę Klarensowi i ZNOWU od trzeciej w nocy liczyłam owce, bo on postanowił wyjść, a ja NIE mogłam zasnąć. Jak mnie obudził to zdałam sobie sprawę, że miałam bardzo realistyczny sen, jak rozwiązać pewien problem. Niczym Mendelejew, który we śnie zobaczył idealną tablicę. Czy to oznacza, że mój umysł nawet w śnie próbuje być produktywny? Obrzydliwe. A gdzie jednorożce i absurdalne sytuacje, jakie nam się w majakach nocnych powinny przydarzać?!!

Środa, co to miała być inna

Wstaję co dzień rano z taką obawą, że oto czeka mnie skrobanie szyb… NA RAZIE przydarzyło mi się to raz, ale dziś miałam dyżur w mało dynamicznym miejscu i wrzuciłam sobie do komórkowej wyszukiwarki: JAKA będzie zima 2021/2022? No i mówią, że znowu mroźna! Listopad ma być standardowy, a od grudnia zacznie mrozić. Cóż, my jeszcze nie grzejemy, chociaż Łucja powróciwszy z gór marudziła, że ZIMNO. Już przywykła, no ale póki co temperatury nie są niskie. A propo wycieczek panna ma już zapowiedzianą kolejną! Na wiosnę jej klasa jedzie na Ukrainę! Super. A w piątek panna bierze udział w eliminacjach do Olimpiady z Języka Angielskiego. Także wow, wytypowano ją w szkole i NIECH idzie!

Czytałam ostatnio o Efekcie Pigmalliona. To mityczny król Cypru, który zakochał się w stworzonej rzeźbie i poprosił Afrodytę, by mu ją ożywiła. W psychologii to motyw, kiedy mówimy komuś,że jest w czymś dobry i ta osoba TAKA się staje. Jakiej by dziedziny pochwała nie dotyczyła. Kiedyś czytałam to w odniesieniu do sportowców, ale jest to patent, który warto stosować na dzieciach. I tych własnych, i tych szkolnych. I wydaje, że nie ma lepszej metody motywacyjnej!

<><>

Mieliśmy dziś iść do kina. Na wytęsknionego Venoma (weszła też DIUNA)… ALE Liliana ma projekt na jutro, którego NIE zrobiła!!! JESZCZE nie zrobiła…. A na dodatek TERAZ ma zajęcia z chóru. Cóż. Przekładamy TO na kolejny tydzień!

Wiedział, że ma jeden ważny atut – bohaterowie zawsze sobie jakoś radzą.

-Pozłacane Wilki

Wylądowałyśmy w Polsce późno… Małe było zamieszanie z parkingiem bo okazało się, że sposób naliczania stawek był od południa do południa, czyli teoretycznie powinnyśmy były dopłacić. Byłam na to gotowa, LECZ właścicielka powiedziała, że nie ma sprawy. Okej, podziękowałam i obiecałam, że kolejny raz TEŻ u nich zaparkujemy. Potem śmiałyśmy się z Lilianą, że tak się napatrzyłyśmy na rzymskich mistrzów koperty, że JAK ja TERAZ ruszę, to powycinam wszystkie lusterka na parkingu, ALE też jakoś wyjechałyśmy. No a potem, zeszły jakieś esemesy i przypomnienia. Napisała np. moja opiekunka stażu, że RANO przyjdzie do mnie na lekcje. Buff. A ja głową w wakacjach i BEZ żadnego konspektu… Ocknęłam się jednak, że w poniedziałek to ja zaczynam od 3 lekcji i JEJ nie pasowało. Przełożyłyśmy to na piątek, za to ja BYŁAM już na lekcji u niej.

Po włączeniu meili okazało się TEŻ, że od TEGO tygodnia zaczynam lekcje z dziećmi z orzeczeniami, mam jakieś papiery w kadrach do podpisania, a jak jechałyśmy z lotniska to Liliana przyznała się, że na poniedziałek (WCZORAJSZY) miała przeczytać Pana Tadeusza. Droga minęła więc nam w milczeniu, na PRZESŁUCHANIU pierwszego fragmentu audiobooka Pana Tadka, pobranego na szybkości z netu… Plus i bonus ostatnich dni, to że Łucja przygotowała z Mieszkiem prezentację o hobby na godzinę wychowawczą i wyszło to bardzo ładnie. Łucja z Mieszkiem byli w tym czasie TROCHĘ sami (bo Mieszko szedł w piątek do szkoły), trochę z dziadkami, a w sobotę rano przejął ich tato. Są więc ciut na nas nabzdyczeni i tak kombinuję JAK tu ich rozpogodzić… Także wpadłyśmy zrelaksowane, a rzeczywistość od razu nas przyspieszyła!

Ci siamo NOI!

-to MY!

Plan był taki, że na 13-ste urodziny zabieram do Rzymu! ALE… wszystko rozwaliła pandemia… Bilety miałyśmy na luty 2021 i nam je odwołali. Niewiele myśląc kupiłam KOLEJNE. I te TEŻ odwołali… Bo się granice pozamykały!!! Tyle, że środki z zakupu tych drugich biletów na konto nie wróciły… Pomyślałam, że no trudno, czasem się traci, ale oto w w lipcu kasa wróciła, tyle, że w formie vouchera, do wykorzystania do końca roku!

Czasu nie było, zaklepałam bilety na Dzień Nauczyciela! Kombo emocji i zdarzeń września było tak duże, że bliska byłam rezygnacji, ale Lilka TAK chciała, że aż zaproponowała, ze ona stawia hotel 😉 I naprawdę TEN wyjazd był potrzebny nam obu!

Rzym jest cudowny. Strasznie ich łupnęła pandemia, sklepy poznikały, a na ulicy przewalają się śmieci. Ludzi też jakby mniej, ale widać, że wszyscy chcą już żyć normalnie. Paszporty Covidowe miałyśmy sprawdzane często (taki life-hack, że lepiej mieć na papierze niż w telefonie, bo w telefonie po 5 minutach Cie wywala, a czasem coś się przedłuży i trzeba się logować na nowo). Poza tym, JEST tanio. To absolutnie zdumiewające, ale ceny miałyśmy niższe niż na Śląsku tego lata. W każdej praktycznie kawiarni cena za kawę i croissanta jest stała i jest to… 1,50 euro! Jedzenie jest pyszne i z Lilką miałam o tyle łatwiej, że ona w ekipie jest wszystkożerna więc mogłyśmy wybierać miejscówki dowolnie.

Pewno takie napięcie miałyśmy na początku. Gdy siedziałyśmy na lotnisku, jeszcze w Polsce, zadzwonił Rashid z Manchesteru, czyli gość od bookingu, który ogarniał nam transport z lotniska. Przylatywałyśmy ok 22-giej i naturalne wydawało nam się, że po nocy nie będziemy szukać hotelu. A ON zadzwonił, że sorry, ale nie ma taksówki i już nam „refund” money. Wylądowałyśmy więc z zamiarem wynajęcia od razu ubera, ale gdy wyszłyśmy z dworca zobaczyłyśmy busy do Temini i wsiadłyśmy w taki bus. Nasz hotel miał być koło dworca właśnie i 40 minut później zaczęłyśmy krążyć by znaleźć hotel. Zrobiłyśmy pętlę, nawigacja zgłupiała i ja powiedziałam: Liliana, nie ma co się wygłupiać, zamawiamy ubera. Po dwóch minutach przybył Giuseppe, a 10 minut później byłyśmy już w hotelu, którego byśmy NIE znalazły. Drugiego dnia ruszyłyśmy szlakiem atrakcji obowiązkowych (fontanny, place i koloseum) i okazało się, że aparat NIE działa. W pamięci były zdjęcia i ostanie były to te zrobione DWA lata temu z Łucją. Na wyjazdy samolotem zabieram taki mniejszy aparat, który się przez ten czas trochę ZASTAŁ… Wieczorem więc siadłam, rozkręciłam co się dało, poprzestawiałam ustawienia i ZACZĄŁ działać. Uff… (niektóre fotki są z tego pierwszego dnia i są z taką kaszą).

Kolejny dzień to był Watykan i tu jedna świetna sprawa. Włosi nareszcie uruchomili sprzedaż biletów on-line i do muzeów Watykańskich miałyśmy regularny bilet (bez ozdobników typu przewodnik czy obiad, bo TYLKO takie mixy do tej pory można było kupić). Chciałam, żeby Lilka zobaczyła Kaplicę Sykstyńską i Stworzenie Adama, bo dobrze ten motyw kojarzyła. I od tego momentu cały nasz pobyt naprawdę fajnie się rozkręcił. Panna wyczaiła jakieś bubble tea, a potem ruszyłyśmy na Travestere do świetnej knajpy! Kolejny dzień to Castel di Sant Angelo, gdzie cała masa ludzi grała i śpiewała, next dzielnica żydowska i przecudowna wyspa na Tybrze – całkowicie niewykorzystana (u nas taka strefa była by zawalona ludźmi!). Wracając trafiłyśmy na Demonstrację AntyFaszystów (idea słuszna, więc się dołączyłyśmy),a gdy się zakończyła zapytałam jednego z organizatorów czy mogę wziąć sobie flagę (bo wszyscy brali i NIE pytajcie mnie PO co mi to było, bo sama nie wiem). Posso prendere uno? – SI, certo! Qunto volete! Uno, due, tre!? Więc wzięłam dwie. 🙂 No i został jeszcze dzień wyjazdu z wylotem ok 17-stej, który rozpoczęłyśmy (już z bagażami) od wizyty w Willi Borgheste (taki duży park, tylko, że z papugami), potem dzielnica filmowa i Bar Harry, który okupowali kiedyś wszyscy aktorzy chwalący sobie Dolce Vita, kościół Kapucynów z mrocznymi katakumbami i knajpa azjatycka, z palnikami na stole (tak żeśmy się ojadły, że był to nasz śniadanio-lunch i nie jadłyśmy nawet później kolacji).

Wyjazd był low-costowy, na Ciampino również wróciłyśmy autobusem, a w Polsce auto zostawiłyśmy na parkingu niedaleko lotniska. Nie rezerwowałyśmy miejsc w samolocie i właściwie to NIC nie kupiłyśmy. Przywiozłyśmy dwie flagi, pinsa z Boca de la Verita i sześć szkiełek murano (były po 50 centów). Bardzo nam się obu TEN wyjazd podobał!

Btw. samolot był pełen nauczycieli, którzy lecąc z Polski niemalże opróżnili powietrzny barek z prosecco. Miłe to być częścią grupy zawodowej, która się tak potrafi bawić 🙂 Ale to nic!!! W tym barze Harrego siedziały obok nas dwie Francuzki w moim mniej więcej wieku. I jedna w którymś momencie powiedziała po ang: I’m so glad to be here! I (UWAGA!) one zamówiły sobie na ŚNIADANIE po kieliszku szampana z KUBEŁKIEM lodu! 🙂

kasztany
Trevi
Watykan
Panteon
W Bubble Tea (każdym) są takie karteczki na ścianach, na których możesz coś napisać. Napisałyśmy 🙂
Muzea Watykańskie
Watykan
Tramwaj. Kupiłyśmy sobie bilety dobowe na 48 h i bardzo to było dobre. Głównie korzystałyśmy z tramwajów, ale metro i autobusy TEŻ się przydarzały.
JA stoję w drzwiach naszego hotelu i fotografuję Lilkę wychodzącą JUŻ w niedzielę rano z plecakiem. San Lorenzo. W recepcji był najpiękniejszy mężczyzna na świecie. Ach i jeszcze: panna trzyma różową papierową torbę ze ZNACZKAMI dla zwierząt. Bo kupiłyśmy coś dla NASZEGO zwierzyńca!
wyżej i nizej wiec
A to nasze ukochane wybrzeże wysepki na Tybrze
(chwilę tam poleżałyśmy)
Lilka w Tybrze zanurzyła rękę
Koloseum

Ładny kot z tego Klarensa

babcia, gdy ostatnio wpadła na sekundę z garem zupy 🙂

Mieszko ma w szkole cudowne zajęcia teatralne. On robi się taki sztywny i poważny i one go świetnie rozładowują. Wyobraźcie sobie, że wczoraj musieli pójść do kuchni i ŚPIEWAJĄCO zapytać pań, które gotują, co JUTRO na obiad 🙂 A co lepsze, panie się tak wkręciły, że też im odpowiadały ŚPIEWAJĄCO!

Dzisiaj Dzień Nauczyciela. Tzn. właściwie jutro, ale gale już trwają, a fanty są rozdawane. Głupio mi trochę, bo nie czuję, że powinnam coś dostać. Ta praca jest naprawdę fajna, szkoła jest extra i czuję, że dostajemy naprawdę potężne wsparcie. No ale mam i KWIATY, I PREZENTY (kubeczki, laurki, czekoladki, a nawet słoiki MIODU). A ja z tej okazji na chwilę znikam. Będę w nocy z niedzieli na poniedziałek, czyli kolejny wpis w PRZYSZŁYM tygodniu. Teraz biegam po domu i sprzątam, bo za kilka godzin wpadnie Lutka i na przyjazd babci MUSI być błysk! Może uda mi się zmylić jej czujność eklerkami? My w szkole dostaliśmy wielki tort, więc ja się ojadłam, ale obiecałam dzieciom, że kupię im w drodze do domu też coś słodkiego…

Dzień wolny

Za mną ortopeda dziewczyn. Zmian wielkich w kręgosłupach obu panien NIE ma. Łucja skrzywienie mocniejsze o kolejny procent i musimy się wpisać na kolejkę do szpitala, gdzie jakby co będą ją już mieli w grafiku operacji. Kolejna wizyta w kwietniu i wtedy może zapadnie jakaś decyzja… ZA TO, po lekarzu Łucja pognała do szkoły!!!???! Co tam, że po rentgenie, skoro TYLE się dzieje. Wyobraźcie sobie, że jej wycieczkowy crush zerwał się wczoraj ze dwóch lekcji z „Basią z biolchemu”. :DD Strasznie mnie to ubawiło, no ale mamy właśnie w domu kolejną law-dramę. Z Lilką wróciłam do domu zahaczając tylko o jeden sklep, gdzie miałyśmy zwrócić kupione przez pannę spodnie (za małe). Też taka ciekawostka, bo podbiłyśmy do jednej galerii handlowej, a ona zlikwidowana. Cała sekcja odzieżowa została usunięta. Zostały tylko knajpy i usługi. SZOK. (->pojechałyśmy więc do kolejnej).

WCZEŚNIE rano byłam również na rynku! Za dużo NIE kupowałam, ale są orzechy, bakłażany, jesienne truskawki, żółte kremowe ziemniaki a w piekarniku piecze się dynia, której upieczoną pulpę będę zamrażać. Trochę mamy zimno w domu, pranie słabo schnie, ale na razie ogarniamy temat ciepłymi bluzami i puchatymi skarpetami.

I DZIEŃ zleciał. Gapa jestem straszna, bo właśnie się ocknęłam, że nie wzięłam zwolnienia na dziewczyny od lekarza. Trudno. Za to właśnie przyszedł plik, gdzie mamy oznaczać, w który z dni wolnych chcemy mieć dyżur. Takich dni jest w roku szkolnym 15-ście i cały czas jestem pod ogromnym wrażeniem jak to wszystko jest świetnie rozwiązane (być może tak jest wszędzie, ale system jest mega). Jakby nie było zgłosiłam się na dyżury w okolicach Wielkanocy. Jesienne i letnie „okienka” chcę mieć wolne! 🙂

Połowa zwycięstwa to wyglądać jak zwycięzca.

-„Pozłacane Wilki” – moja lektura do łóżka, którą BARDZO dobrze mi się czyta. Dużo ozdobników, trzeba być skupionym, ale to taka książka, która czytana przed snem, bardzo ładnie nam przetwarza nocne WIZJE (ci co im się śni szkoła, docenią 😉

Poniedziałek. Z przytupem jak tu u nas. Dziś miałam odczulanie i RANO nie mogłam znaleźć mojej „książeczki odczulania”. Czas leciał, wszystko było ponapinane, więc w końcu odpuściłam… A u lekarza okazało się, że muszę to mieć. I na dodatek gdzieś im zginęłam w systemie i wychodzi, że we wrześniu byłam na wizycie NIE mając ubezpieczenia. A akurat we wrześniu JUŻ je miałam. Próbowaliśmy dojść KIEDY to ja byłam (bez książeczki), LECZ inne miejsce gdzie to miałam pozapisywane wcześniejsze wizyty to TELEFON, który przecież zgubiłam (czkawką będzie mi się to odbijać jeszcze przez pół roku). Koniec końców udało mi się podać kolejną dawkę odczulania, ale na kolejną wizytę zaniosę chyba jakiś wyciąg z Zusu.. Btw. książeczka już się znalazła. Ponadto okazało się, że jest zamieszanie z zastępstwami w szkole, bo na jutro wypisałam zwolnienie (bo mam wizytę z pannami u ortopedy), a tu w dzienniku mam cztery zastępstwa z innymi klasami.

Dziś Lilka miała wycieczkę, na którą NIE pojechała. Bo nie chciała. Ona ma kosę z większością swojej klasy, na dodatek jechali z „a”, których to akurat nienawidzi, bo gdy grają w dwa ognie to oni rzucają piłką w jej twarz, itd, itd. Nie upierałam się, że MUSI jechać, panna więc dziś się setnie w domu wynudziła. Za to Mieszko był u kolegi i piekli ciasteczka ze „Squid Games”. Przepis był z dużą ilością sody, a wyroby smażone były na patelni. Młody na szczęście TEGO nie jadł, za to mama kolegi gdy się dowiedziała, że SYN znowu będzie coś robił w kuchni powiedziała: O, nie… Wczoraj sprzątałam. Poniedziałek to dzień trudny GLOBALNIE!

zwinięty mokry liść przypominał wędzoną makrelę

-tak sobie rano na spacerze z Bibs pomyślałam

Trawa skoszona, a gałęzie przycięte. Te szaleństwa z sekatorem zawsze trwają do pierwszego odcisku i TAK też było tym razem. Mam dwa worki zielonego i chciałabym powiedzieć, że to koniec prac ogrodowych w tym roku, ale przed nami jeszcze liściopad i pewnie coś tam jeszcze będę przycinać. Wiem, wiem, że liście to siedziba żyjątek różnych i tam gdzie się da, to je zgrabiam, LECZ te wielkie liście magnolii muszę zawsze usunąć, bo pod nimi gnije mi trawa i na wiosnę TRAWNIKA po prostu nie ma. Do dziadków wywiozłam kolejny rower (w ich garażu są już dwa, a w domu zostały wyłącznie MÓJ i Mieszka), suszą się kolejne porcje prania i znowu przeleciał weekend. Lilce wypadł ząb, byłyśmy obie przerażone, ale to chyba MLECZAK, a potem panna zapalając świeczkę podpaliła sobie włosy :/ Spłonęło kilka kosmyków, śmierdziało bardzo i łez też polało się sporo, lecz głównie z przerażenia, a nie bo COŚ się stało. ZA to obejrzałyśmy wczoraj we dwie Alladyna i doszłyśmy do wniosku, że na taki musical CHĘTNIE poszłybyśmy do teatru i była by to chyba lepsza sztuka niż film!

Dziś cała Polska protestuje. Źle mi z tym, że nie ma mnie tam gdzie powinnam teraz być, ale cały czas gonię w czasową piętkę (FOMO). Ale zdecydowanie tak. Ja CHCĘ być w Unii. Znajomi uruchamiają światełka w telefonach na placach i wiecach, a mi przypomniało się jak Łucja opowiadała o pasowaniu u nich w szkole. Dwie panny z drugiej klasy miały coś zaśpiewać. Pierwsza strasznie się zestresowała i głos zaczął się jej łamać. Wtedy druga się włączyła i TEŻ zafałszowała, żeby tamtą rozładować. A potem już śpiewały we dwie, a dzieciaki w auli wyjęły komórki, włączyły latarki i podniosły je do góry. Takie wsparcie. Obie kończyły śpiewać ten hymn szkolny z łzami w oczach. Ładne.

A Moody Teen

oglądamy z Mieszkiem Deadpola – i chyba jednak wyłączymy, bo po prostu.. nudne!

Dziadki idą wieczorem na jakiś balet, więc dziś dzieci ze mną… Z koszenia trawy NIC nie wyszło, bo rano przyszła sąsiadka pożyczyć kosiarkę i dopiero wieczorem odprowadziła. Łucja trochę się zaniepokoiła, DLACZEGO ona przyszła (w domyśle, że może mamy romans?) i nawet na chwilę przerwała narrację raportującą wyjazd, LECZ uspokoiłam ją, że NIC między nami nie ma. Historii powycieczkowych oczywiście morze, a najważniejsze, że NIKT nie był tak świetnie ubrany jak ona 🙂 Klasa się spisała, byli razem z mat-geo i tam TEŻ ma wielbiciela. No i wychowawczyni jest super i to, że panna TAK ją widzi mnie cieszy. Powiedziałam jej, że babka robi wrażenie osoby, która pewnie się czuje w swojej pracy i na dodatek ją lubi. To wyjątkowe połączenie, które zawsze się pozytywnie odbiera.

Posprzątałam, przycięłam krzaki przed domem, a jutro może skoszę? Byliśmy na Festiwalu Kultury Japońskiej, ale było TAK strasznie dużo ludzi, że złapaliśmy tylko talerz jakiegoś tajskiego żarcia na wynos i się zmyliśmy. Po prostu wszyscy mają TAKI głód wychodzenia z domu, że wszędzie gdzie coś się dzieje, jest TŁOK. Pogadaliśmy natomiast po drodze o Macie, że to całkowity fenomen polskiej muzy (btw. dzieci w szkole pytały się mnie czy byłam na koncercie ->miło, że mnie tak oceniają, lecz NIE byłam).

Pokażę Wam ZA TO coś w ramach projektu DOM (chyba na październik?). Byłyśmy z Lilką wczoraj na klopsikach i przy okazji kupiłyśmy DWA POLAROWE KOCYKI. Kocyki chronią kanapy na dole, bo do tej pory leżały tam DWIE różne narzutki, co wyglądało średnio… Teraz będzie ŁADNIEJ! 🙂 Wiem, że takie zupełne minimum, ale mamy taki bieg, że fajne, że chociaż tyle!

Ostatni cieplejszy weekend?

  • Mamo, a czy TERAZ mogę Ci opowiedzieć mój dzień?
  • Możesz. A mogę się koło Ciebie położyć?
  • Tak. Wiesz, moje łóżko śmierdzi Klarensem.
  • Jak to? W którym miejscu?
  • Tutaj. Wczoraj było mokre, ale nie chciałem Ci mówić, bo byłaś zmęczona.
  • Ojej. To śpij dziś ze mną, jutro wszystko wymienię i przewietrzymy!

Miałam kiedyś kota Spodka. Był to wielki, biały KOCUR w ogromne czarne łaty. Z okrągłymi zdumionymi oczami (stąd jego imię). I zawsze gdy brało się go na ręce, ABY wywalić na dwór, PRZYWIERAŁ. Tak całym ciałem, głośno mrucząc. I człowiek za każdym razem się łamał, że może jednak niech zostanie na NOC w domu? A gdy zostawał to nie było szans, żeby czegoś nie zmajstrował. I Klarens jest dokładnie TAKI sam. Też muszę go czasem wywalić, a on wtedy PRZYWIERA. Lecz gdy go zostawiam, to albo wstaje o trzeciej w nocy, albo coś napsoci :/

Łucja wraca za cztery godziny -> z Lilką wybrałyśmy dla niej torcik powitalny, ale w tej sytuacji zjemy go chyba JUTRO na śniadanie? A potem czeka nas JUŻ weekend! Z rzeczy lekkich i przyjemnych chciałabym ogarnąć przed zimą ogródek, bo straszą, że to koniec ciepłych i suchych dni. Skosić trawę (po raz ostatni) i przyciąć krzaczory z przodu. Ostatnio przyjechała Lutka, wyszła z auta i powiedziała: Kolejnym razem przyjadę z sekatorem. No i zawsze jak tak mamusia krytycznie spojrzy, to mam większego kopa do działania 😉 Poza tym sprzątanie, góra prasowania (tak myślę, że rodzinnie zrobię to przy Alladynie) i kilka papierów (ale naprawdę niedużo!).