Źródłem największego codziennego bólu, jest poczucie, że wszyscy wokół ogarniają. Albo już ogarnęli.

„Czuła przewodniczka”. Jest TO też podstawą naszego poczucia osamotnienia.Niezłe, nie?

  • Mieszula, jedziemy do dziadków!
  • Dlaczego?
  • Bo tam jest jedzenie. I dziadek ma imieniny. Wyłączaj sprzęt, za 5 minut wychodzimy! Po drodze musimy jeszcze zdobyć jakiś torcik!

<>

Szykują mi się zmiany od września. Zmieniam szkołę. Tamta była naprawdę wspaniała, na dodatek do jednej z placówek (z tej grupy szkolnej) było 27 osób na jedno miejsce i szefowa ogłosiła, że od nowego roku szkolnego wszyscy będziemy zarabiać o 10% więcej. Lubiłam tamte dzieciaki, lubiłam tamtych rodziców, lubiłam tamto miejsce i warunki. Montessori jest naprawdę komfortowy. Chodzisz na korytarzu w skarpetkach, dzieci uczą się siedząc na podłodze i ogólnie WSZYSCY się lubią. Brak ocen nie wywołuje u dzieci niechęci przedmiotowej i kadra nauczycielska była wspaniała. Miałam wypracowane własne rytuały, jak kawa na stacji benzynowej w poniedziałek rano i tacka pierogów w pierogarni, którą kupowałam wychodząc stamtąd. Jadłam je potem w drodze do domu… Nowa szkoła to szkoła państwowa, na dodatek nie mam żadnych zawodowych szczebli, więc pensja będzie podstawowa, ALE będę ją miała niemalże na sąsiedniej ulicy. Ta ilość kilometrów jaką wytłukłam przez ostatni rok była jednak spora, no i będę bliżej dzieci. Być może będzie mi się udawać podrzucanie Łucji do kolejki? Pewnie w październiku będę walić głową w mur, lecz na razie cieszę się na kolejną zmianę. No i od połowy sierpnia kończą mi się wakacje, bo czeka mnie maraton szkoleń. DZIŚ napisałam do mojej poprzedniej szefowej wiadomość, że odchodzę, oraz przesłałam jej meil jaki napisałam do dzieciaków. Gdy da mi zielone światło, prześlę to szkolną skrzynką do uczniów. Nie było to łatwe, jest duże napięcie teraz i w sumie to mogłam im dać sygnał wcześniej. True. ALE rozmowy były dopiero w ubiegłym tygodniu, więc sprawa jest naprawdę świeża. Dobrze nam zrobił dziś wypad do dziadków, a zaraz z przyjemnością obejrzymy drugą połowę Terminatora (Mroczne Przeznaczenie jest naprawdę świetny i wczoraj pochłonęliśmy kawałek, tylko, ze późno było i zarządziłam przerwę).

<><>

Pamiętacie sytuację, którą Wam wczoraj opowiadałam? Otóż jest na filmiku z drugiego dnia Festiwalu. Dokładnie 28 sekunda, jak ktoś mam ochotę. I jeszcze jedna fotka ze strony Karnawału:

Stereotyp

  • Mamo, a wolisz Francję czy Włochy?
  • Francji właściwie nie znam, ale lubię Włochów, Mieszeczku. Mam wrażenie, ze Francuzi uważają się za lepszych od innych, i kulturowo oraz historycznie, trudno się temu dziwić, a Włosi są dostępniejsi. Też uważają się za najlepszych, podobnie jak Polacy, ale chcą się tą swoją wspaniałością dzielić.

Jakoś tak mi się wydaje, że na hasło Italiano, kobietom zaczyna szybciej być serce i chociaż to pewnie koszmarni mężowie, ojcowie i narzeczeni, to wspaniale poprawiają humor. W taki pocieszny i oczywisty sposób czują się darem dla kobiet.. (oczywiście daleko nie wszyscy, daleko nie zawsze, ale mówimy o bardzo dużym i sytuacyjnym uogólnieniu). Wszystko to przyszło do głowy wczoraj. Jeden z buskerów to był włoski komik. Błyskawicznie zebrał wokół siebie ludzi i zaczął występ na ulicy. Część osób tamtędy przechodziła i on zablokował to przejście. Puścił jakąś parę, dwóch kidosków, a uchaną 28 latkę zatrzymał. Ona stała i śmiała się do łez, a on robił szoł dalej. Podszedł do kobiety w szarej dopasowanej sukience. W tzw. średnim wieku, zadbanej, ale z taką widoczną obawą, że złote lata już za nią. I zaczął przy niej pozować, bo inna ekipa robiła mu zdjęcia. Objął ją, przytulił, a potem położył się pod jej nogami wznosząc ręce na nią. I ona w którymś momencie się włączyła. Pogłaskała go po włosach i zrobiła się podatna na to cudowanie. Zajęło mu tu minutę. Może trzy, żeby ją tak rozluźnić i rozpromienić. I było niesamowite. Zwróciłam na to wszytko uwagę Mieszkowi, bo tak naprawdę do spektakli zawsze są wciągane podobne osoby. Omija to pary, ale często wchłaniane są nastolatki, ojcowie albo babskie ekipy. I między innymi dlatego wydawało mi się, że taka wyprawa nastolatek na Karnawał będzie trafiona 🙂

Wrzucę Wam fotki ze strony organizatorów. Gość, o którym Wam piszę, to ten drugi. Ach, no i żar od tego ognia, który wypluwają performerzy ognia, to czuć nawet jak się kilka metrów dalej stoi!

W Lublinie MAK między zębami jest dobrze widziany!

Bo stamtąd są CEBULARZE!!!

A co tam robiliśmy? ANO, świętowaliśmy turę urodzinową Łucji – pierwszą, przedwstępna! Panna jest z sierpnia, ale Karnawał Sztukmistrzów jest w lipcu! Podobnie jak rok temu, (wtedy było-> do Torunia), na TEN uroczysty TRIP zabrała ze sobą koleżanki. Podróż była pociągiem, a incognito, jako zabezpieczenie (w osobnym wagonie), byłam ja. Panny miały do wyboru wariant 1) z powrotem tego samego dnia oraz 2) z nocowaniem i powrotem dnia kolejnego. Ten wariant drugi byłby lepszy, lecz nie mieliśmy zielonego światła od ich rodziców. Wieczorem lepiej widać pokazy z ogniem, zresztą tak namieszali w programie festiwalu, że atrakcje są NIE cały dzień, lecz od 17-stej!!! Czyli WTEDY, kiedy my ruszyliśmy w stronę dworca, zabawa dopiero się zaczynała!!! Byli jednak akrobaci na linach i sporo muzyki w różnych częściach miasta, którzy urzędowali na placach już od rana.

Miałam jechać z Lilką i z Mieszkiem, lecz pannę młodszą, jak wiecie, zostawiłam u dziadków. Towarzystwa dotrzymywał mi tylko Mieszko, który jest bardzo dobrym podróżniczym kompanem. I poleżeliśmy na leżakach na Błoniach (strefa Food Trucków) i dał się zabrać do knajpy żydowskiej i był żywo zainteresowany nielicznymi spektaklami, na które trafiliśmy. Ludzi było mniej niż w latach wcześniejszych, ale winna jest chyba ta obrzydliwa pandemia, bo sama impreza miała zdecydowanie mniejszy rozmach. Ach, no i Mieszko realizował swój własny program fotografowania miejsc, w które później wkleja… pokemony. NIE wiem po co, ale to chyba jest główny content jego Instagrama.

NIE mam zdjęć (nawet pleców) Łucji z ekipą, wrzucę Wam za to Mieszka w odsłonach wielu!

I ten… Przywieźliśmy do domu SIATĘ cebularzy i pierogów biłogorajskich zwanych gryczakami, bo Lila nas o to prosiła. No i Łucja chciała bym wzięła DLA niej, bo jej koleżanki są na tyle DOPRACOWANE, że maku między zębami nie tolerują (nie mówiąc o cebulowym oddechu)… A ŁUCJA AKURAT cebularze uwielbia! 🙂

Chodzą na linach!
Projekt Pokemon

To jest TO, czym się zachwycałam w czerwcu. PORTAL, który w czasie rzeczywistym pokazuje Wilno! Widać mnie tu kawałek, jak macham do ludzi TAM!

a po tych fontannach skaczą wszystkie dzieciaki
Planeta LUBLIN
Projekt Pokemon…
Lody Manufraktura. Podobno lepsze niż osławione Boskie 😉
Na Zamku
Strefa Food trucków…
i odbiór zamówionego kurczaka – ja wybrałam jakieś tam pierożki na parze
biegiem do kurtyny wodnej
BARDZO ładny ten LUBLIN!!!

Ludzie lubią cytaty, które potwierdzają ich światopogląd

Luther, s03e01

No to mam licealistkę! Nie do końca do tego LO co to miało być, ale to kolejne TEŻ wygląda fajnie. Jest duże, dobrze wyposażone i plany lekcji w poprzednim roku były ułożone sensownie. Daleko będzie miała, ale może nie będzie tak źle? Panna, jakby nie było, przerabia TERAZ swoje profile w mediach społecznościowych, żeby wyglądały LEPIEJ. To w końcu jej wizytówka 😉

Czekam aż skończy się pranie i jedziemy do dziadków! Zostawiamy tam psa i… Lilę, bo jutro mamy wycieczkę. Miałam jechać z całą trójką, ale nich Lila się jeszcze na chwilę wyciszy, bo wycieczkę mamy TYLKO jednodniową, za to BARDZO intensywną. Wrócimy jutro pewnie przed północą i po Lilę z psem pojedziemy w sobotę. Dziś, jak to u nas, zamieszanie od rana, ale mamy już umówionego fryzjera dla Lilki i szczepienie dla dziewczyn (w środę!).

Kłodzko

Czuję się jakbym wyszła z więzienia. I nie było mnie TU kilka miesięcy…

-Lilka po wyjściu ze szpitala

Panna już w domu! Czekałyśmy do 14-stej, aż zleci ostatnia kroplówka, badania są w sumie ok, mam ją nawadniać i podawać probiotyk. Najbardziej za siostrą zatęsknił Mieszko. Sporo rzeczy przez tą akcję nam się przesuwa na przyszły tydzień i na dodatek przegapiłam moje badanie krwi, które miało być dziś rano (pewna byłam, że to jutro). Czyli fryzjer, szczepienie, odbiór paszportu i wizyta w serwisie (jakąś tam uszczelkę wynaleźli na przeglądzie, którą wymienią mi w ramach gwarancji). Zdołałam za to skosić trawę i NIE nabałaganić.

<>

Projekt DOM na lato będzie mizerny. Nie dam rady wymienić drzwi tarasowych i na niekreślony kolejny rok przechodzi cyklinowanie. Nie wiem czy będę miała okres BEZ dzieci, ale bardzo chciałabym tradycyjnie podmalować ściany i mam nawet przebiegły plan jak zdobyć numer farby, którą kiedyś użyłam. Drzwi wejściowych CHYBA nie podmaluję, podobnie jak nie uszczelnię pianką strychu… Zrobiłam za to coś, co zmieniło duży pokój! Oddałam do pralni dywan, który po 25 latach odzyskał blask 😉 Bałam się, że zadzwonią do mnie z pralni gdy go rozwiną, żeby zrobić mi awanturę, że TAKIE dywany, to można TYLKO wywalić, ale NIE zadzwonili i Łucja ze zdumieniem odkryła: Ooo, to on ma kolor? Lubię go, dużo się na nim wydarzyło (dzieci raczkowały, kotki rodziły, domy się mu zmieniały). W trio niżej macie też pościel w kwiatki, która doszła (doszła też letnia kołdra, bo trafiłam na wyprzedaży i kupiłam Mieszkowi) oraz poduchy w kamienie, które są naszymi poduchami kempingowymi (i leżą już na strychu, na workach ze śpiworami).

Empatia zbiorowa

  • Lila, masz dobry kontakt z całym swoim ciałem? Czujesz każdą część z osobna? Nogi, ręce, głowę, uszy?
  • Tak… Ale chyba lubię bardziej moją głowę niż moje ciało.
  • Dlaczego?
  • Bo jest za duże.
  • Mhm. To prawda. Jak jest się dzieckiem to wszystko jest jakoś blisko siebie, a potem te odległości się zwiększają. Rodziców też to dziwi.

<><>

Kosmiczna akcja była dziś w nocy z Lilką. Ja sobie prasowałam, sporo rzeczy było wilgotnych, ale nie chciałam ich zostawiać na noc na suszarce. Prasowałam i takie wilgotne wieszałam na wieszaki. Leciał mi Luther i noc mijała szybko. Prasowanie się skończyło, ale ja byłam pod koniec drugiego sezonu i postanowiłam obejrzeć finałowy odcinek do końca. Godzina druga. Wtem po schodach zeszła Liliana. I powiedziała, że na górze skończył się papier. Podeszłam do niej i widzę, że ona jest szara i ma takie nieruchome oczy. Pytam się: Lila, JAK się czujesz?! Przytulam ją, a ona mi się osuwa! Przeniosłam ją na kanapę, a kontaktu nadal brak i na dodatek coś jak problemy z oddychaniem. Przestraszyło mnie to (cały czas ją wołałam) i KRZYKNĘŁAM: ŁUCJA!!! Potrzebuję CIĘ! ŁUCJA!!! Łucja wstała, zbiegła i mówię do niej, żeby wybrała telefon alarmowy. Ona mnie jaki, a ja w głowie pustka… Panna wybrała 112 i po zgłoszeniu głosu z długiej strony przekazała mi słuchawkę. Wyłuszczyłam krótkimi zdaniami co się dzieje, a w międzyczasie panna młodsza odzyskała przytomność. Karetka już do nas jechała. Decyzja była szybka, żeby ją przewieźć do szpitala i ja musiałam jechać z nią (takie są przepisy – nieletni TYLKO z rodzicem). Podczas przybycia ratowników Łucja trzymała warczącą i ujadającą Bibs na górze, a kot został zamknięty w łazience (bo ona skacze pod koła aut pod domem). W szpitalu Lilce otworzono kartę, wbito wenflon i przyjęto na oddział. Trochę było zamieszania, bo w pandemii ja nie mogę wyjść i ponownie wejść, ale powiedziałam, że nie ma mowy, żeby przez trzy dni nie było mnie w domu. I wyszłam. Zainstalowałam sobie apkę ubera, zamówiłam auto, po 6 minutach przyjechał Gruzin z ryczącą ru-muzyką i odwiózł mnie do domu (w planie a- chciałam jechać autem za karetką, ale tak NIE można było). W domu byłam po czwartej, do piątej z Łucją nie mogłyśmy zasnąć, a o siódmej panna mnie obudziła, że zwymiotowała. Spałam jednak do dziewiątej, wtedy zeszłam posprzątać i odkryłam, że kot na stole TEŻ narzygał. I Łucja, i Miaustra mają się już dobrze, czyli chyba koniec tej histerycznej, masowej empatii 😉

DZIŚ, około 10-tej do niej pojechałam, udało mi się wejść, zawiozłam jej wodę, telefon, szczoteczkę i pastę do zębów. Chwilę gadałam z lekarzem – na razie wyniki są okej, ale chcą wszystko przebadać i może uda mi się ją jutro wyciągnąć. Na razie NIE jest to TA wakacyjna Lilka sprzed kilku dni, ale takie akcje, ZAWSZE przypominają, że przejmujemy się w życiu głupotami. I lubimy się nakręcać NIE tym co jest naprawdę ważne! Cieszę się, że rozkminiłam Ubera, jest to genialne i obie panny (tym bardziej, że karty płatnicze mają OBIE) będą miały tę apkę zainstalowaną.

Najbardziej unieszczęśliwia ją wenflon i pierwsze o co zapytała wczoraj, gdy po pobraniu krwi była już na swojej sali to było, czy może sobie TO już wyjąć? Nie mogła, bo przecież pod to podpięli kroplówę.

<>

A TO STAN, do którego dążymy:

Do WÓD! Na ŚLĄSK!

Kierunek tego tripu wyszedł na fali wyszukiwania obiektów honorujących bon. I na Śląsku jest takich miejsc BARDZO dużo. Moim zdaniem, nasze uwielbiane Podlasie dało całkowicie ciała w tym temacie, za to Śląsk wyczuł passę. Wydawało nam się to ZAWSZE za daleko, ale ciekawiły mnie tamte regiony. W głowie szumiało mi zdanie Twardocha że na Śląsku niszczeją zabytki i pałace i RZECZYWIŚCIE takiej architektury NIE widzieliśmy nigdzie indziej. Niezwykle pomocny okazał się blog Hasające Zające, którego autorzy specjalizują się w Dolnym Śląsku. Wszystkie odwiedzone przez nas punkty pochodziły z ICH rekomendacji (DZIĘKUJEMY!). Na telefonie mieliśmy w ustawieniach pogodowych MIEJSCA, które chcemy zobaczyć i przemieszczaliśmy się pomiędzy chmurami, w taki sposób, że NIE spadła na nas kropla deszczu.

To doskonały kierunek do zwiedzania z dziećmi (jeżeli macie JESZCZE niezaplanowane wakacyjne dni to tylko tam), miasta uzdrowiskowe są wypełnione szerokimi deptakami, na których śmigają dzieci na rowerkach biegowych i w autkach elektrycznych a baza żywieniowa jest świetna. DUŻO się dzieje. Zachwycił nas Lądek Zdrój, gdzie akurat odbywał się finał Biegów Górskich (te kawiarnie w pałacach i fontanny), zjawiskowa była Kudowa z wielkimi palmami w donicach i zakochaliśmy się słynącym piernikami Bardo. Rozczarowało nas Kłodzko, które chociaż było podobne do Rzymu (idziesz, idziesz, skręcasz i wpadasz na najwspanialszy kościół na całym Śląsku, przy którym stoi tabliczka: NIE grać w PIŁKĘ) to było jakieś takie… smutne i rozpaczliwe… I były też CZECHY. One są tuż obok, jedziesz i nagle mijasz znak drogowy: Witamy w Olomuckom Kraju i od początku wiedziałam, że tam dotrzemy. Ledwo wjechaliśmy na Śląsk Łucja złapała w radiu czeskie radio i do końca je słuchaliśmy ucząc się czeskiego -> z niego dowiedzieliśmy się o powodziach w Niemczech (Tragiczna situacja w Nemiecku). Odwiedziliśmy dwa czeskie miasta: szkatułkowy Javornik z wybornym zamkiem i Hradec Kralovy, czyli Dwór Królowej. Poruszaliśmy się tam bocznymi drogami, które NIE wymagają wykupywania winiet. Bazę mieliśmy w Długopole-Zdrój, w willi przy zdrojowym deptaku. Pełno tam było zakochanych seniorów, wieczorem wokół były dancingi, w starym kościele ewangelickim była restauracja doskonała na drugą randkę, a kawiarnie otwierano o 14-stej rano -> na pierwszej stronie każdego menu był deser lodowy MELBA!

A PRZYRODA? Ooooo, to była rewelacja! Przede wszystkim chcemy więcej wodospadów, bo są piękne! Dużo łaziliśmy szukając kapliczek ukrytych na szczytach gór i przecudowne było Torfowisko pod Zieleńcem. Taki spacer po kładkach nad bagnem robiliśmy też na Polesiu, ale TU nie ma komarów (górskie cieki są dla nich za zimne). Nie udało nam się natomiast wejść na Błędne Skały i Szczeliniec, bo to mieliśmy zaplanowane na niedzielę, a w niedzielę ruszyliśmy w drogę powrotną. Zepsuł nam się Mieszko, którego siostry zmuszały do picia wód (ja TO zasugerowałam, bo one dobre na anemię, ale nie uwzględniłam, że limit dla dorosłej to 750 ml, a dla dziecka TROCHĘ jednak mniej) i jak mu w nocy te siarczany zaczęły buzować w żołądku to od północy do piątej rano zarzygał nam cały pokój. W tej sytuacji wiadomo było, że 10 km po górach to on nie przejdzie i lepiej się zawinąć do domu, żeby szybciej doszedł do siebie. JUŻ mu NIC nie jest.

Dolny Śląsk do powtórki? TAK! Zostało nam kilka skałek, kilka uzdrowisk i to fajny punkt wypadowy np. do Pragi. Nie byliśmy w żadnej kopalni (złota celowo odpuściliśmy, a do uranu nie mieliśmy ciepłej odzieży) i w żadnej jaskini (do Jaskini Niedźwiedzia bilety trzeba zaklepywać z dwutygodniowym wyprzedzeniem) NIE weszliśmy też na żadną kładkę w koronach drzew (a jest ich tam kilka). Dobrze dotrzeć tam na tygodniu, bo w weekend zrobił się ruch (Wrocław, Poznań). Było pusto. Wieczorem docieraliśmy na takie torfowisko i byliśmy sami w magicznym miejscu. Patrzę na tłum stojący w kolejce na Giewont i naprawdę tego NIE rozumiem. Marzy mi się jeszcze kilka zamków i rozpadających się pałaców. TAK – jedźcie TAM!!! 🙂

<>

Międzygórze. Mini Tyrol. Kupiliśmy tam dzwonek, który jest indyjski („Co ja będę Panią oszukiwał, że to stąd”), ale wisiał na straganie tak długo, że „dobrze nasiąkł Międzygórskim powietrzem” 🙂

Wodospad Wilczki – nasz lifehack, to dotrzeć tam WCZEŚNIE rano, kiedy jest jeszcze mgła i NIE ma nikogo!

Lądek Zdrój i festiwal biegów górskich. TĘSKNIĘ za okresem, gdy brałam udział w tych wszystkich sportowych wydarzeniach!

Kłodzko i ten niezwykły kościół ukryty między domami:

Pałac Marianny Orońskiej. DO powtórki, bo DO środka nie weszliśmy. To była droga powrotna, Mieszko został na ławeczce przy aucie, a my z pannami na szybkości obleciałyśmy tylko park.

A to nasz HIT: BARDO. CU-DO-WNE! Mieszko trzyma mapkę. Punkty IT są wszędzie (i w Polsce i w Czechach) i w każdym mieście dostawaliśmy bezpłatną mapkę oraz folder z atrakcjami (!!!!)

Torfowisko pod Zieleńcem. Magiczne! Leżeliśmy niemalże do zachodu słońca na tych ciepłych deskach!

Wejście na Górę Igliczną w poszukiwaniu sanktuarium. Idziemy ścieżką rowerową. Doskonałą. Trasy są wyprofilowane i zaokrąglone na zakrętach. I rowery górskie/trekkingowe TEŻ można tam wynająć!

Javornik i zamek. Zwróćcie uwagę, że w muzeum DALI nam kapcie… I coś, co JA doskonale znałam z wycieczek szkolnych, było dla dzieci nowością! Nie jest łatwe chodzenie w takim obuwiu 😉

GRANICA PAŃSTWA!!!

Hradec Kralovy. Piękny i pusty.

„Divadlo”, czyli teatr!
NAJLEPSZE LODY TEGO LATA – NA ZMRZKO!!!!

Kudowa- Zdrój

I TRYPTYK z MIESZKIEM: wpajanie w niego WÓD (Marchlewski, Śniadecki i Moniuszko, potem u nas: Renata i Cyranka – dodajmy, że to ostatnie było pite i na zimno i na ciepło), -> DZIEŃ drugi i chłopak do wymiany, oraz DZIEŃ TRZECI -> fotka z dnia innego, ale sens taki, że już ZDRÓW!

Tura II

  • A znowu będziemy spali w namiocie?
  • Nie. Tym razem nie, Mieszeczku.

Akcja sprzątanie, akcja pakowanie i jutro rano jedziemy na drugą wakacyjną eskapadę! Robi się jeszcze jakieś pranie, pewnie do 16 wszystko już wyschnie (bo znowu jakiś skwar nie do wytrzymania), ja to przeprasuję i może coś z tego będzie jeszcze potrzebne… Nie zdążyliśmy zrobić wszystkiego zaplanowanego na TO okienko. Fajnie że złożyłyśmy papiery do szkoły Łucji, załatwiłam kilka spraw, ale nie mam pewnej ważnej recepty, no i NIE udało mi się panien zaszczepić. Mam dzwonić w przyszłym tygodniu i może do końca lipca gdzieś je wcisnę na pierwszą dawkę? Dziś rano poszło info, że możliwe, że od września będą zdalne, co prawda w wersji hybrydowej LECZ hybrydą NIE zostaną objęte dzieci zaszczepione. To wszystko oczywiście nie potwierdzone, ale mam już po dziurki w nosie tej pandemii.

Dziś czekają nas jeszcze zakupy i uzupełnienie zwierzęcego jedzenia, Łucja chce wręczyć koleżankom zaproszenia na swoje urodziny (papiery i koperty z Action są CUDNE!), potem spanie, odjazd i wracamy we WTOREK! Zwróćcie uwagę, że na koperty naklejony został KOT i na każdej kopercie KOT żongluje kartami a liczba na kartach to piętnaście!

Prawdziwa władza to sztuka dyskretnej manipulacji

-Czarna Wdowa

Jednak poszliśmy do kina! Babcia chciała się spotkać z wnuczkami na zakupy, więc ja zaproponowałam, że w TYM czasie, ja pójdę z Mieszkiem do kina, to będą same… LECZ okazało się że panny też chcą TO obejrzeć! Przebudowaliśmy więc plan: podrzuciłam dziewczyny do galerii handlowej, a potem dojechałam tam z Mieszkiem i… po ICH zakupach poszliśmy na kolejną Marvelową produkcję. Iii?? I fajne! Poza tym po trailerach Łucja ogłosiła, że ona chętnie obejrzy Żużel, a Mieszko Snake Eyes i Shang-Chi. To są dwa filmy Marvel-karate i akurat młodemu Mortal Kombat podobał się bardziej niż dzisiejsza Czarna Wdowa. Lilka natomiast zaśmiewała się przy trailerze Jungle Cruise, bo czy ten facet (Dweyne), gra we wszystkich filmach o dżungli?

<><>

Kontynuuję ucztę owocową i wykańczałam truskawki. Zrobiłam shake-a i otworzyłam szafkę z pucharkami.

  • Ojej… NIE mam żadnych „fancy” szklanek do Waszych koktajli!
  • Zrób w setach na wódkę – zaproponowała Łucja.

Rozlałam do szampanówek i ZOSTAŁO. Niedużo, więc rzeczywiście wyjęłam takie mini kieliszki do szotów, napełniłam TRZY i wyszło idealnie. Pierwsza, swoją porcję, opróżniła Łucja, która siedziała w kuchni i mi doradzała… Postawiła pusty kieliszek na stole i ogłosiła:

  • WYZEROWAŁAM!

???????????????????

Klasyczny (przeładowany) poniedziałek

W piątek wieczorem Łucja rolując telefon wykrzyknęła: Do DZIŚ miałyśmy odebrać ze szkoły zaświadczenie o zdobytych punktach!

Boom! W sumie to jakoś się NIE przeraziłam, bo „do DZIŚ” w pandemii może być ruchome. Może akurat NIE mogłyśmy odebrać? A i tak okazało się, że na stronie była literówka, bo miało być „OD piątku” i nerw był niepotrzebny. Jakby nie było, DO czwartku 13-go, panna miała dostarczyć dokumenty do szkoły pierwszego wyboru. Wstałyśmy więc z rana, pojechałyśmy do starej szkoły po zaświadczenie, potem na moje odczulanie, które akurat TEŻ wypadało DZIŚ, a potem do TEGO nowego wybranego przez nią LO. Różnie to może być z tą jej szkołą, ALE na razie, do 22-go czekamy na wyniki rekrutacji. Wracając kupiłyśmy donuty, po drodze wszędzie do szkół średnich zmierzają „rodzic z dzieckiem” (można było meilem, ale chyba wszyscy wybrali drogę klasyczną, by przy okazji się do tego nowego MIEJSCA przejść) i CHYBA znaleźliśmy szkołę dla Lilki! Pannie średniej pomysł się spodobał, trzeba będzie pilnować dni otwartych na wiosnę i za rok będziemy myśleć.

<><>

  • Dzwonię z serwisu zaprosić na przegląd samochodu – powiedział mi męski głos w telefonie, gdy siedzieliśmy na plaży.
  • Dobrze, że Pan dzwoni, bo i tak miałam to zrobić. Czy możemy się umówić na poniedziałek 5-go lipca?
  • Pierwszy wolny termin jest na poniedziałek 12-go lipca.
  • Niech będzie.
  • Jaki ma Pani przebieg?
  • Nie wiem. Absolutnie nie wiem. I nie mam samochodu obok, żeby to sprawdzić.
  • Rok temu miała pani 30 tysięcy. I to było dwuletnie auto.
  • Dużo jeździłam. To nie rosło proporcjonalne.
  • Jeśli przekroczyła pani 60 tysięcy to przegląd musi być poszerzony o świece i wymianę filtrów. Koszt jest dwukrotnie wyższy.
  • Proszę wyliczyć w takim razie dwie wersje i na miejscu, jak już będę u Państwa to podam dokładny licznik.

I to TEŻ było dziś. Przebieg mam na SZCZĘŚCIE niższy, ale niewiele bo 56 tysięcy. DUŻO jeździłam w tym roku… Wracając więc z Łucją zostawiłyśmy moje auto w serwisie! Zgłosiłam wszystkie usterki, które mnie niepokoiły (olej, dyskoteka kontrolek, zacinające się tylne drzwi i nieszczelna listwa izolacyjna przy drzwiach kierowcy), przy okazji okazało się, że badanie techniczne mam do jutra (OD RAZU mi je zrobią) i po auto jadę dopiero po 16-stej. Rowerem i mam nadzieję, że będzie chłodniej, bo wracałyśmy z Łucją w TAKIM słońcu, że różowy kartonik z donutami prawie nam się rozpuścił! Liczę też, że NIC w tym moim aucie NIE wynajdą WIĘCEJ do naprawy i dostanę je umyte i gotowe na kolejny wspólny rok!