Od dwóch dni malujemy kuchnię. Duża może nie jest, ale szpachlowanie i maskowanie pozimowych zacieków zajęło cały wczorajszy dzień. Malarz to Diabli, a ja z dziewczynami bunkruję się gdzie się da. Wczoraj przesiedziałyśmy większą część dnia u wujka Marcina, a dziś po basenie zwaliłyśmy się na głowę dziadkom Samurajom.
Krajalnica do chleba jest za kanapą w dużym, Ludwik na pianinie, a lodówka na środku. O kabel potknęła się już zresztą Łucza.
Weny na kolory zabrakło i zamiast dotychczasowej beżowej będzie tym razem biała 🙂 Foto jak rozsuniemy wszystko na miejsce. Mam nadzieję, że nastąpi do dziś, bo chętnie dokopię się do kuchenki i zjem na kolację coś na ciepło :))
Z mężem w aucie. Skręt w lewo na skrzyżowaniu. Jadą i jadą. Czekamy. Diabli przyuważył:
- O fiat abarth.
- Ten mały? Śliczny.
- No, niezły.
- To może jeszcze kolejny dla mnie będzie dla mnie taki?
- Może być. To abarth. Taka wersja specjalna.
- Dlaczego?
- Tak jak mercedes amg.
- Tak jak cinquocento sporting?
- Tak.
- To mów moim językiem. 🙂
