Kocham rutynę

Dziś miałam jakiś astronomicznie napięty dzień. Panny za późno chodzą na razie do szkoły i po ich odstawieniu miałam do powrotu Mieszka 3 godziny. Mało. Zamieszanie było z pianinem dziewczyn, bo Łucja na zajęcia jako kontynuujący się załapała, a Lilka nie. I obdzwaniałam GOKi, gdzie jeszcze można ją wcisnąć. I udało się. Wyprasowałam górkę prania, bo brakowało dzieciakom „dołów” i odebrałam magiel z pralni (leżał tam od trzech tygodni). Nie upiekłam zamówionego czekoladowego mięczaka i nie wydrukowałam Łucji jakiś okładek książek do szkolnego plakatu (foch). Mieszko się obraził, bo w dzisiejszych spodniach wyłażą mu ŁYDKI (dramat) i ja nie rozumiałam, że „jak siadają z nóżkami na kokardki w przedszkolu to mu JE widać….”  (no urósł przez lato i więcej tych spodni NIE założymy). Liliana zbiła szybkę w swojej komórce i „aplikacja pająk” uniemożliwia dalsze korzystanie z urządzenia.  A jakby tego było mało w drodze na tańce okazało się, że był wyciek gazu i droga jest zamknięta. Więc trzeba było jakimiś objazdami i się spóźniliśmy…

Ale zebrałam się… i pojechałam na trening biegowy 🙂 Bo szykuję się do 10-tki i potrzebowałam prawdziwego treningu. Ależ to było przyjemnie! Przegonili nas po bieżni prawie 10 km 🙂 A od października jak już ten grafik będzie poustawiany to będzie zdecydowanie lepiej. Dojdzie angielski w szkole (poniedziałki środy i czwartki) i może tańce w szkole. Będzie plan i schemat. 

Z tym bieganiem fajnie okazało się, że jedna znajoma z podstawówki, która zaczęła biegać pół roku temu w biegu nad Sanem stanęła na podium 🙂 Jej też się życie nieźle przetasowało, chyba nawet bardziej niż mi i zaczęła biegać. Super. Btw. Claire Underwood też biega  😉 (bo do prasowania lecę teraz III sezonem House of Cards)