Lenistwo

Zaczepiła mnie znajoma (poszłyśmy razem na spacer: ja z Bibs, ona bo robi „kroki”) i mówi, że jakiś mam fajny kolor włosów.

  • Nie, nie jest fajny. Nie farbuję od dwóch lat i tak naprawdę to może nie jest zły, ale nie podoba mi się. Jakoś tak słabo zmotywowana jestem. I staro w nim wyglądam.
  • Ale przecież pracujesz w szkole.
  • Tak, ale to nie wystarczający bodziec. Ogólnie mam wrażenie, że NIC się nie dzieje.
  • Co, chłopów nie ma żadnych?

😀 No i mnie tym zastrzeliła. Fakt, w edukacji NIE ma za bardzo mężczyzn, chociaż mam np. sporo ojców po rozwodzie, którzy BARDZO przejmują się swoimi dziećmi. Czy rozwód się na nich nie odbije, czy dają sobie radę, albo jak mogą pomóc? I to są naprawdę bardzo fajni (i przystojni) goście. Nawet opowiadałam o tym dzieciom, że ci najfajniejsi rodzice (bo kobiety też tak reagują), to właśnie ci co im się związki nie udały. Być może w niepublicznych placówkach takich egzemplarzy jest nieproporcjonalnie dużo, ale wniosek mam taki, że TO są naprawdę bardzo przejęci dzieckiem i wyjątkowo pozytywni ludzie. Mam taki osąd w głowie, że kiedyś tych rozwodników postrzegano jak totalnych nieudaczników, natomiast im więcej ich widzę, tym częściej mam myśl, że to są osoby, które w którymś momencie chciały więcej i priorytetem ich życia (po rozwodzie) jest dziecko.

<>

Towarzystwo ma być pod wieczór, robię powitalne serniczki (dla Mieszka BEZ sera, czyli galaretka z owocami), w domu cisza i spokój, drzwi wejściowe mam otwarte na oścież i letni wiatr przelewa się bez problemu. Przed chwilą była listonoszka, która przyniosła ulotki i wypis Łucji ze szpitala (wiedziałam, że go NIE MAM w domu) i w ostatniej chwili złapałam PSĘ za ogon, żeby jej nie WITAŁA.

Lilka stoi, a reszta się do niej skrada… WIEJE

W Caracas za dużo się nie dzieje.

-„Fortezza” na HBO. Nawet nieźle się to oglądało.

Czas bez dzieci jest oczywiście wypełniony po czubek! Zmieniam pościel (brudną już wywiozłam do pralni), sprzątam, piorę i umawiam wizyty lekarskie. Jutro rano mam dwie teleporady i na jednej chcę otrzymać skierowania dla mnie na badanie krwi. Wszystko sobie sprawdzam regularnie, ale taką krew to badałam ze 4 lata temu… Byłam na rynku i kupiłam sąsiadom jagody i maliny za tę opiekę, którą objęli mojego kota, gdy mnie nie było. Podskoczyłam też do jednej galerii handlowej z wyprzedażowymi zwrotami (Łucja nie trafiła z rozmiarem jeansów). Odkryłam tam, że mamy już pogłębienie wyprzedaży, więc może w czwartek (w środę wieczorem towarzystwo wraca) pojadę TAM z dziewczynami? Złożyłam wniosek o paszport (chciałam to zrobić w czerwcu, ale okazało się, że w urzędzie są zapisy i pierwszy wolny termin miałam na TERAZ). Z minusów NIE mogę znaleźć wypisu Łucji ze szpitala, a jest mi potrzebny – nie wiem gdzie ja to mogłam rzucić :/ Ach, no i może zaraz trawę skoszę? 🙂

UP DATE: nic nie skoszę, bo przedłużacz do kosiarki nad morzem!!!!

Wirująca Lil.

Mrożona

Powrót z nad morza był dość emocjonujący… Odjechałam kawałek od wybrzeża, a na desce rozdzielczej zrobiła mi się dyskoteka z kontrolek. I to nie tylko z żółtych, które można olać, lecz zapaliła się również czerwona, o których wiadomo, że jak płoną, tzn. wysiądź z auta bo dalsza podróż zagraża Twojemu bezpieczeństwu… Zjechałam na mop-a i wyłączyłam silnik licząc, że może jak włączę ponownie to nie będą się palić, a w międzyczasie sprawdziłam co oznaczają. Żółte był związane w ciśnieniem w oponach, więc czerwone musiały być tego konsekwencją. Obejrzałam opony (całe) i włączyłam silnik. Ruszyłam dalej zastanawiając się co zrobić (godzina 19-sta i kilka godzin jazdy). Kontrolki oczywiście DALEJ płonęły… Zjechałam więc znowu, tym razem na Orlena, gdzie poprosiłam pracowników stacji o sprawdzenie ciśnienia w oponach. Sprawdzili, dopompowali i kontrolki zgasły na pięć minut… Jechałam więc dalej do domu, tyle, że wolno…. W domu dowiedziałam się, że to być może czujki ciśnienia w oponach, które są słabym elementem Dacii i uszkadzane są często przy wymianie opon i TRZEBA zresetować komputer. Btw. Zrobiłam to i znowu zgasły na kilka minut. No cóż, w przyszłym tygodniu mam przegląd, może coś zaradzą!

ALE historia: wracając w nocy, wzięłam od dziadków Bibi. I jechałyśmy razem dalej. Do domu. I na trasie trafił nam się dół z wodą. Taki na drodze, ale tuż przy torach, więc nie było jak go objechać. Po środku stało auto na awaryjnych i stało już długo, bo awaryjne zaczynały siadać, a w środku były koleś, który dzwonił do ŻONY. Pozostałe auta kombinowały jak by tu ten lej ominąć jadąc chodnikiem, choć tam były znaki, czyniąc ścieżkę nieprzejezdną. I też się stresowałam, że tymi „pobudzonymi” oponami będę jechać po nieprzewidywalnej nawierzchni… LECZ wróćmy do tego gościa… Jest taki film na HBO: Everest. Obejrzyjcie go bo jest świetny! Bałam się, że znowu będzie o jakiejś górze, wyprawie, śniegu i wszystkim co już było, ale naprawdę jest niezły. I jest tam gość z Teksasu, który jest bardzo bogaty i ważny. I on nie zszedł. I zadzwonili do jego żony. A 12 godzin później okazało się, że jakoś przetrwał. I znowu do niej zadzwonili mówiąc, że żyje, LECZ nie ma jak go ściągnąć, bo jest śnieżyca. I ona (Claire Undrewood) mówi: JA się tym zajmę. I uruchamia prezydenta, ambasadora i siły powietrzne Chin i Nepalu. A na górę wlatuje helikopter (wirniki nie działają, bo powietrze jest za rzadkie) i go ściąga. Instytucja: ŻONA -> najpotężniejsza organizacja świata! No więc tak mi się przypomniało gdy zobaczyłam tego gościa w wodzie, dzwoniącego do żony, żeby mu ściągnęła pomoc drogową, która go z tego wyciągnie! 😀

<><>

Około wyjazdowo odkryłam sklep z płazem w nazwie. Wpierw weszłam po chrupaki, ale razem ze mną wszedł gość, który elektrycznym meleksem woził ludzi po półwyspie. I razem staliśmy przy kanapkach. I się go pytam, czy oni je podgrzewają. On powiedział, że tak i że najlepsze są z cheddarem, ale dziś ich nie ma. A przy kasie wszyscy brali KUBEK z lodem, wykupywali kawę i robili sobie Ice- Coffee! ALE JAKI, słuchajcie, SYSTEM! -> Podstawiali ten kubek z lodem pod ekspres i zalewali od razu WRZĄCĄ kawą. Wow. No więc to był nasz ulubiony wyjazdowy napój!

Mieszanie kawy i rozpijanie pierwszych siorbów było jeszcze POD sklepem
Scenka rodzajowa z kupowania LEMONIADY

Na samym początku Polski

Powiem Wam, że ten bon turystyczny jest wspaniały. To zamyka dyskusję o tym czy ktoś go roztrwoni na alkohol albo codzienne wydatki (u nas by tak było). Musi być wydane na urlop i to urlop z dziećmi. Lista podmiotów jest spora i znajdują się na niej np. kempingi. I na KEMPING poszedł kawałek naszego!

Namiot mieliśmy. Nie nasz, ale leżał na naszym strychu, więc mogliśmy go użyć. Nie umiałam go za bardzo złożyć, ALE jakoś po dwóch godzinach, kiedy lał się ze mnie pot, UDAŁO się!!! Nie do końca idealnie, bo w trakcie trzeciej nocy padał deszcz i obudziłam się o siódmej rano z płachtą na twarzy (DZIECI, pobudka, namiot się nam zawalił!), ale przecież człowiek na błędach się uczy 🙂

Kierunek wybraliśmy: HEL. I był to wybór doskonały. Było pusto i nie utknęliśmy w żadnym z korków, które porównuje się do Zakopianki. Byliśmy na samym końcu i było przecudownie. Cały półwysep jest jak inny świat: mydelniczkowe skutery, które można wynająć i porozstawiane są wszędzie, piękni i wysportowani ludzie, nienachalna turystyczna infrastruktura. Ze względu na alergię moją i dziewczyn, morzem powinniśmy otwierać każdy wakacyjny sezon i bardzo bym chciała taką wycieczkę co roku powtarzać. Pod koniec naszego pobytu, złożyliśmy namiot, zjechaliśmy z półwyspu i rozbiliśmy się trochę bliżej Gdańska. Tym razem rozstawianie zajęło nam tylko godzinę, chociaż walił ostry deszcz. Pojechaliśmy wtedy do Muzeum Solidarności, które miałam w planach do zobaczenia od dawna, a kolejnego dnia dotarliśmy na gdańską starówkę. A później przyjechał Diabli, który pokręcił głową, nad naszą namiotową konstrukcją i pokazał jak szybko poprawić by WIĘCEJ nie runęło (wiem, gdzie robiliśmy błąd, a był banalny 🙂 Potem ja ruszyłam do domu, oto już jestem, a dzieci zostały z tatą na dłużej!

Z sukcesów panny jedzą ryby, a rzeczą absolutnie MUST HAVE na kempigu jest elektryczna pompka do balonów, którą pompowaliśmy materace. Czytaliśmy książki, a na plaży dzieci zrobiły całą masę rzeczy, używając akrylowych mazaków (jest patyk dla Bibi, pokolorowane muszelki, które użyję do breloczka w aucie i patyczki mocy). Wrzucam fotki, będą mi różne rzeczy do głowy jeszcze przychodziły, ale to później!

Tak powstaje muszelka w groszki
Na wyświetlaczu z tyłu widać Hel. Z lotu dronem półwysep wygląda wspaniale i Mieszko był bardzo poruszony, że jesteśmy w TAKIM miejscu!
Ryba z plastikowych butelek
Tak to wyglądało: materac wyciągnięty, deski się suszą, strefa chill-out i relaksu
Na jakiś taki różowy zachód słońca trafiliśmy
Cztery ujęcia z Muzeum Solidarności
Gdańsk jak widać!
SĄ WAKACJE? JEST EKIPA!!!!
kemping drugi
CO ZNOWU!!!??? 🙂
pareo
latarnia
„MORZE ŻYWI I BOGACI” – szczerze mówiąc super hasło, choć gdy je przeczytałam to pomyślałam, że morze to raj dla ludzi którzy czują i mają za co żyć (coś jak: „Morze – szybcy i wściekli), a przecież idea tego hasła, to że morze jest karmicielką!!!
DESKI do pływania były baaaardzo wielofunkcyjne…
A tak powstawał patyczek dla BIBI. ONA JUŻ go je!!!

Sobie odnotuję tylko, że na kemping trzeba zabierać przedłużacz (mieliśmy, ale na drugim obozowisku on był za krótki i musieliśmy pożyczać), poduszki (były śpiwory, ale o poduszkach nie pomyślałam) i czajnik (chociaż namiot, albo przybudówka z kuchnią na ogół jest). Przyda się też sznurek (do suszenia ręczników), albo zrobienia długiego „łańcucha” dla psa. Psy wszędzie były, niepotrzebne były kagańce, ale lepiej BYŁO jeśli trzymały się w promieniu 15-20 metrów od namiotu. BO kolejnym razem Bibs jedzie z nami! Z suchego prowiantu mieliśmy kisiele i herbaty, a rano Łucja chodziła po ciepłe pączki!