Włochate udo…

Przechodzimy akurat z Sziwą jakiś taki wyjątkowy dobry okres wzajemnych relacji. Tzn. zawsze było ok, ale ostatnie dni jest świetnie. W ubiegłym tygodniu pomiędzy powrotem od dziadków, a końcem mojego pobytu na Festiwalu Języka Polskiego, pies był u dziadków. Jakoś tak założyłam, że nie mogę JEJ wziąć do Lublina, a żeby tak w kółko w te upały nie przewozić, odwozić, to po prostu ją u nich na ten tydzień zostawiłam. Dziwne to było nie mieć jej w domu. W sumie to jest już u nas trzy lata, czyli ze mną od początku nowej ery i nie przypominam sobie NOCY spędzonej w domu BEZ niej. I wydawało mi się, że mam do niej stosunek zła koniecznego, które brudzi, z którego sypie się sierść, które dodaje mi obowiązków i które zawsze leży tam gdzie nie powinno, ale… brakowało mi jej. Tego stukania pazurami, łażenia za mną, czy to do kuchni, czy to wanny i jej obecności. W piątek jak dzieciaki pojechały i byłam w nocy sama, to aż było mi smutno. Klarens, jak to on, poszedł w długą na całą noc i nawet nie miałam kogo poklepać we włochate udo 🙂 Mam teraz to udo na kanapie obok, myślę o wczorajszym treningu (więcej będzie jak będę mieć zdjęcia) i dzisiejszej sąsiedzkiej parapetówie 😀

<><>

Macie kolaż ze słów najczęściej przeze mnie używanych 🙂 Dzieci, dzieci, w kółko dzieci.