Wieczorem Diabli odpalił w szkiełku jakieś rowery. Tour de Pologne, czy coś takiego. Była 18-sta, więc do kąpieli chwila czasu. Powiedziałam: jadę do sklepu, jakby co wsadź za półtorej godziny dziewczyny do wanny. Padało, ale wydawało mi się to czynnikiem pozytywnym, bo wróżyło mniejszy tłok w sklepie. Dojechałam do supermarketu, zaparkowałam przed i biegiem w kroplach deszczu do wejścia.
Zrobiłam zakupy spożywcze, wybrałam album fotograficzny na zdjęcia przedszkolne Łucji (bo narazie leżały luzem) i weszłam do Orsaya. Może powinna mi się była zapalić lampka ostrzegawcza dlaczego ludzie po zrobieniu zakupów gromadzą się w galerii i nie wychodzą, albo dlaczego babka z serwisu sprzątającego krzyczy przez mikrofalówkę: Przyślijcie kogoś do wejścia od Leroy-a. Wlewa się woda do środka! Ale byłam zrelaksowana i bez stresu robiłam swoje.
Potem wyjeżdżałam wózkiem. Tłum stał drzwiach, ale nikt nie wychodził. Na szczęście przede mną szła jakaś zdecydowana blonda i krzyczała: Przepraszam!!! Więc się podczepiłam. Jak wyszłam i łupnęło nam w twarz wodą, to aż zabrakło mi tchu. Ruszyłyśmy biegiem do aut. Ona stała bliżej. Biegnę sama przez ten ciemny parking i się coraz bardziej zapadam. Auta stoją z kołami w wodzie, a ja mam jej do kolan. Pcham ten wózek i robię falę, która mi obmywa uda…
Dobiegłam. Trochę osłania budka na wózki, więc mniej wieje. Otwieram drzwi, woda chlust krótką falą do środka, więc na szybkości przerzucam siaty. Wózek ze złotówką zostawiłam na środku. I bagietkę, która od wody się rozsypała na rozmoczone okruchy. Wskoczyłam, wyłączyłam radio, szyby już zaparowały, Odpalam. Działa. Ruszam. Ręką wycieram zaparowaną szybę. Z boku po lewej jakieś auto już na awaryjnych.
Stoper, potem jeszcze jeden i główna. Przejechałam ulicę i turlam się domu. Po drodze widzę jak ludzie wyprowadzają z podziemnych garaży auta, żeby ich znowu nie zalało. Wchodzę do domu. Nogi mi się trzęsą z emocji i adrenaliny 🙂
- Łuki, pokonałam żywioł!
- Co się stało?
- Woda nam się wlała do auta, ale udało mi się odjechać. Jutro suszę.
- Gdzie ta woda?
- Pod sklepem! Tam musi być jakiś dół.
- Czy komuś to zgłosiłaś?
- Nie! Ja już widziałam się jak dzwonię po Ciebie, żebyś podjechał po mnie, a auto zostanie aż woda opadnie!
- Nikt nam nie uzna szkody!
- Jakiej szkody? Pokonałam żywioł! :))
