TE dni…

Lila dołączyła do grona „dojrzewających nastolatek”. Zaczęło się TO wczoraj wieczorem i bardzo się z tego cieszę! Czytałam ostatnio artykuł o anomaliach coraz częściej występujących u dzieci, a jednak jest TO objaw, że panna rozwija się prawidłowo. Powiedziałam jej, że trzeba TO lubić. To taki nasz babski czujnik mówiący NAM, czy wszystko gra? Gdy czujemy się gorzej, gdy jesteśmy zmęczone, nasz cykl może się sypać, a nawet zanikać. Dziewczyna musi znaleźć swój sposób na radzenie sobie w TYCH dniach i łagodniej się w tym okresie traktować. W wielu kulturach był to czas gdy kobieta znikała i odsuwała się od codzienności, ale tak naprawdę NIE było to złe, bo potrzebujemy wtedy się schować i wyspać. Chce nam się wtedy pić wodę, jeść czekoladę, czasem boli brzuch i często jesteśmy wtedy słabsze. U Łucji ten NOWY etap rozpoczął się, gdy panna miała 12 lat i 3 miesiące, Lilka ma teraz 13 lat i jakoś 5 miesięcy, ale piszę sobie to tutaj, żeby ta data nie zginęła! Jest ważna i na każdej wizycie u nowego gin-a będą ją o to pytali.

Rano, po moim bieganiu, pojechałyśmy do drogerii obejrzeć i kupić różne kosmetyczne przydasie, a potem wpadłyśmy po czekoladowe ciacha do cukierni. Wydaje mi się, że panna dość się z TEGO cieszy 🙂 Równolegle Mieszko wyrwał sobie mleczaka (jak krwawo to wszyscy) a w samochodzie zawisł breloczek w pierwszej części wakacji. Muszelka pomalowana przez Mieszka na zielono, dwa kawałki kory ozdobione przez Łucję i jakieś tam jeszcze inne morskie skarby. Wakacyjna tura druga nam się przesuwa, bo cały czas wypływają zaległości, które musimy natychmiastowo ogarnąć… I taki np. poniedziałek szykuje nam JUŻ maksymalny…

Breloczek, bocian, co to nam za płotem chadza i czekoladowe babeczki!