Czwórka dzieci i pies

To ZA DUŻO 🙂 Powiem WAM, że TO za DUŻO. No, ale Bibi obiecaliśmy JUŻ rok temu, że ją zabierzemy nad morze, a w tym roku okazało się, że jedzie z nami też Mati, czyli chłopak Łucji… I w sumie to dziećmi było mniej zamieszania niż z psem… Suka nie mogła się pogodzić z tym, że STADO chodzi w różne miejsca, gdzie jest granica, którą ma strzec- więc spała przed namiotem ze sznurkiem przywiązanym do obroży (bo przecież PIES nie może po kempingu SAM latać). Zamknięta w środku piszczała, chociaż większą część środkowej nocy (jedną z noc z TRZECH pod namiotem) przespała obok mnie i Lilki… Drugi koniec sznurka otaczał mój nadgarstek. Pierwszej nocy wlazł nam do namiotu lis, który zeżarł jej karmę i jak ruszyła w pogoń za nim to myślałam, że urwała mi rękę! 🙂 Lis zresztą był niezły cwaniak, bo porwał krótkie spodenki Mieszka i porzucił je po drodze!

Natomiast rzeczywiście, absolutnie wszyscy ją uwielbiali, wszędzie stoją miski dla psów z wodą, a to że ona uwielbia pływać (niczym australijski labrador) wywoływało ogólny zachwyt. Mnóstwo tam było zwierzyny: ścieżkę przecinały nam stada dzików (mama, tata, z tuzin tego drobiazgu, a na końcu szeregu takie coś pomiędzy, którego nazywaliśmy STARSZY brat, który nie chce się wyprowadzić), były sarny, no i Bibs wojnę toczyła również z kotami…

Pogoda była doskonała, jedzenie wybitne (dziś zjedliśmy takie cudowne śniadanie, że za rok będziemy tylko tam jadać), a ceny przyjazne (chociaż nasz ubiegłoroczny kemping zamienił się GLAMPING, czyli oferuje glamour namioty z pełnym wyposażeniem -> NOC z takich warunkach jest w cenie trzycyfrowej kwoty w Euro, LECZ co za tym idzie ta ta strefa dla „plebsu z własnymi namiotami” zrobiła się jakaś mikroskopijna).

<><>

Zakochani odłączali się jakoś rano, Łucji dawałam kieszonkowe i cały dzień włóczyli się razem. Małe te odległości były, więc co chwilę na nich wpadaliśmy i mogliśmy zaobserwować, że panna konsekwentnie realizowała BARDZO romantyczny program. Spotykaliśmy ich: jak razem jedli i on ją karmił; gdy pałaszowali gofry i Mati miał takiego z cukrem pudrem, a ona z bitą śmietaną i owocami (on jest na tym związku stratny); albo jak wypożyczyli gokarta i pojechali na cypel. Wiem, że płynęli też jakąś szaloną łodzią skaczącą po falach, a ostatniego wieczoru przy pomocy kupionej na miejscu łopatki wykopali wielkie serce. Cukier w wersji do potęgi entej… Ja z maluchami łaziłam po lesie, plaży i mieście. Ogólnie wszyscy są zadowoleni, ten cudaczny wariant, który widziałam kiedyś na filmach amerykańskich (rodzice z dziećmi i z drugą połową któregoś) okazał się być zupełnie niezły, chociaż sporo osób nie było w stanie, patrząc na nas, zrozumieć JAKIE to są relacje.

Najwięcej fotek ma tym razem BIBI oraz (uwaga!) Mieszko! On na ogół strasznie cuduje, a tym razem się UDAŁO. Na zdjęciach niżej pojawia się też dmuchane awokado. Dostaliśmy je od ekipy, która wyjeżdżała oraz do których Bibi chodziła. Twierdzili, że pies im NIE przeszkadza, a pakując zapytali się CZY nie chcę dmuchańca, bo im NIE chce się powietrza spuszczać. Dopytałam czy na pewno nie chcą, a potem ochoczo przyjęłam 🙂 Na początku zajęła je Lilka, chwile użytkowałam ja (bo to doskonały fotel), a potem młodzi. Ludzie, którzy ich mijali (my byliśmy na ogół te 50 metrów dalej) mówili o nich: Mr &Mrs Avocado 😀

strefa chilloutu przed namiotem. materace wyciągnięte, w użyciu książki i telefony – Mati miał swój jednoosobowy namiot, a Łucja spała z Mieszkiem w jednym z „pokoi” naszego namiotu

tu młody je cytrynę z lemoniady
a tu dostał głupawki, że nie może wytrzymać dźwięku skrzypiącego piasku i musi iść na czworaka…

pływający pies wyskakuje z wody

bunkry ZACZĘLIŚMY – atrakcja raczej przechodzi na kolejny raz
Pan i Pani Awokado- z daleka i niżej ZOOM

Piękne to morze mamy!!!