Giornata

A jednak to co Mieszko przywlókł to był wirus. Wczoraj zmuliło mnie. Poszłam na spacer, choć mżyło i było tak słabo, że sądziłam, że nie wrócę. Wróciłam do domu, wlazłam pod kołdrę i powiedziałam, że mi zimno i wszyscy muszą się ogarnąć sami. Lilka skwitowała to, że to bardzo niewłaściwe, że JA jestem chora. Matki przecież NIE chorują. A potem w przerwie pomiędzy jednymi, a drugimi torsjami przypomniałam sobie, że kupiłam ananasa i nie mogłam przestać o nim myśleć. Lilka sprawdziła mi na CO ten ananas i na mdłości podobno polecany. Zjadałam, wykąpałam się i poszłam spać. A rano obudziłam się zdrowa. Nie obudziłam się jednak na dźwięk budzika, lecz bo KTOŚ hałasował w łazience. Sądziłam, że to nawrót u Mieszka, a to była Łucja. Trzecia w nocy czyli zbiórka do wyjścia na Zieloną Szkołę.

  • Wydaje mi się, że nie powinnaś jechać. Jak myślisz?
  • Nie wiem.
  • A chcesz jechać?
  • Chcę.
  • No ok. Ale gdyby było źle, to niech wysadzą Cię na stacji benzynowej. Ja przyjadę. A gdyby w nocy coś się zaczęło to wsiadaj w pendolino i przyjeżdżaj. Odbiorę. A w Energylandii uważaj na rollercoastery. Chory żołądek w takim miejscu to kiepski pomysł. Zimno Ci?
  • Tak. Trochę.
  • Zasłoń przede wszystkim brzuch. Niech on się wygrzewa.

Odwiozłam, weszłam do domu myśląc: że to ŹLE, że ją puściłam, tym bardziej, że ona była już po pierwszym sekretnym rzyganiu w szkolnym autokarze/ i że ja wsunę się zaraz pod kołdrę i ona też powinna, LECZ powitała mnie Lilka, która właśnie zaczynała kryzys. Btw. jadąc z Łucją zajrzałyśmy na stację benzynową po jakieś lekarstwo, bo w domu NIC nie ma, a tam okazuje się, że leki pierwszej potrzeby w zakresie żołądka to zgaga i wzdęcia. Serio??

Na 9-tą jechałam z Lilką do dermatologa (temat będzie wracał), no i u lekarza Liliana zemdlała. Internista, zamieszanie, skierowanie do neurologa… Wyszłyśmy z przychodni, a tu telefon z jednego urzędu, a chwilę później ze szkoły Łucji bo dotarły do nich dokumenty z nauczania domowego. Trzymam więc pannę w pasie, ciągnę do auta, tłumaczę i odkręcam jeden oraz drugi temat…

Następnie (razem z L.) pojechałam do mojego adwokata, co to prowadził mój rozwód w tym 2015, bo zmieniają siedzibę i albo wyrażam zgodę na zniszczenie dokumentacji, albo ją odbieram. Chciałam ją odebrać i na ten odbiór byłam umówiona na DZIŚ! W planie miałam jeszcze dworzec PKP księgarnię i w tych miejscach Lilka została w aucie… Buff…

POZYTYWY? Lilka aktualnie śpi (ja też muszę choróbska przespać), Łucja ma się dobrze, choć jest zmęczona, a DZIŚ też zawiozłam Mieszka i jego kumpli na warsztaty garncarskie. PODOBAŁO im się, ustaliliśmy, że za DWA tygodnie zawożę ich znowu, a dziś zrobili świnki!

Ach, no i widzicie te orzechy u góry? To już pozbierane na spacerze! SĄ orzechy włoskie! Nareszcie!

na kolejnych zajęciach będą pokrywać je szkliwem