środa ze środkiem (czyli L.)

Pamiętam jak Lila była mała i w którymś momencie odkryliśmy, że była świetnym pomysłem. Łucja robiła się absorbującym trzylatkiem (a może czterolatkiem?), a Lila była zawsze koło niej. I przylazła do nas ta panna najstarsza i teatralnie oraz DRAMATYCZNIE (mówiąc trochę w przestrzeń) rzuciła:

  • KTO pójdzie ze mną na górę się pobawić?

Lila wstała i powiedziała:

  • Ja, Łucja.

I poszły razem, a Diabli powiedział wtedy: Jak to dobrze, że ją jej zrobiliśmy. 🙂

Te same myśli mam teraz o tym chłopaku Łucji. On naprawdę jest ze złota. Ona jest przesadzona i rozpaczliwa, a on raz po raz ją ratuje. Jedzie z nią na jedzenie, patrzy jak pije kawę (bo on sam nie pija, więc ona pije, a on patrzy). Wysłuchuje tych wszystkich dram i nieustannie pociesza. Bo jak już wiecie u mnie jest nieustanne: Ojej… Anyway. Dziś też gdzieś tam byli, bo był nieistotny SMUTEK do zaleczenia 🙂

Ale dobrze, bo dziś potrzebowałam zabrać Lilkę i TYLKO Lilkę na zakupy. Panna nie ma spodni na jesień… Z poprzednich wyrosła i na wiosnę je wywaliliśmy, te po Łucji są jeszcze za duże więc chodzi w letnich. Ma jedną parę, którą Łucja kupiła sobie na wyprzedażach, ale były dla niej za małe i to wszystko. UDAŁO się, mamy JEDNĄ nową parę, czyli na jak na Lilkę to pełen sukces!

<><>

  • Mamo, ale to gdzie chodziliście na zakupy po szkole jak nie było Żabki?
  • Nie do sklepu. Po co stać w kolejce? Zresztą tam nic nie było, Lilciu…
  • Restauracje były?
  • Technicznie tak, ale nie było kawiarni. A do restauracji to tak z ulicy się nie wchodziło. ALE chodziliśmy na frytki, do baru na halę targową!
  • Jakie frytki?
  • Takie prawdziwe. Duże i… miękkie.
  • Miękkie?
  • No tak. No bo nie było mrożonych frytek w torbach i tam kroili ziemniaki w paski i były frytki. Podobno czasem można było trafić obierka, ale mi się nie zdarzyło.
  • To nie prościej było by kroić w talarki?
  • NIE. Bo to by nie były frytki!