Piąte dziesiąte

Są, wróciły. Rano. A tutaj cd galopu. Ostatni dzień długiego weekendu to unikalna okazja do zaległych urodzin. Piątych jak to później wyliczyliśmy. Piątych dziesiątych Łucji. Pierwsze to były babeczki do szkoły, potem Powitanie Lata, potem 2x z tatą na wakacjach, no i dziś z dziadkami i wujkiem. Po drodze gdzieś był 12-sty sierpnia i wtedy panna dodatkowo była zalana esemesami z całej Polski („przysłały mi dziewczyny, które poznałam na koloniach, a jedna jest z Krakowa, a druga z Katowic”).

Sto, sto lat!

Za dużo tego świętowania i muszę te party jakoś przeorganizować. Był tort, był obiad u dziadków i były prezenty. O jednym bym chciała Wam więcej opowiedzieć, ale to prezent techniczny i dopóki nie nauczę się obsługiwać i obrabiać tego co dzięki temu można zrobić to nic Wam nie powiem. Siedzę teraz i próbuję się nauczyć.

Tort był piękny i smaczny, ale okazało się, że nie ma monolitu w świeczkach więc każda była inna. Były gwiazdki i był wulkan, bo jakby tu nie mówić wchodzimy w etap nastoletności. Samoocenę panna ma wysoką, więc może jakoś ten trudny okres przetrwa.

  • Łucz, a patrzyli się Ci Włosi na Was, że tacy ładni jesteście?
  • Tak. A na mnie się dużo chłopaków patrzyło.
  • Ale jakich chłopaków?
  • Takich 11-12 lat. I aż się oglądali za mną.
  • Nigdzie się tak człowiek nie dowartościowuje jak we Włoszech 😉

<><>

Muszę je powoli wyregulować przed szkołą, porządkuję aparat ze zdjęciami i wakacyjnego Mieszeczka mogę Wam jeszcze szybko wrzucić!