Na samym początku Polski

Powiem Wam, że ten bon turystyczny jest wspaniały. To zamyka dyskusję o tym czy ktoś go roztrwoni na alkohol albo codzienne wydatki (u nas by tak było). Musi być wydane na urlop i to urlop z dziećmi. Lista podmiotów jest spora i znajdują się na niej np. kempingi. I na KEMPING poszedł kawałek naszego!

Namiot mieliśmy. Nie nasz, ale leżał na naszym strychu, więc mogliśmy go użyć. Nie umiałam go za bardzo złożyć, ALE jakoś po dwóch godzinach, kiedy lał się ze mnie pot, UDAŁO się!!! Nie do końca idealnie, bo w trakcie trzeciej nocy padał deszcz i obudziłam się o siódmej rano z płachtą na twarzy (DZIECI, pobudka, namiot się nam zawalił!), ale przecież człowiek na błędach się uczy 🙂

Kierunek wybraliśmy: HEL. I był to wybór doskonały. Było pusto i nie utknęliśmy w żadnym z korków, które porównuje się do Zakopianki. Byliśmy na samym końcu i było przecudownie. Cały półwysep jest jak inny świat: mydelniczkowe skutery, które można wynająć i porozstawiane są wszędzie, piękni i wysportowani ludzie, nienachalna turystyczna infrastruktura. Ze względu na alergię moją i dziewczyn, morzem powinniśmy otwierać każdy wakacyjny sezon i bardzo bym chciała taką wycieczkę co roku powtarzać. Pod koniec naszego pobytu, złożyliśmy namiot, zjechaliśmy z półwyspu i rozbiliśmy się trochę bliżej Gdańska. Tym razem rozstawianie zajęło nam tylko godzinę, chociaż walił ostry deszcz. Pojechaliśmy wtedy do Muzeum Solidarności, które miałam w planach do zobaczenia od dawna, a kolejnego dnia dotarliśmy na gdańską starówkę. A później przyjechał Diabli, który pokręcił głową, nad naszą namiotową konstrukcją i pokazał jak szybko poprawić by WIĘCEJ nie runęło (wiem, gdzie robiliśmy błąd, a był banalny 🙂 Potem ja ruszyłam do domu, oto już jestem, a dzieci zostały z tatą na dłużej!

Z sukcesów panny jedzą ryby, a rzeczą absolutnie MUST HAVE na kempigu jest elektryczna pompka do balonów, którą pompowaliśmy materace. Czytaliśmy książki, a na plaży dzieci zrobiły całą masę rzeczy, używając akrylowych mazaków (jest patyk dla Bibi, pokolorowane muszelki, które użyję do breloczka w aucie i patyczki mocy). Wrzucam fotki, będą mi różne rzeczy do głowy jeszcze przychodziły, ale to później!

Tak powstaje muszelka w groszki
Na wyświetlaczu z tyłu widać Hel. Z lotu dronem półwysep wygląda wspaniale i Mieszko był bardzo poruszony, że jesteśmy w TAKIM miejscu!
Ryba z plastikowych butelek
Tak to wyglądało: materac wyciągnięty, deski się suszą, strefa chill-out i relaksu
Na jakiś taki różowy zachód słońca trafiliśmy
Cztery ujęcia z Muzeum Solidarności
Gdańsk jak widać!
SĄ WAKACJE? JEST EKIPA!!!!
kemping drugi
CO ZNOWU!!!??? 🙂
pareo
latarnia
„MORZE ŻYWI I BOGACI” – szczerze mówiąc super hasło, choć gdy je przeczytałam to pomyślałam, że morze to raj dla ludzi którzy czują i mają za co żyć (coś jak: „Morze – szybcy i wściekli), a przecież idea tego hasła, to że morze jest karmicielką!!!
DESKI do pływania były baaaardzo wielofunkcyjne…
A tak powstawał patyczek dla BIBI. ONA JUŻ go je!!!

Sobie odnotuję tylko, że na kemping trzeba zabierać przedłużacz (mieliśmy, ale na drugim obozowisku on był za krótki i musieliśmy pożyczać), poduszki (były śpiwory, ale o poduszkach nie pomyślałam) i czajnik (chociaż namiot, albo przybudówka z kuchnią na ogół jest). Przyda się też sznurek (do suszenia ręczników), albo zrobienia długiego „łańcucha” dla psa. Psy wszędzie były, niepotrzebne były kagańce, ale lepiej BYŁO jeśli trzymały się w promieniu 15-20 metrów od namiotu. BO kolejnym razem Bibs jedzie z nami! Z suchego prowiantu mieliśmy kisiele i herbaty, a rano Łucja chodziła po ciepłe pączki!