
Strasznie brakuje mi jesiennego święta z jedzeniem… Dawno temu, gdy jeszcze jeździliśmy z rodzicami do Miasta Chrząszcza ciocia Ula przygotowywała zawsze bigos i pierożki z kaszą. A może to nie był bigos, ale barszcz? I idąc od cmentarza cały czas myślałeś, że to ZJESZ. Co tam szło.. – BIEGŁO SIĘ, żeby JUŻ to zjeść! Ależ to było zawsze dobre! LECZ nie chodzi mi dynamikę, że ktoś szykuje i SIĘ je tak trochę obok… NIE przyznając się do tego, że pyszne jedzenie jest ważne i cementujące rodzinę. Halloween też btw. odpada, bo co chwila ktoś puka do drzwi po te cukierki i trzeba odchodzić od stołu (nasza roleczka TU).
Amerykanie mają swoje jesienne święto, my NARODOWO próbowaliśmy lansować gęsinę, ale ona skończyła jako zwieńczenie tradycyjnego uroczystego (niedzielnego) obiadu, a nie samodzielne wydarzenie… No a później jest Boże Narodzenie, gdzie NIBY się je DUŻO I SMACZNIE, ale te jedzenia tam są bardziej rybne i wiąże się z nimi pewien schemat jadłospisu, który zresztą CHCESZ przechodzić.
A TERAZ wyobraźcie sobie wydarzenie, które odbywa się jesienią. Święto, przy stole, kiedy się je musakę, lasagnę, zapiekanki z ziemniakami, pieczone jabłka, zupy z dyni, gęsinę i gofry. KAŻDY chce tam być i TO świętować. Kalorycznie i z rozmachem. Takie jesienne Ostatki. Formuła mogła by pozostać blisko rodzinna, albo być konstrukcją dla znajomych. Zresztą, ja jestem niepijąca, ale przecież jesień to wina (beaujolais nouveau jest w połowie listopada), więc można by dodać grzańce? Czy dawać wtedy jakieś dodatkowe atrakcje? Znajoma wkleiła, że we Wrocku robią SPLOTY, czyli słowiańskie rękodzielnicze gusła. Fajne, ale może sama biesiada wystarczy? Będę kiedyś takie święto urządzać!
🍁🍂🏚️
Poniedziałek. Dużo mamy spraw w tym tygodniu. Pomijając zwyczajowe, Lilka dziś wróci po 20-stej, bo ma lekarza a w czwartek mam zebranie u Mieszka w szkole. Młody NIE chce chodzić w kurtce, a temperatura jest już jednostopniowa (qrcze, te opony muszę też ogarnąć). Cieszę się, że miałam sobotni zryw porządkowy, lecz dziś muszę tylko odkurzyć na dole. No i jest góra prasowania (Łucja przyniosła kolejne fartuszki z pracy – zmieniają teraz z zielonych na czerwone, bo święta), ale to zaczekam do jutra, żeby sobie z Lilą coś pooglądać!


















