O 13-stej, w piatek 13-go panna wróciła! Godzinę dłużej zeszło jej na lotnisku (bo czekała na walizkę), ale już jest! Nowy Jork jej się podobał. Podobało jej, że każdy robi to na co ma ochotę i nikt nie czuje się oceniany. Podobało jej się metro, widziała dwie sławy (nikt kogo JA znam) i uznała, że TAM lubią cukier. Słodzone jest wszystko włącznie w sokiem z owoców i chlebem, ale w China Town odkryła gorzką herbatę i od razu było jej lepiej. Mieszkała w wieloosobowym hostelu dla kobiet i przez większość pobytu, roommates to były Azjatki. Czuła się bezpiecznie, a na pytanie o strzelaniny na ulicach, odpowiedziała mi, że przecież mieliśmy już w Izmirze. True, w naszym tureckim hotelu, ubiegłego lata, zaobserwowaliśmy strzelaninę (dzieci WTEDY kazały MI nie wyglądać, żebym nie oberwała). Ładnych dziewcząt widziała dużo, ciekawych mężczyzn ZERO 🙂 I bardzo dobrze, chociaż do Nowego Jorku planuje wrócić!
Zdradzę Wam teraz co się wydarzyło, gdy panna TAM leciała i o czym napisałam Wam, że napiszę później… Otóż panna jak pamiętacie, miała alternatywny lot przez Monachium. I w samolocie do Monachium, co odkryła, gdy była już w samolocie do NY, ZGUBIŁA portfel. Portfel, w którym miała CAŁĄ kasę, obie karty kredytowe oraz dowód osobisty. CZYLI lądując w Stanach, na pytanie how many cash, how many credit cards mogła odpowiedzieć jedynie ZERO. CZYLI była dokładanie niczym pierwsi emigranci zarobkowi – BEZ jednego centa! Na szczęście miała telefon, czyli teoretycznie mogła płacić aplikacją i PASZPORT. Wtedy uruchomiałam Diabla, bo ma konto w tym samym banku walutowym co Łucja i mógł jej zrobić przelew w trybie rzeczywistym. Ja żeby zrobić jej przelew musiałam zaczekać do poniedziałku, żeby poszło elixirem. Była sobota. Równolegle panna znalazła miejsce, gdzie będzie mogła wypłacić gotówkę używając telefonu… Problem natomiast był taki, że Diabli NIE wiedział o wyjeździe Łucji i był tej podróży przeciwny, więc uprzedziłam go, że zanim wybuchnie (ten nick nie wziął się z powietrza), potrzebuję, żeby wszedł w „tryb rozwiązywania problemów”. I wybuchł, ale rzeczywiście wpierw pomógł. W tym samym czasie, MI niewiele udało się ustalić… Do Monachium, do biura Lot-u oraz punktu zagubionych na lotnisku rzeczy, dzwoniłam, lecz procedury są takie, że odpowiedź dostaje się po 10 dniach. CZYLI czekamy, chociaż jeżeli okaże się, że to na lotnisku jest, to trzeba będzie jakoś do tego Monachium ponownie dotrzeć…
Foteczki, jeszcze wyjazdowe