A słonecznik (tę całą patelnię) LUBIĘ zjeść do KOŃCA.

Poniedziałek (w roku szkolnym) to DZIEŃ organizacyjny. Sklep, urzędy, płatności. Potrzebne były tabsy do zmywarki, bo stała załadowana od soboty (i nie było jak włączyć), mięso dla psa (gotuję jej, bo to okazało się najtańsze i najlepsze), jogurty dla Łucji do sanatorium i pieczywo. Przy okazji musiałam podbić do gminy o zaświadczenie o meldunku, bo na tej podstawie lecznica mi zaczipuje Bibi za friko i do Gok-u. Zapisy na zajęcia ruszają za tydzień, ale zapisałam maluchy na warsztaty literackie w sobotę. Ja pojadę wypisać Łucję na weekend, a oni w tym czasie będą się uczyć pisać kryminały 🙂 Wyżej macie wakacyjnego Mieszka, na udawanym pianinie… Prawdziwe lekcje już za 3 tygodnie! 🙂

><<>><

  • Na pewno Wam już mówiłam, że jak byłam w wieku Mieszka, to miałam jamnika…
  • Mówiłaś. Wiele razy.
  • Ale, Lila, nie wiem czy Ci opowiadałam, że nie wiedziałam jak określić moją relację do tego psa… I wymyśliłam, że skoro ja jestem jego PANIĄ, to moja mama, jest STARSZĄ PANIĄ… No i babci Luci się to nie spodobało. Zostało więc, że ja byłam panią, a moja mama- panią od mięsa. I JA nie chcę być babcią. Niech więc Bibi, będzie Waszą siostrą.

Lili bardzo spodobał się ten pomysł, więc GDY wróciła ze szkoły i powitaniom NIE było końca, powiedziała:

  • Mamo, MY z siostrą IDZIEMY na spacer! 🙂