Afryka dzika

  • Gościu, czemu Cię tak długo nie było?!!? – wykrzyknął przed chwilą chłopięcy głos z naszego komputera.
  • Byłem na wakacjach. – odpowiedział Mieszko
  • A czemu tak długo??!?
  • Raptem trzy dni!

Pomysł na Wrocław wziął się z jedzenia… O co dokładnie chodziło, wrzucę jutro, a dziś relacja z RESZTY. Bo wyrwaliśmy się w podróż. Znowu. Tyle, że tym razem do Wrocławia. W stolicy Śląska byliśmy w tym trudnym dla nas 2014, ale dotarliśmy wtedy TAM autem i podróż trwała DŁUGO. Tym razem wybraliśmy pociąg i nie dość, że zrobiliśmy tę trasę w o połowę krótszym czasie (ja rzeczywiście szybko nie jeżdżę, ale również odpadły postoje, a to zabiera nawet półtorej godziny), nie mówiąc o kosztach, bo kolej jest naprawdę tania (i przy obecnych cenach benzyny jest to OGROMNA różnica). Pociągom mówimy więc zdecydowane tak i podróży pociągiem mamy zaplanowanych WIĘCEJ.

Atrakcje mieliśmy zaplanowane TRZY. Afrykarium, Panoramę Racławicką i Halę Stulecia. Nie kupowaliśmy biletów przez net, bo przez net nikt nie uwzględnia zniżki na KDR, czyli nastawiłam się na kupowanie PRZED. I do Panoramy biletów NIE było. Byliśmy tam zaraz po przyjeździe i do niedzieli wszystko było wykupione. Do Afrykarium się udało i trochę się bałam, że dzieci już są za duże, ale NIE były. Łucja szła taka trochę znudzona, ale gdy weszliśmy do tej strefy PODGLĄDANIA i za wielką szybą z mętnej, zawalonej słomkami trawy, wynurzyło się OGROMNE cielsko hipopotama panna była zachwycona. Przeskakał TUŻ obok nas, odbijając się od dna i zniknął w chmurze bąbelków. Kosmos. I FOKI były wspaniałe i chyba ich nie widzieliśmy ostatnio, bo było wtedy za dużo ludzi. W tunelu z wodą pływały nad nami rekiny, a po wyjściu obeszliśmy jeszcze całe ZOO szukając myszojelenii. Hala Stulecia też nam się podobała, a wczoraj wieczorem wymyśliłam, że możemy JESZCZE chodzić po Uniwersytecie Wrocławskim, bo uczelnia zajmuje wyjątkowe budynki. W praniu okazało się, że ze względu na pandemię większość jest zamknięta (odbiliśmy się od drzwi Działu Filologii), ale na Wydział Matematyczny się dostaliśmy!

Pogoda nam dopisała. NIE padało, chociaż było chłodno (drugiego dnia nie przypomniałam o rajstopach oraz kalesonach i towarzystwo było wychłodzone). Przemieszczaliśmy się komunikacją miejską, to kolejne miejsce, gdzie wykupiliśmy bilet dobowy i było to mega wygodne.Wrocław NAM się podobał. Jest kompaktowy, przyjazny i ładny. Łucja uznała, że wszystko tam jest i to idealne miejsce na eskapadę. Ach, świetnie nam się udało 11-go. Podczas gdy Święto Niepodległości zaczęło przypominać pokaz siły i demonstracji różnych ugrupowań, TAM odbywała się klasyczna parada. Na rynku byli żołnierze, piosenki (My, pierwsza brygada), dzieci miały flagi, a dorośli na MIEŚCIE pozakładane opaski biało-czerwone. Bardzo, bardzo pozytywne. Marzy mi się, żeby cała Polska TAK właśnie TEN dzień obchodziła. Z minusów padł mi aparat pierwszego dnia, po dosłownie kilku zdjęciach (bateria), ale w sumie to nie było takie złe, bo jak przeglądam TERAZ fotki, to my strasznie zmęczeni wtedy byliśmy (pobudka o piątej to ciężka sprawa). Btw. opowiem Wam też jaki numer odwaliła Łucją ratując naszą podróż, ale jednocześnie MAM nadzieję, że nigdy więcej tego nie powtórzy!… Gdy w czwartek gnaliśmy na kolejkę podmiejską to dojechaliśmy do niej na styk. Szlaban był opuszczony i pociąg właśnie wjeżdżał (zaskoczyło mnie skrobanie auta). Panna wyskoczyła z auta i pognała do pociągu, a ja zjechałam na parking by zaparkować. I Łucja ZABLOKOWAŁA pociąg wsadzając w drzwi w stopę. Dopóki drzwi się nie zamkną pociąg nie mógł ruszyć. Wygrała w ten sposób 4 minuty, w ciągu których MY dobiegliśmy. Wiem, wiem, strasznie głupio, ale udało się, obyło się bez kary, ja prawie fiknęłam orła wsakując do wagonu (bo był lód), LECZ za to zdążyliśmy na NASZ późniejszy pociąg jadący JUŻ do Wrocławia.

NIESAMOWITE są te krasnale. Moje dzieci są w sumie duże, ale Mieszkowi się podobały, a panny wkręciły się w wyszukiwanie kolejnych figurek i szukanie kontekstu (dlaczego akurat TAKI, w TYM miejscu). W biurach IT można odebrać WIELKĄ mapę wraz z naklejkami poszczególnych krasnali i po całym mieście chodzą rodziny z dziećmi szukają tych krasnali. Dziś rano na śniadaniu, też jedna rodzina weszła i zanim zamówili rozłożyli mapę i przykleili naklejki tych CO właśnie je widzieli.

PARADA!
Tu towarzystwo w plecakach, bo my to tacy backpackersi na tych wyjazdach. Przyjechaliśmy rano, a noclegownię mieliśmy od 15-stej. A dzisiaj to samo. Pokój był do zwolnienia do 10-tej, a odjazd w drugiej połowie dnia… I tak dźwigaliśmy (na szczęście pogoda ułatwiała sprawę)
Dworzec nam się podobał

I Afrykarium:

Hala Stulecia. Tu jak widać nastąpiło „zużycie materiału” u Łucji:

I JESZCZE więcej krasnali…

Niżej Wrocław NOCĄ. Są kłódki,bo pełno tu zakochanych z całej Europy! Miasto jest ładnie podświetlone i spójne jeśli chodzi o reklamę na fasach (to niby nic, ale jak patrzysz na takie miejsce, to ono od razu ma inną atmosferę):

A to już Uniwerek Wrocławski wraz z wejściem na wieżę Obserwatorium:

I tak naprawdę to był już dzień ostatni! Ciężkie były te nasze plecaki, więc raz po raz siadaliśmy wypatrując atrakcji PO drodze!

To była niezła akcja. Weszłyśmy w jakieś drzwi, a to był kościół (chyba Jezuitów)… No i jak już weszliśmy to przeszliśmy się, zapaliliśmy świeczkę, bo zawsze zapalamy (ta dolna to NASZA), wrzuciliśmy jakąś monetę gdzieś tam i pojawił się Zakonnik, który jakoś zapałał do
o nas wielką sympatią. I mówi, że życzy nam „Szczęśliwej Podróży” (bo my z tymi plecakami i aparatem to tacy dość oczywiści). Z rozpędu odpowiedziałam, że nawzajem i szybko się poprawiłam, że tak ogólnie i on na to, że on też tak ogólnie. 🙂 Taką otrzymaliśmy dedykację 😉

I WYJAZD. Przed dworcem zabraliśmy się za karmienie gołębi, no i jak to z nimi musieliśmy w końcu UCIEKAĆ!