Mi się wydaje, że oni tam trochę zaciągają

– Lutka, z którą rozmawiałam przez telefon. W tle po mojej stronie odezwała się sąsiadka gospodarzy, która przyszła z córeczką w odwiedziny.

Ano zaciągają 🙂 I architektura też taka kresowa… I jedzenie! 🙂

Zwiedzanie okolicy zaczęliśmy od Supraśla. A konkretnie od spaceru uliczkami i wizyty w Liceum Plastycznym, mieszczącym się w przepięknym Pałacu. Szczerze mówiąc, uważam, że tego typu placówki powinny się mieścić w zabytkowych budynkach, tak żeby uczniowie mogli tę atmosferę chłonąć!


Na piętrze można oglądać różne prace uczniów (zupełnie obiecujące), a na parterze jest sklep. Widzicie tego kotka w prawym dolnym rogu? Kupiłyśmy go 🙂


Miejsc dla artystów jest zresztą więcej. Tu np. ściana w jednej pracowni malarskiej 😉

Plenerów także nie brakuje. Na tych płaczących wierzbach dziewczyny regularnie bawiły się w tarzana!


Ale to nie z Liceum Plastycznego słynie Supraśl. Jest tam klasztor prawosławny. Uwielbiam klasztory prawosławne. W przeciwieństwie do naszych nie są takie hermetyczne i można się do nich wślizgnąć. Można usłyszeć próbę chóru prawosławnego (muzyka, od której dostaje się gęsiej skórki) i w przeciwieństwie dla klasztoru w greckich Meteorach jest ona na żywo, a nie z płyty CD (pozdrowienia dla wujka Marcina, który zdaje się właśnie zwiedza Meteory :). Nasze kościoły są takie dostojne – ołtarz jest wysoko, od księdza wiernych dzielą stopnie i metry. Tu jest inaczej. Sami popi są zresztą bardzo otwarci i w dużo mniejszym biegu niż księża katoliccy (może mają mniej spraw na głowie?). Stoją, gadają, pytają się nieznajomych o imiona dzieci i całą masę nieważnych rzeczy.

Korzystając z przywilejów mojego brzucha udało nam się wślizgnąć tam gdzie NIE udało mi się wejść nawet jak kiedyś pisałam przewodnik! 🙂 Do kaplicy gdzie wchodzą tylko wierni. Podczepiłyśmy się pod wycieczkę z Białorusi (w tle) i wlazłyśmy za nimi.


W pobliżu klasztoru jest Muzeum Ikon. Też jest niesamowite. Na ogół ikony wiszą na ścianach kwadratowej muzealnej sali. Nuda jakich mało. Tam umieszczono je w symbolicznych kryptach obwieszonych pajęczynami, w salach wysadzanych ”złotem" albo mini-kapliczkach…



Tradycje malowania ikon są cały czas kontynuowane. Chwilę przed naszym przyjazdem odbyły się warsztaty dla dzieci i młodzieży z mniejszości religijnych w zakresie malowania ikon. Super były te prace (niżej). Podpytywałam czy nie można by jakoś zdobyć chociaż jednej, ale nie dali. No cóż,wyślemy kiedyś dziewczyny 😉 Diabli twierdzi, że na pewno się da to załatwić ;)) Chociaż żadna z nich mniejszość.

Razu pewnego wybrałyśmy się do Białego, jak miejscowi nazywają Białystok. Łucja mówi: Białystop 🙂 Chciałyśmy zobaczyć Pałac Branickich w którym mieści się Akademia Medyczna. Wlazłyśmy więc po krętych schodach na górę…



Tam trafiłyśmy na pana dziekana. Zapytał: Czy to przyszli lekarze?? Obie zapytane pokręciły głową… Ale on i tak nas wpuścił do sali gdzie nagradzani są profesorzy i odbywają się sympozja medyczne :)) Łucja powiedziała: zrób mi zdjęcie jak tu leżę :))))



Odwiedziłyśmy też meczet w Kruszynianach – ziemię Tatarom nadał jeszcze Sobieski. Mieli przywileje szlachty, chociaż nie mogli głosować, a swoje obyczaje kultywują do dzisiaj.

Chciałyśmy też wejść do parku, do lasu, by oglądać gniazda nietoperzy, ale Łucja bez taty nie chciała…

Znalazłyśmy kościół z którego chwilę wcześniej wyszła para młoda i załapałyśmy się na próbę koncertu organowego w Białymstoku…


Jadłyśmy i wypoczywałyśmy. I oczywiście przyjęłyśmy zaproszenie na za rok! Tyle, że tym razem Diabli chce jechać z nami ;)))