Ucho na plaster

Mamy pewną taką logistyczną trudność związaną z przedszkolem. Bo o ile Diabli może odwozić Łuczę (też nie zawsze, ale często), to nie ma szans, żeby ją odebrał. No a wyprawa z Młodym po siostrę wydaje mi się na razie za dużą akrobacją. Przynajmniej do środy, bo wtedy skończy 3 tygodnie. Byliśmy co prawda już na spacerze, ale strasznie mi się za to u Lutki oberwało. Potem poczytałam i wychodzi na to, że z noworodkiem za bardzo na dwór nie można rzeczywiście wychodzić (zimą). Najbardziej liberalne źródła mówią o skończonych 3 tygodniach i absolutnym zakazie gdy temperatura jest poniżej 0.

Przy okazji odkryłam, że polecane "werandowanie" to całkowita bzdura i podręcznikowy wymysł. Szczerze mówiąc wydawało mi się to logiczne: sama nie widzę różnicy pomiędzy wychłodzeniem całego domu, przez otwarcie drzwi balkonowych i postawienie w pobliżu wózka, a ustawieniem go pod wiatą czy kwadransowym spacerze z podniesionymi osłonkami od wiatru.
No więc siedzę z tym całym zwierzyńcem w domu. Odpowiadam na pytania, czy istnieją piraci (tak, w Afryce są piraci) i wysłuchuję opowieści o niewidzialnym drzewie, na którym siadają sikorki.
Ach, no i korzystając z wolności jaką daje mąż w pracy, zafarbowałam sobie włosy. Miałam to robić pod koniec grudnia, ale wtedy nie byłam w stanie  się zgiąć z tym mega-brzuchem nad wanną… Kolor zbliżony.

Lila buduje, a sprawca całego zamieszania próbuje zasnąć :))

Przy okazji okazało się, że nasz słodziak ma defekt na swojej  niezwykłej urodzie…I to taki, który nam spędza przysłowiowy sen z powiek 😉 Otóż odgina mu się ucho podczas spania. Taki naleśnik się robi. I tak kontrolujemy, że mu się nie odginało, bo potem będzie miał odstające! :))