nerw czwartkowy

Pojechałam dziś daleko i jak JUŻ dojeżdżałam to przypomniało mi się, że nie wyłączyłam zupy. Zupa z wczoraj, gęsta, ale głodna byłam, więc pomyślałam, że wyjem. Tyle, że coś tam mi pies podpadł i zajęłam się zamykaniem pokoi i blokowaniem kanap (wytarzała się na spacerze w błocie, a koniecznie chciała wgramolić się na któreś łóżko). Potem był telefon i wyszłam, bo się zrobiło późno.

No i tak dojeżdżam i ten flesz w głowie z niewyłączoną zupą… Katastrofa. Dojechałam, zostawiłam to co miałam zostawić i do domu. Powoli, bo człowiek, który się śpieszy i denerwuje popełnia błędy. Po drodze zebrałam sobie dane o narzutach blisko kuchni, które mogłabym narzucić na kuchenkę i wykonałam kilka takich desperackich postanowień w stylu: Jak wszystko będzie w porządku, to obiecuję… i że zrezygnuję z czegoś tam.

Godzinę później wpadłam, złapałam zdziwione spojrzenie zwierzaków i NIC niepokojącego… Żadnych płomieni…JEDNAK wyłączyłam tę zupę wychodząc 🙂

A po takiej akcji dziś mi się już nie chce 🙂 Czasem tak człowiekiem życie potrząśnie i przypominasz sobie, żeby głupotami się nie martwić 🙂 Wkleję Wam uśmiechnięte mini banany, które kupiłam dziewczynom do szkoły:

><

  • Mamo, zobacz jaki dziś zrobiłem kotylion! Biało-czerwony!
  • Śliczny Mieszeczku! A dlaczego go zrobiłeś?
  • Bo jutro jest Dzień Niepodległości!
  • A co to za dzień?
  • To urodziny Polski. 🙂