Pamiętacie jak przedwczoraj pisałam o piekle?
Zaczęłam się zastanawiać nad takim zapętlonym rajem… I doszłam do wniosku, że trudno było by mi wybrać JEDEN najlepszy moment. Pętla idealna to byłby mix różnych chwil i sytuacji. Wszyscy mieliśmy TAKIE momenty. Wtedy gdy byliśmy tak szczęśliwi, że aż baliśmy się ruszyć, żeby czegoś nie zepsuć, wtedy go próbowaliśmy czegoś nowego i w głowie pojawiała się myśl: O rrranyy, ale to dobre… Albo wtedy gdy zalewała nas fala takiej euforii, że wydawało się nam, że możemy wszystko.
Do mojej wersji wkleiłabym też przekraczanie mety. Zbliżanie się do niej i przekraczanie jej. Z głośników leciał Daft Pank (ostatnio), a ja się zbliżałam…

<><>
Ze śmiesznym gościem gadałam przed biegiem. Był wielki i cyganowaty. I miał kolczyk w kształcie dolara 🙂 Może ma kantor? 😉 I pyta się mnie:
- Pani też biegnie?
- Też. Ale nie w maratonie, tylko w piątce.
- Mnie to nogi bolą od samego patrzenia. 🙂 A jakieś krótsze dystanse są?
- Niżej to już tylko dziecięce :))
Ale w ogóle to są. Są takie biegi biznesowe i one są na 2,5, albo 4. Się śmiały babki, na tym moim babskim biegu, że od tego siedzenia z biurkiem to trudno się oderwać 🙂
