


Jednym ze wspomnień dzieciństwa jest OMLET. W niedzielę rano do kuchni wkraczał tata i robił omlet. Pewnie NIE w każdą i z całą pewnością Lutce zdarzało się później marudzić, że jak ojciec gotuje to CAŁA kuchnia jest do sprzątania, ale TAKĄ wizję niedzielnych poranków zapamiętałam. Tato nauczył robić omleta mojego brata i młody serwując to na śniadanie prawie trzykrotnie prowadził wybrankę do ołtarza 🙂 [prawie, bo w jednym przypadku, chwilę PRZED, się rozmyślił]. No i DZIŚ wykonałam omlet i ja! Zadzwoniłam do ojca po przepis i zrobiłam! Mieliśmy słój czarnych jagód, który zszedł do tego w całości ORAZ przepis Krzycha nieco okroiłam (bo on liczy po dwa jajka na osobę, a ja zrobiłam CAŁY omlet z czterech). I SUKCES!!! A teraz przyszło mi do głowy, że oto mieliśmy wspaniały weekend. Była i wyprawa, były odwiedziny u dziadków, gdzieś w międzyczasie trochę sprzątałam, a pranie schło. Na kolację mamy truskawki, a zaraz MOŻE jeszcze wyskoczę do ogródka?

<><>
- Synu, dostałam esemesa z Rady Rodziców z przypomnieniem, żebyście jutro zabrali książki, bo będziecie oddawać..
- Wiem.
- Już zapakowałeś?
- Nie muszę. Wszystkie mam w szkole, w szafce.
- Aha. To chyba dobrze… Jak nowe buty?
- Rich.
🙂 Mieszko SAM sobie wybrał buty na lato. BIAŁE. I podobają u się! Buty są siateczkowe i ZUPEŁNIE niepraktyczne… Ależ ja go rozumiem!

