Czuję się jakbym wyszła z więzienia. I nie było mnie TU kilka miesięcy…

-Lilka po wyjściu ze szpitala

Panna już w domu! Czekałyśmy do 14-stej, aż zleci ostatnia kroplówka, badania są w sumie ok, mam ją nawadniać i podawać probiotyk. Najbardziej za siostrą zatęsknił Mieszko. Sporo rzeczy przez tą akcję nam się przesuwa na przyszły tydzień i na dodatek przegapiłam moje badanie krwi, które miało być dziś rano (pewna byłam, że to jutro). Czyli fryzjer, szczepienie, odbiór paszportu i wizyta w serwisie (jakąś tam uszczelkę wynaleźli na przeglądzie, którą wymienią mi w ramach gwarancji). Zdołałam za to skosić trawę i NIE nabałaganić.

<>

Projekt DOM na lato będzie mizerny. Nie dam rady wymienić drzwi tarasowych i na niekreślony kolejny rok przechodzi cyklinowanie. Nie wiem czy będę miała okres BEZ dzieci, ale bardzo chciałabym tradycyjnie podmalować ściany i mam nawet przebiegły plan jak zdobyć numer farby, którą kiedyś użyłam. Drzwi wejściowych CHYBA nie podmaluję, podobnie jak nie uszczelnię pianką strychu… Zrobiłam za to coś, co zmieniło duży pokój! Oddałam do pralni dywan, który po 25 latach odzyskał blask 😉 Bałam się, że zadzwonią do mnie z pralni gdy go rozwiną, żeby zrobić mi awanturę, że TAKIE dywany, to można TYLKO wywalić, ale NIE zadzwonili i Łucja ze zdumieniem odkryła: Ooo, to on ma kolor? Lubię go, dużo się na nim wydarzyło (dzieci raczkowały, kotki rodziły, domy się mu zmieniały). W trio niżej macie też pościel w kwiatki, która doszła (doszła też letnia kołdra, bo trafiłam na wyprzedaży i kupiłam Mieszkowi) oraz poduchy w kamienie, które są naszymi poduchami kempingowymi (i leżą już na strychu, na workach ze śpiworami).

Empatia zbiorowa

  • Lila, masz dobry kontakt z całym swoim ciałem? Czujesz każdą część z osobna? Nogi, ręce, głowę, uszy?
  • Tak… Ale chyba lubię bardziej moją głowę niż moje ciało.
  • Dlaczego?
  • Bo jest za duże.
  • Mhm. To prawda. Jak jest się dzieckiem to wszystko jest jakoś blisko siebie, a potem te odległości się zwiększają. Rodziców też to dziwi.

<><>

Kosmiczna akcja była dziś w nocy z Lilką. Ja sobie prasowałam, sporo rzeczy było wilgotnych, ale nie chciałam ich zostawiać na noc na suszarce. Prasowałam i takie wilgotne wieszałam na wieszaki. Leciał mi Luther i noc mijała szybko. Prasowanie się skończyło, ale ja byłam pod koniec drugiego sezonu i postanowiłam obejrzeć finałowy odcinek do końca. Godzina druga. Wtem po schodach zeszła Liliana. I powiedziała, że na górze skończył się papier. Podeszłam do niej i widzę, że ona jest szara i ma takie nieruchome oczy. Pytam się: Lila, JAK się czujesz?! Przytulam ją, a ona mi się osuwa! Przeniosłam ją na kanapę, a kontaktu nadal brak i na dodatek coś jak problemy z oddychaniem. Przestraszyło mnie to (cały czas ją wołałam) i KRZYKNĘŁAM: ŁUCJA!!! Potrzebuję CIĘ! ŁUCJA!!! Łucja wstała, zbiegła i mówię do niej, żeby wybrała telefon alarmowy. Ona mnie jaki, a ja w głowie pustka… Panna wybrała 112 i po zgłoszeniu głosu z długiej strony przekazała mi słuchawkę. Wyłuszczyłam krótkimi zdaniami co się dzieje, a w międzyczasie panna młodsza odzyskała przytomność. Karetka już do nas jechała. Decyzja była szybka, żeby ją przewieźć do szpitala i ja musiałam jechać z nią (takie są przepisy – nieletni TYLKO z rodzicem). Podczas przybycia ratowników Łucja trzymała warczącą i ujadającą Bibs na górze, a kot został zamknięty w łazience (bo ona skacze pod koła aut pod domem). W szpitalu Lilce otworzono kartę, wbito wenflon i przyjęto na oddział. Trochę było zamieszania, bo w pandemii ja nie mogę wyjść i ponownie wejść, ale powiedziałam, że nie ma mowy, żeby przez trzy dni nie było mnie w domu. I wyszłam. Zainstalowałam sobie apkę ubera, zamówiłam auto, po 6 minutach przyjechał Gruzin z ryczącą ru-muzyką i odwiózł mnie do domu (w planie a- chciałam jechać autem za karetką, ale tak NIE można było). W domu byłam po czwartej, do piątej z Łucją nie mogłyśmy zasnąć, a o siódmej panna mnie obudziła, że zwymiotowała. Spałam jednak do dziewiątej, wtedy zeszłam posprzątać i odkryłam, że kot na stole TEŻ narzygał. I Łucja, i Miaustra mają się już dobrze, czyli chyba koniec tej histerycznej, masowej empatii 😉

DZIŚ, około 10-tej do niej pojechałam, udało mi się wejść, zawiozłam jej wodę, telefon, szczoteczkę i pastę do zębów. Chwilę gadałam z lekarzem – na razie wyniki są okej, ale chcą wszystko przebadać i może uda mi się ją jutro wyciągnąć. Na razie NIE jest to TA wakacyjna Lilka sprzed kilku dni, ale takie akcje, ZAWSZE przypominają, że przejmujemy się w życiu głupotami. I lubimy się nakręcać NIE tym co jest naprawdę ważne! Cieszę się, że rozkminiłam Ubera, jest to genialne i obie panny (tym bardziej, że karty płatnicze mają OBIE) będą miały tę apkę zainstalowaną.

Najbardziej unieszczęśliwia ją wenflon i pierwsze o co zapytała wczoraj, gdy po pobraniu krwi była już na swojej sali to było, czy może sobie TO już wyjąć? Nie mogła, bo przecież pod to podpięli kroplówę.

<>

A TO STAN, do którego dążymy:

Do WÓD! Na ŚLĄSK!

Kierunek tego tripu wyszedł na fali wyszukiwania obiektów honorujących bon. I na Śląsku jest takich miejsc BARDZO dużo. Moim zdaniem, nasze uwielbiane Podlasie dało całkowicie ciała w tym temacie, za to Śląsk wyczuł passę. Wydawało nam się to ZAWSZE za daleko, ale ciekawiły mnie tamte regiony. W głowie szumiało mi zdanie Twardocha że na Śląsku niszczeją zabytki i pałace i RZECZYWIŚCIE takiej architektury NIE widzieliśmy nigdzie indziej. Niezwykle pomocny okazał się blog Hasające Zające, którego autorzy specjalizują się w Dolnym Śląsku. Wszystkie odwiedzone przez nas punkty pochodziły z ICH rekomendacji (DZIĘKUJEMY!). Na telefonie mieliśmy w ustawieniach pogodowych MIEJSCA, które chcemy zobaczyć i przemieszczaliśmy się pomiędzy chmurami, w taki sposób, że NIE spadła na nas kropla deszczu.

To doskonały kierunek do zwiedzania z dziećmi (jeżeli macie JESZCZE niezaplanowane wakacyjne dni to tylko tam), miasta uzdrowiskowe są wypełnione szerokimi deptakami, na których śmigają dzieci na rowerkach biegowych i w autkach elektrycznych a baza żywieniowa jest świetna. DUŻO się dzieje. Zachwycił nas Lądek Zdrój, gdzie akurat odbywał się finał Biegów Górskich (te kawiarnie w pałacach i fontanny), zjawiskowa była Kudowa z wielkimi palmami w donicach i zakochaliśmy się słynącym piernikami Bardo. Rozczarowało nas Kłodzko, które chociaż było podobne do Rzymu (idziesz, idziesz, skręcasz i wpadasz na najwspanialszy kościół na całym Śląsku, przy którym stoi tabliczka: NIE grać w PIŁKĘ) to było jakieś takie… smutne i rozpaczliwe… I były też CZECHY. One są tuż obok, jedziesz i nagle mijasz znak drogowy: Witamy w Olomuckom Kraju i od początku wiedziałam, że tam dotrzemy. Ledwo wjechaliśmy na Śląsk Łucja złapała w radiu czeskie radio i do końca je słuchaliśmy ucząc się czeskiego -> z niego dowiedzieliśmy się o powodziach w Niemczech (Tragiczna situacja w Nemiecku). Odwiedziliśmy dwa czeskie miasta: szkatułkowy Javornik z wybornym zamkiem i Hradec Kralovy, czyli Dwór Królowej. Poruszaliśmy się tam bocznymi drogami, które NIE wymagają wykupywania winiet. Bazę mieliśmy w Długopole-Zdrój, w willi przy zdrojowym deptaku. Pełno tam było zakochanych seniorów, wieczorem wokół były dancingi, w starym kościele ewangelickim była restauracja doskonała na drugą randkę, a kawiarnie otwierano o 14-stej rano -> na pierwszej stronie każdego menu był deser lodowy MELBA!

A PRZYRODA? Ooooo, to była rewelacja! Przede wszystkim chcemy więcej wodospadów, bo są piękne! Dużo łaziliśmy szukając kapliczek ukrytych na szczytach gór i przecudowne było Torfowisko pod Zieleńcem. Taki spacer po kładkach nad bagnem robiliśmy też na Polesiu, ale TU nie ma komarów (górskie cieki są dla nich za zimne). Nie udało nam się natomiast wejść na Błędne Skały i Szczeliniec, bo to mieliśmy zaplanowane na niedzielę, a w niedzielę ruszyliśmy w drogę powrotną. Zepsuł nam się Mieszko, którego siostry zmuszały do picia wód (ja TO zasugerowałam, bo one dobre na anemię, ale nie uwzględniłam, że limit dla dorosłej to 750 ml, a dla dziecka TROCHĘ jednak mniej) i jak mu w nocy te siarczany zaczęły buzować w żołądku to od północy do piątej rano zarzygał nam cały pokój. W tej sytuacji wiadomo było, że 10 km po górach to on nie przejdzie i lepiej się zawinąć do domu, żeby szybciej doszedł do siebie. JUŻ mu NIC nie jest.

Dolny Śląsk do powtórki? TAK! Zostało nam kilka skałek, kilka uzdrowisk i to fajny punkt wypadowy np. do Pragi. Nie byliśmy w żadnej kopalni (złota celowo odpuściliśmy, a do uranu nie mieliśmy ciepłej odzieży) i w żadnej jaskini (do Jaskini Niedźwiedzia bilety trzeba zaklepywać z dwutygodniowym wyprzedzeniem) NIE weszliśmy też na żadną kładkę w koronach drzew (a jest ich tam kilka). Dobrze dotrzeć tam na tygodniu, bo w weekend zrobił się ruch (Wrocław, Poznań). Było pusto. Wieczorem docieraliśmy na takie torfowisko i byliśmy sami w magicznym miejscu. Patrzę na tłum stojący w kolejce na Giewont i naprawdę tego NIE rozumiem. Marzy mi się jeszcze kilka zamków i rozpadających się pałaców. TAK – jedźcie TAM!!! 🙂

<>

Międzygórze. Mini Tyrol. Kupiliśmy tam dzwonek, który jest indyjski („Co ja będę Panią oszukiwał, że to stąd”), ale wisiał na straganie tak długo, że „dobrze nasiąkł Międzygórskim powietrzem” 🙂

Wodospad Wilczki – nasz lifehack, to dotrzeć tam WCZEŚNIE rano, kiedy jest jeszcze mgła i NIE ma nikogo!

Lądek Zdrój i festiwal biegów górskich. TĘSKNIĘ za okresem, gdy brałam udział w tych wszystkich sportowych wydarzeniach!

Kłodzko i ten niezwykły kościół ukryty między domami:

Pałac Marianny Orońskiej. DO powtórki, bo DO środka nie weszliśmy. To była droga powrotna, Mieszko został na ławeczce przy aucie, a my z pannami na szybkości obleciałyśmy tylko park.

A to nasz HIT: BARDO. CU-DO-WNE! Mieszko trzyma mapkę. Punkty IT są wszędzie (i w Polsce i w Czechach) i w każdym mieście dostawaliśmy bezpłatną mapkę oraz folder z atrakcjami (!!!!)

Torfowisko pod Zieleńcem. Magiczne! Leżeliśmy niemalże do zachodu słońca na tych ciepłych deskach!

Wejście na Górę Igliczną w poszukiwaniu sanktuarium. Idziemy ścieżką rowerową. Doskonałą. Trasy są wyprofilowane i zaokrąglone na zakrętach. I rowery górskie/trekkingowe TEŻ można tam wynająć!

Javornik i zamek. Zwróćcie uwagę, że w muzeum DALI nam kapcie… I coś, co JA doskonale znałam z wycieczek szkolnych, było dla dzieci nowością! Nie jest łatwe chodzenie w takim obuwiu 😉

GRANICA PAŃSTWA!!!

Hradec Kralovy. Piękny i pusty.

„Divadlo”, czyli teatr!
NAJLEPSZE LODY TEGO LATA – NA ZMRZKO!!!!

Kudowa- Zdrój

I TRYPTYK z MIESZKIEM: wpajanie w niego WÓD (Marchlewski, Śniadecki i Moniuszko, potem u nas: Renata i Cyranka – dodajmy, że to ostatnie było pite i na zimno i na ciepło), -> DZIEŃ drugi i chłopak do wymiany, oraz DZIEŃ TRZECI -> fotka z dnia innego, ale sens taki, że już ZDRÓW!

Tura II

  • A znowu będziemy spali w namiocie?
  • Nie. Tym razem nie, Mieszeczku.

Akcja sprzątanie, akcja pakowanie i jutro rano jedziemy na drugą wakacyjną eskapadę! Robi się jeszcze jakieś pranie, pewnie do 16 wszystko już wyschnie (bo znowu jakiś skwar nie do wytrzymania), ja to przeprasuję i może coś z tego będzie jeszcze potrzebne… Nie zdążyliśmy zrobić wszystkiego zaplanowanego na TO okienko. Fajnie że złożyłyśmy papiery do szkoły Łucji, załatwiłam kilka spraw, ale nie mam pewnej ważnej recepty, no i NIE udało mi się panien zaszczepić. Mam dzwonić w przyszłym tygodniu i może do końca lipca gdzieś je wcisnę na pierwszą dawkę? Dziś rano poszło info, że możliwe, że od września będą zdalne, co prawda w wersji hybrydowej LECZ hybrydą NIE zostaną objęte dzieci zaszczepione. To wszystko oczywiście nie potwierdzone, ale mam już po dziurki w nosie tej pandemii.

Dziś czekają nas jeszcze zakupy i uzupełnienie zwierzęcego jedzenia, Łucja chce wręczyć koleżankom zaproszenia na swoje urodziny (papiery i koperty z Action są CUDNE!), potem spanie, odjazd i wracamy we WTOREK! Zwróćcie uwagę, że na koperty naklejony został KOT i na każdej kopercie KOT żongluje kartami a liczba na kartach to piętnaście!

Prawdziwa władza to sztuka dyskretnej manipulacji

-Czarna Wdowa

Jednak poszliśmy do kina! Babcia chciała się spotkać z wnuczkami na zakupy, więc ja zaproponowałam, że w TYM czasie, ja pójdę z Mieszkiem do kina, to będą same… LECZ okazało się że panny też chcą TO obejrzeć! Przebudowaliśmy więc plan: podrzuciłam dziewczyny do galerii handlowej, a potem dojechałam tam z Mieszkiem i… po ICH zakupach poszliśmy na kolejną Marvelową produkcję. Iii?? I fajne! Poza tym po trailerach Łucja ogłosiła, że ona chętnie obejrzy Żużel, a Mieszko Snake Eyes i Shang-Chi. To są dwa filmy Marvel-karate i akurat młodemu Mortal Kombat podobał się bardziej niż dzisiejsza Czarna Wdowa. Lilka natomiast zaśmiewała się przy trailerze Jungle Cruise, bo czy ten facet (Dweyne), gra we wszystkich filmach o dżungli?

<><>

Kontynuuję ucztę owocową i wykańczałam truskawki. Zrobiłam shake-a i otworzyłam szafkę z pucharkami.

  • Ojej… NIE mam żadnych „fancy” szklanek do Waszych koktajli!
  • Zrób w setach na wódkę – zaproponowała Łucja.

Rozlałam do szampanówek i ZOSTAŁO. Niedużo, więc rzeczywiście wyjęłam takie mini kieliszki do szotów, napełniłam TRZY i wyszło idealnie. Pierwsza, swoją porcję, opróżniła Łucja, która siedziała w kuchni i mi doradzała… Postawiła pusty kieliszek na stole i ogłosiła:

  • WYZEROWAŁAM!

???????????????????

Klasyczny (przeładowany) poniedziałek

W piątek wieczorem Łucja rolując telefon wykrzyknęła: Do DZIŚ miałyśmy odebrać ze szkoły zaświadczenie o zdobytych punktach!

Boom! W sumie to jakoś się NIE przeraziłam, bo „do DZIŚ” w pandemii może być ruchome. Może akurat NIE mogłyśmy odebrać? A i tak okazało się, że na stronie była literówka, bo miało być „OD piątku” i nerw był niepotrzebny. Jakby nie było, DO czwartku 13-go, panna miała dostarczyć dokumenty do szkoły pierwszego wyboru. Wstałyśmy więc z rana, pojechałyśmy do starej szkoły po zaświadczenie, potem na moje odczulanie, które akurat TEŻ wypadało DZIŚ, a potem do TEGO nowego wybranego przez nią LO. Różnie to może być z tą jej szkołą, ALE na razie, do 22-go czekamy na wyniki rekrutacji. Wracając kupiłyśmy donuty, po drodze wszędzie do szkół średnich zmierzają „rodzic z dzieckiem” (można było meilem, ale chyba wszyscy wybrali drogę klasyczną, by przy okazji się do tego nowego MIEJSCA przejść) i CHYBA znaleźliśmy szkołę dla Lilki! Pannie średniej pomysł się spodobał, trzeba będzie pilnować dni otwartych na wiosnę i za rok będziemy myśleć.

<><>

  • Dzwonię z serwisu zaprosić na przegląd samochodu – powiedział mi męski głos w telefonie, gdy siedzieliśmy na plaży.
  • Dobrze, że Pan dzwoni, bo i tak miałam to zrobić. Czy możemy się umówić na poniedziałek 5-go lipca?
  • Pierwszy wolny termin jest na poniedziałek 12-go lipca.
  • Niech będzie.
  • Jaki ma Pani przebieg?
  • Nie wiem. Absolutnie nie wiem. I nie mam samochodu obok, żeby to sprawdzić.
  • Rok temu miała pani 30 tysięcy. I to było dwuletnie auto.
  • Dużo jeździłam. To nie rosło proporcjonalne.
  • Jeśli przekroczyła pani 60 tysięcy to przegląd musi być poszerzony o świece i wymianę filtrów. Koszt jest dwukrotnie wyższy.
  • Proszę wyliczyć w takim razie dwie wersje i na miejscu, jak już będę u Państwa to podam dokładny licznik.

I to TEŻ było dziś. Przebieg mam na SZCZĘŚCIE niższy, ale niewiele bo 56 tysięcy. DUŻO jeździłam w tym roku… Wracając więc z Łucją zostawiłyśmy moje auto w serwisie! Zgłosiłam wszystkie usterki, które mnie niepokoiły (olej, dyskoteka kontrolek, zacinające się tylne drzwi i nieszczelna listwa izolacyjna przy drzwiach kierowcy), przy okazji okazało się, że badanie techniczne mam do jutra (OD RAZU mi je zrobią) i po auto jadę dopiero po 16-stej. Rowerem i mam nadzieję, że będzie chłodniej, bo wracałyśmy z Łucją w TAKIM słońcu, że różowy kartonik z donutami prawie nam się rozpuścił! Liczę też, że NIC w tym moim aucie NIE wynajdą WIĘCEJ do naprawy i dostanę je umyte i gotowe na kolejny wspólny rok!

I znowu upał

Zaczęłam oglądać serial Luther. Trochę mnie przeraziło, że to AŻ pięć sezonów, ale sezony są po 4 odcinki, więc luz. To serial kręcony przez BBC, więc jak chcecie podszkolić angielski to aktorzy mówią wyraźnie i baardzo po brytyjsku (daleko mu do Fall i Detektywów, ale ma swoje plusy). Jest tam niezła akcja z ziewaniem. O tym ziewaniu rozmawiałam w szkole z taką babeczką od metodyki i ona powiedziała, że NIE odziewują schizofrenicy i osoby, o których może ona wystąpić. No i tak prasuję te ubrania (cały czas przerabiam wyjazdowe, ale piorę też śpiwory i koce, więc przyspieszyć nie mogę bo gdzieś to musi schnąć) i w serialu taka sytuacja: jest babka, która jest mega inteligentna i przesłuchują ją w sprawie morderstwa jej rodziców. Śledczy w pewnej chwili się przeciąga i ziewa, po czym mówi: Przepraszam, źle spałem. Muszę się napić kawy. Przynieść też Pani? Ona odpowiada, że poprosi o herbatę. On wychodzi i mówi do ludzi przed salą przesłuchań: To ONA. Nie odziewnęła. Itd. Więc jeżeli chce się skądś wywinąć… ZIEWAMY!

Niedziela, zaraz jedziemy do dziadków, właśnie zagoniłam dzieci do ubrania się i wcisnęłam w Mieszka elektrolity. Gość mi pisał mi (jeszcze z nad morza), że ma skurcze łydek i zanim do wrócili ja pojechałam po poradę do apteki. Tam farmaceuta doszedł do wniosku, że to odwodnienie i potrzebny jest magnez i elektrolity. I to drugie, nawet o smaku bananowym, jest naprawdę obrzydliwe….

Muzeum Solidarności – sala przesłuchań

TE dni…

Lila dołączyła do grona „dojrzewających nastolatek”. Zaczęło się TO wczoraj wieczorem i bardzo się z tego cieszę! Czytałam ostatnio artykuł o anomaliach coraz częściej występujących u dzieci, a jednak jest TO objaw, że panna rozwija się prawidłowo. Powiedziałam jej, że trzeba TO lubić. To taki nasz babski czujnik mówiący NAM, czy wszystko gra? Gdy czujemy się gorzej, gdy jesteśmy zmęczone, nasz cykl może się sypać, a nawet zanikać. Dziewczyna musi znaleźć swój sposób na radzenie sobie w TYCH dniach i łagodniej się w tym okresie traktować. W wielu kulturach był to czas gdy kobieta znikała i odsuwała się od codzienności, ale tak naprawdę NIE było to złe, bo potrzebujemy wtedy się schować i wyspać. Chce nam się wtedy pić wodę, jeść czekoladę, czasem boli brzuch i często jesteśmy wtedy słabsze. U Łucji ten NOWY etap rozpoczął się, gdy panna miała 12 lat i 3 miesiące, Lilka ma teraz 13 lat i jakoś 5 miesięcy, ale piszę sobie to tutaj, żeby ta data nie zginęła! Jest ważna i na każdej wizycie u nowego gin-a będą ją o to pytali.

Rano, po moim bieganiu, pojechałyśmy do drogerii obejrzeć i kupić różne kosmetyczne przydasie, a potem wpadłyśmy po czekoladowe ciacha do cukierni. Wydaje mi się, że panna dość się z TEGO cieszy 🙂 Równolegle Mieszko wyrwał sobie mleczaka (jak krwawo to wszyscy) a w samochodzie zawisł breloczek w pierwszej części wakacji. Muszelka pomalowana przez Mieszka na zielono, dwa kawałki kory ozdobione przez Łucję i jakieś tam jeszcze inne morskie skarby. Wakacyjna tura druga nam się przesuwa, bo cały czas wypływają zaległości, które musimy natychmiastowo ogarnąć… I taki np. poniedziałek szykuje nam JUŻ maksymalny…

Breloczek, bocian, co to nam za płotem chadza i czekoladowe babeczki!

Polskie lato smakami stoi!

Łucja mi opowiadała, że na jej tik-toku jedna panna wkleiła zdjęcie talerza na którym była: fasolka szparagowa z bułką tartą, młode ziemniaki i ogórki ze śmietaną. I podpisała to pytaniem: CZY Wasza mama też w kółko robi takie obiady w lecie? Bardzo fajne! Strasznie to jest miłe, że żyję w pokoleniu matek, które potrafią odpuścić. Nie to, że było MI źle jako dziecko, ale obiad był zawsze dwudaniowy. I doceniam, że Lutka tak robiła, ale była chyba nieźle tym urobiona. Teraz też już częściej odpuszcza, ale u NAS w domu obiady dwudaniowe raczej NIE bywają. Czasem jest zupa i wczesna DUŻA kolacja na ciepło. Albo po prostu danie główne TYLKO. Albo obiad, który w ogóle nie wygląda jak tradycyjny obiad, bo zawiera fasolkę, ogórki i ziemniaki. Albo bób, smażone cukinie i ryż. Zaszalałam dziś na rynku, więc szykuje nam się kolejna DZIWNA uczta… Ale mamy i czereśnie, i maliny, ogórki, bób, kwiaty cukinii, czarne jagody i jagody kamczackie… Są też ziemniaki, ale na obiad chyba i tak zrobię klasyka, czyli makaron z truskawkami. Jedliście odmianę poziomkową? PYSZNA!!!

Widzę światło w tunelu brudów wakacyjnych, mam wrażenie, że na podłodze nie chrzęści JUŻ nadmorski piasek, wysypujący się z każdej torby, a wczoraj odkryłam, że mamy jakieś kupony do kina. Przeglądałam więc z dziećmi ramówkę, lecz o ile nie wrzucą znowu Cruelli w któryś dzień, to pierwszy film, który chcemy zobaczyć jest we wrześniu – Venom 2, a później w październiku Diuna!

IQ rozgwiazdy

Mamy na polach staw. To taki bardziej ciek, niż staw, ale pluskają się w nim kaczki, na brzegu rosną pałki, a zamulone dno uwielbiają żaby. Tam też, odbywają się psie kąpiele psów wodolubnych… Szłam sobie z Bibi obok i ona siup do tej wody! I okej, tylko, że TYM razem była tam kaczka z młodymi! Ja tego nie zauważyłam, a ona już do nich gnała!!! I na tej wodzie rozegrał się dramat. SPOKO, NIKT nie zginął. Kacza mama zagoniła maluchy w sitowie i kwacząc pływała w kółko, a Bibi za nią. Pies dostał takiego amoku, że na nic nie reagował. Ja zdarłam sobie gardło, bo i wołałam ją i za każdym razem gdy z gęstwiny wypływało małe pisklę i pies zmieniał na chwilę kierunek, ja krzykiem odganiałam pisklę w zaciszne miejsce. Trwało to TAK długo, że nieustannie kwacząca mama-kaczka też miała chrypę!!! Wychodząc z domu włożyłam komórkę do ładowania i wysłałam Łucji esemesa, że wychodzę. Była to 18:33, a gdy wróciłam była 19:58. Czyli lekko licząc godzinę ta gonitwa trwała. Najgorsze było to, że Bibi osiągnęła taki stan, że albo by ją dopadła, albo by się utopiła. I pływała już coraz niżej, zachłystując się wodą… W tej sytuacji zdjęłam spodenki i koszulkę (miałam dwie takie na ramiączkach) i weszłam do wody. Było grząsko i bałam się, że może być tam szkło, albo mogę się zapaść bardziej. Weszłam do pasa i czekałam. Kaczka widząc mnie, po prostu zmieniła trasę… NA szczęście przypadkiem przeleciała całkiem blisko i zdołałam złapać płynącego za nią psa. ZA OGON. I za ten ogon wytachałam Bibi z wody!!!! LUDZI nie było żadnych. Dopiero gdy w tych mokrych gaciach w biało niebieskie paski ciągnęłam ją z wody pojawił się jakiś elegancki facet z chevalierem. I on był w szoku. I potem gdy siedziałam na brzegu i planowałam zdjąć majtki i je gdzieś tam zakopać to szedł kolejny, więc olałam sprawę i założyłam spodenki na mokre majtki. I suchą koszulkę na mokrą. Dałam też psu klapsa (wiem, że to bezcelowe) i wróciłyśmy do domu… Dlaczego to mnie takie przygody spotykają???

Taką miałam wczoraj przygodę. Dziś skończyłyśmy składanie papierów do szkoły średniej z Łucją. Uzupełniłyśmy wniosek o oceny ze świadectwa i egzaminów. Nie wygląda to za dobrze – tam gdzie sobie wymyśliła jest 56 osób, które wybrały tę szkołę jako pierwszego wyboru. Miejsc w tej akurat klasie jest 15, nie mówiąc o tym, że jeżeli ktoś kto nie wybrał tej szkoły, a startował do jakiejś innej, a ma więcej punktów, niż ona, to też nie jest dla nas dobre… No ale TERAZ czekamy – 22-go będziemy wiedzieć coś więcej!

<><>

Pamiętacie Matę? To ten koleś, który dwa lata temu namieszał w Internetach „Patointeligencją”. I teraz dostał się na listę Billborda, co jest całkowitym ewenementem dla polskiej muzy. Mata to pierwszy artystą z polskojęzyczną piosenką, który wdarł się na światowe listy przebojów!!! To będzie chyba najważniejsze wydarzenie muzyczne TEGO roku. I z piosenką, która jest ulubioną piosenką Łucji!