Buty Kanye Westa? Phi… Kupiłam sobie takie pół roku temu w Chinach

😉 No dobra, nie kupiłam, bo nie przepadam za butami sportowymi i w ogóle buty raczej nie budzą moich emocji. Lecz zaniepokoił mnie news, który Wam wkleiłam na tweetera, że nowe regulacje prawne mają ograniczyć zakupy przez Internet zza granicy. Miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie, a nawet jeśli się to wydarzy to będzie to na rok/dwa, bo przecież nie zrobimy u nas drugiej Korei. Niemniej jednak to utrudnienie może spowodować, że większość chińskich sprzedawców przestanie do Polski wysyłać.

I to już jest słabe. Pewnie będzie można (zanim się do naszego kraju zrażą) prosić ich w komentarzu po-zakupowym by w rubryce: wartość towaru, wpisywali: gift. Wtedy całość formularzy będzie nie potrzebna. Ale na wszelki wypadek pewne rzeczy warto kupić już teraz. Mamy trzy-cztery miesiące zanim sprzedaż zostanie zablokowana.

Przejrzałam mój wish list i z całą pewnością warto kupić: balony (te wielkie lateksowe), zieloną herbatę (mam zapas spory), pen-drivy, dziecięce kostiumy kąpielowe (powinnam), balony cyfry, artykuły papiernicze (nie tym razem) i koniecznie materiały (takie pachworkowe kwadraty). Muszę też szybko zamówić bumpery na komórki, bo te stare mi popękały. Dla mnie i dla dziewczyn.

Jeśli będą Wam potrzebne baletki, albo pajęczyna na Halloween to też ceny są dużo niższe. Disco żarówkę pewnie też szybko zamówię, bo są tam dużo tańsze. Znalazłam również super lakiery do paznokci, które pod wpływem temperatury zmieniają kolor (te, albo te), ale nie wiem jakie są, bo ich jeszcze nie zamawiałam, choć komentarze są entuzjastyczne.

Nie wiem jak kosmetyki, ale czekam na jakieś kolagenowe płatki pod oczy i jak dotrą będę coś więcej wiedzieć. Marzyły mi się nowe emu, ale z tym kosztowo się nie wyrobię (chociaż zamawiała sąsiadka dla syna i te co doszły są super i rzeczywiście z Australii). Będzie zamieszanie z zakupami z całego świata, więc pewnie z bielizną z UK też będzie problem. Wiem, że wiele osób kupuje perfumy na truskawce (http://pl.strawberrynet.com/main.aspx?langBox=pl) i również chyba powinny się pośpieszyć. Marzec miesiącem oszczędzania?

Cokolwiek by się działo, w życiu trzeba dbać, żeby było ładnie.

-Vincent Cassel

Zaczynam wychodzić na prostą z praniem 😉 BO jestem już na bieżących brudach! Przy okazji przeglądam rajstopki/spodenki i wywalam. Trzymałam się z tym przeglądem, do PO feriach, żeby nie było problemu, że czegoś mi zabraknie (typu by każdy miał po 15 par rajstop), ale nie ma co kryć, że spora część była już przeznaczona do pozbycia się (bo za mała, bo poprzecierane/pocerowane albo nielubiane). I poleciały. I miłe to.

<<><>>

Nigdy nie byłam fanką biżuterii. Nie noszę, a jeśli JUŻ… to lubię duże i widoczne z daleka. Z pestek, drewna czy zamotanych sznurków. Lecz ostatnio ciągle trafiam na coś mi się podoba i jest takie INNE, więc wrzucę tu sobie trzy rzeczy, tak by odreagować prozę życia 😉

Karina Królak – robi biżuterię z recyklingu, sądzę, że astronomicznie drogą, ale podobają mi się pierścionki z „glutów” 🙂 Czyli z topionego plastiku.

Pandora ma serię pierścionków urodzinowych. Czyli na każdy miesiąc inny. Bardzo ładne. Na wrzesień są z kamykiem niebieskim i takie mi się podobają naj! Chociaż czemu by nie mieć na każdy miesiąc inny? ;0

I jeszcze TAUS. Wielkie, jarmarczne pierścionki z misiaczkiem w emalii, albo z dużym kamieniem. Baardzo fajne 🙂

Jutro rano mam „randkę” z tłumikarzem… Dziś u niego byłam 2x, ale już miał kogoś „na kanale” :)) To tak z cyklu powrót do rzeczywistości 🙂

DZIEŃ KOTA!!!

Klarens nie jest miłym i przytulaśnym kotkiem. Jest zuchwały, arogancki i ma przerośnięte ego. Zepsułam go jak wszystkich mężczyzn w moim życiu 😉 Ale uwielbiam go.

Jak zaczęły się grudniowe przymrozki skrzynkę zawaliły mi informacje o pomocy marznącym zwierzętom. Tak trafiłam na budki dla kotów. W zamierzeniach dla bezdomnych, ale dla które lubią spędzać noce poza domem też się przydają. Klarens lubi. Śmietanka, która ma być na DOBRY SEN, wywołuje u niego gorączkę sobotniej nocy (niezależnie od dnia tygodnia). Najlepszy przepis na kocią budkę znalazłam na KOTERI. I zrobimy tę budkę, lecz pewnie dopiero jesienią, bo TERAZ zupełnie jestem nie pozbierana przez ten popowrotowy armagedon. Pewnie nie użyjemy pudła styropianowego, bo te które znalazłam wydają mi się za małe, lecz kupimy styropianową płytę w budowlanym. I potniemy ją. Ja nie mam dreszczy przy krojeniu styropianu, więc choć Łucja nie będzie mogła mi w tym towarzyszyć, tę część damy radę zrobić. Piankę budowlaną mamy, resztki polarowe, folie i nawet pistolet tapicerski, którym przybijemy polar do ścianek. Cd wątku nastąpi, ale JUŻ dziś wszystkim sierściuchom życzymy wszystkiego najlepszego z okazji DNIA KOTA! 🙂

Btw. mi dzień upłynął w warsztacie samochodowym. Ogólna zasada jest taka, że jak coś głośno stuka od strony pasażera, to podkręcanie w nieskończoność radia (coby zagłuszyć) jako metoda naprawy nie działa. Ale za to chłopaki umyły mi potem auto i nawet kawałek kabiny 🙂

Na wiosnę!

Jesteśmy gatunkiem hierarchicznym. Nawet na plaży naturystów podkreślamy nasz poziom w drabinie społecznej. Zegarkiem, olejkiem do opalania, albo wypracowanym z indywidualnym trenerem płaskim brzuchem. Im wyżej tym głośniej się śmiejemy, a nasza pewność siebie jest większa 😉

No właśnie ten płaski brzuch 😉 14 lutego minęła kolejna ważna rocznica. Właściwie dokładnie rok temu rozpoczęłam moją przygodę z fitnessem. Dużo o tym piszę, ale to WAŻNE. Z urlopu wróciła moja instruktorka, opalona, wypoczęta i w nowych kolczykach. Może zresztą nie są nowe, ale ona cała tak promienieje energią i słońcem, że wszytko wydawało mi się u niej NAJ. Na siłowni spotykam wychowawczynię z przedszkola z maluchów, która ćwiczy od pół roku. I też widzi różnicę. Widziałam ostatnio takie statystyki, że 92% kobiet wstydzi się tego jak wyglądają przy uprawianiu sportów. Potu, czerwonej twarzy, zadyszki. Blokuje to próby wszelkiej sportowej aktywności. Wkleję Wam zabawny filmik. Ćwiczymy, ćwiczymy drogie panie, bo warto! 🙂

<><>

Ogólną akcję popowrotowej napinki nasiliła Łucja. Dziś mieli w szkole zabawę w kawiarenkę i DZIEWCZYNKI miały przynieść ciasta, które potem wszyscy mieli za fikcyjne pieniądze kupować. Powiedziałam: masz(TE) kubełki po zabawie w kawiarenkę u Lili. Możemy zrobić to samo. Kupię trzy paczki różnych cukierków i je nazwiemy. Zgodziła się, a potem urządziła histerię, że dziewczyny przynoszą TORTY, a ona ma przyjść z kilkoma cukierkami??? Więc zaproponowałam sprawdzone też (TE) u Lili galaretki. Zgodziła się na to, chociaż tym razem nie nazwaliśmy ich „Świąteczne łódeczki”, a „Łódeczki PRZEZNACZENIA” i ozdobiliśmy je żaglami w serduszka i groszki. Łucja jest już duża i tak szczerze mówiąc ona dużo zrobiła. Ona wymyśliła nazwy, ja co prawda wydrukowałam, ale ona wycinała i żagle, i złotą tekturę i zygzakowate napisy. Przepisy sprawdzone, pomoc duża, poszło więc w miarę szybko.

Kwaślaki, czyli kwaś-ne liza-ki, Landryny truskAWOWE to cukierki truskawkowe wyglądające jak kawowe,a hipołki to czekoladki z hipciem, który robi fikołki.

Ogórkowo w biegu z praniem

Tonę w brudach. Pralek z ciemnymi rzeczami było trzy i wszystkie już wyprasowane. Suszą się teraz kolory i przyspieszyć nie mam jak, bo nie mam gdzie wieszać. Wrzucę Wam temat o lodowiskach, bo akurat w jakiejś starej gazecie na ferie przeczytałam i podobało mi się. O największych lodowiskach świata… Szczerze mówiąc pojeździłabym na takich!

Jezioro Minnewanka w Kanadzie

Władze uprzedzają, że ślizgasz się na własne ryzyko, ale łyżwiarzy to nie odstrasza. Podobno stan grubości lodu poznaje się po kolorze. Czysty niebieski lód jest najmocniejszy.

Kanały w Holandii

Gdy tylko zamarzają przenosi się na nie życie miasta. Od XVIII wieku rozgrywany jest wyścig łączący jedenaście miast – trasa liczy 200 km i bierze w nim udział 15 tysięcy zawodników. Wow…

I jeszcze jedno z Kanady. Kanał Rideau, czyli okolice Ottawy. Największy naturalny tor na świecie 7,5 km. Również najbezpieczniejszy, bo bezpieczeństwa pilnują specjalne służby, a poziom wody jest obniżony -> specjalnie spuszcza się ją przez zimą. Przy trasie, którą w zimie okupują jadący na łyżwach (!!!!) do pracy są stragany z ciepłymi napojami i jedzeniem. Bomba! 🙂

Nie wygoniłabym go z łóżka nawet gdyby jadł w nim chrupki

– „Trafny wybór”, J.K.Rowling

W jednej z podhalańskich term była konkretna walentynkowa promocja. Informował o niej duży czerwony plakat przy kasach… Warunkiem jej otrzymania był namiętny pocałunek na oczach kasjerki (14 lutego). Grrrr… Biedne dziewczyny -pomyślałam- Cały dzień będą się patrzeć na oblizujące się z większą lub mniejszą śmiałością pary 16+…

 

Można i tak 😉 Ale można też inaczej. Możliwości jest sporo. Ja rozstawiłam dzieciakom fanty jeszcze w nocy (równoważnia, zaległe chińczyki i coś tam z wyprzedaży), a rano jak już to rozpakowały, zajęliśmy się robieniem Walentynek. Tegoroczne są w wersji 3D, a nie klasycznych kartek. Łatwo było je wykonać Mieszkowi, a to ważne, bo jego życie uczuciowe jest rozbudowane i musiał przygotować KILKA 🙂

Łucja w nowym szlafroku, plus pikery pelikany włożone w słomki z serduszkami i obklejone naklejkami z serduszkami.

Lilka zrobiła głównie dla Sziwy 🙂

Podjęłyśmy też próbę zrobienia galaretek, ale całkowicie nam się porozwalały przy wyciąganiu 🙂

Świętować? Świętować! Te wszystkie serduszka, życzenia i kolacje są wspaniałe. Nawet w wersji solo nie należy sobie tego odmawiać. Obiad walentynkowy zjadłam już wczoraj na trasie (akurat w knajpie, którą nam po drodze wybrałam taki serwowano). Prezent kupiłam sobie jeszcze przed wyjazdem na ferie, a dom mam pełen serduszek. Jest mi miło i Walentynkowo! 🙂

home, sweet home 8

Dwa tygodnie zimowych brudów oznaczają GÓÓRĘ prania… Lutka zaproponowała mi, że może coś mi coś z tej sterty zabrać i w pierwszej chwili odmówiłam. Ale przemyślałam sprawę i dałam jej kurtki i spodnie narciarskie. Razem z ręcznikami to jest na trzy pralki i będzie to odczuwalna różnica. Odbierzemy jakoś na dniach, a do tego czasu będziemy nosić kurtki z jesieni, bo na 10 stopni na plusie wystarczą.

Wróciliśmy. Snujemy się, rozprostowujemy gnaty, bo droga była dłuuuga.

 

Czas uporządkować wrażenia [ach, byliśmy też w takim miejscu gdzie oglądaliśmy sowy (żywe) i inne drapieżne ptaki] i zapisać o czym powinnam pamiętać.

  1. Potrzebna mi kurtka narciarska i to właśnie w takim toxic fluo kolorze, bo takie najlepiej widać na stoku (nawet kątem oka ;).
  2. Muszę zabierać w góry worek z solą i z piaskiem, bo były sytuacje, kiedy by mi się przydał (tym bardziej, że mam worek takie rarytasu w gospodarczym.
  3. Mini tubki pasty do zębów nie starczają na dwa tygodnie.

I widoczek jaki mieliśmy z okna.

GIEWONT

Dobrze karmią ci górale…

Za dobrą kwaśnicę dałabym się pokroić… Chadzamy na obiady w jedno konkretne miejsce i dzień w dzień taką właśnie jadam. Bierzemy ją z Lutką od tygodnia łudząc się, że może TYM razem będzie niesmaczna… Ale czasem jest bardziej wędzona (to od zanurzonego w niej żeberka), czasem bardziej ziemniaczana, czasem bardziej kwaskowa od większej ilości kiszonej kapusty, ale niezmiennie doskonała. I dzieciaki też jedzą. TE dzieciaki. Wmiatają po wielkim talerzu i to nawet nie frytek 😀

<><>

Sypie. Biało, śnieżnie, dziś wypychał mnie jakiś młody Niemiec, a potem podekscytowany opowiadał o tym swojej dziewczynie (nie mają ci ludzie zgniłego zachodu emocji w życiu 😉

A jeszcze kilka dni temu śnieg był tylko na stokach i jak pojechałyśmy oglądać kościółek na Jaszczurówce było niemalże wiosennie.

Pochwalę się jeszcze, że byliśmy w Muzeum Tatrzańskim i bardzo to fajne, że dzieciaki nie nudzą się w takich miejscach i zbiory obejrzały z zaciekawieniem. Miejsce obowiązkowe, bo mając wiedzę minimum łatwiej rozumiały opowieści o Podhalu.

Baniak do kiszenia kapusty, narzędzia do strzyżenia owiec, rzeźbienie jako zajęcie na hali przy wypasaniu, niebezpieczne zwierzęta zagrażające stadom i warsztaty tkackie w domach.

I jeszcze nasz ulubiony stoczek. Dziś miałam akcję z Łucją, bo puściła orczyk i wylądowała ze złej strony stoku. Śnieg do uda, nie ma jak dostać się do stoku, bo ludzie jadą, a orczyki latają nad głowami… Wypięłam się też, odpięłyśmy sobie narty i z 10 minut żeśmy przesuwały się do góry brodząc w tym śniegu… Mówiłam już, że sport hartuje? 🙂 Naprawdę niezła i mocna przygoda. Aż musiała z tego STRESU zjeść później CAŁEGO kotleta ;0



JaaaaAAdę!!!

Pojechałam w poniedziałek rano z dzieciakami na narty. Wypożyczyłam im sprzęt (na 2 godziny), doszliśmy do stoku i zeszłam na prawo do domku instruktorów… NIE BYŁO żadnego. Pani obsługująca grafik poinformowała mnie, że pierwszy wolny będzie po 17-stej… A nie mogły jechać same… Co by było gdyby odpięły się im narty, i jak kupiły by sobie karnet na wyciąg w punkcie w dolinie? Wyszłam spojrzałam na stok i podjęłam męską decyzję. Rozumiecie ta sytuacja, że jak jest karabin i nie ma nikogo kto by go wziął, a trzeba go podnieść to podnosicie. Wróciłam do wypożyczalni sprzętu i powiedziałam:

  • Poproszę narty.
  • Dobrze Pani jeździ?
  • Ja w ogóle nie jeżdżę.
  • A ma Pani instruktora?
  • Nie. Nie ma wolnych.
  • Dam krótkie. Na nich będzie łatwiej. Da Pani radę.

Przypięłam, odepchnęłam się kijkami, wywaliłam się, podniosłam i pługiem od bandy do bandy pojechałam w dół. TO było przerażające. Najgorsze było jak zawracałam z lewej w prawo (albo na odwrót) i przez chwilę narty stały pionowo w dół. Wydawało mi się, że rozpędzam się wtedy tak, że już się nie zatrzymam. I że stok się nigdy nie skończy… Lecz dojechałam. Na dole kupiłam karnety sobie i dziewczynom, stanęłam w kolejce do orczyku, koleś który go obsługiwał włożył mi go między nogi, szepnął: narty prosto!, klepnął w pupę (to było nawet przyjemne) i pociągnęło mnie spowrotem do góry… Nogi przestały być z waty i jak dojechałam na szczyt to byłam z siebie tak dumna, że pojechałam JESZCZE raz 🙂 Pierwszego dnia zjechałam 4x i przy czwartym dałam nawet radę zatrzymać się w poprzek stoku i przypiąć Lilianie odpiętą nartę. Powiem więc to, choć możeCIE mieć dość tego mojego samozachwytu: JESTEM niesamowita! 🙂

Dziś sypnęło śniegiem (i ciągle sypie), więc nawet (o szaleństwo!) poprosiłam w wypożyczalni o ciut dłuższe narty 🙂

A teraz kolejna ważna rzecz. Szłyśmy sobie z Lutką ulicą i dano nam jakiś magazyn dla narciarzy. Kartkując go wieczorem trafiłam na artykuł jakie trudne są początki sezonu dla narciarzy. Jak walczyć z zakwasami (sen, masaże, witaminy, termy) i jak można się przygotowywać do zimy…

Przyszło mi do głowy pod koniec ubiegłego tygodnia: po kiego grzyba ja sobie taki maraton na siłowniach zrobiłam?. I już wiem. Mnie NIC nie boli. Tak się przypadkowo przygotowałam, że mogę jeździć (po dwie godziny dziennie już trzeci dzień pod rząd) i jest dobrze. A jutro pewnie ciąg dalszy 🙂

Był sobie halny

Nie lubią górale halnego. Nie dość, że taki ciepły wiatr rozpuszcza śnieg, to jeszcze dmucha z taką siłą, że i przewraca ludzi, to jeszcze przewraca stragany i tablice. Porywa czapki i zatyka dech…

Postanowiliśmy się ukryć przed nim w śnieżnym labiryncie

A to zdjęcie poniekąd archiwalne… Widzicie czerwoną czapkę Lutki?

Wiatr porwał jej czapkę i wrzucił na dach 😀 Poprosiliśmy właściciela domu, że jeśli spadnie, to żeby zachował, ale może wiatr porwał ją już i zaniósł dalej? 🙂

Btw. na twitterze macie zdjęcie, które nam zrobiono na spacerze JUŻ w nowej czapce 🙂 A za to, że daliśmy sobie zrobić zdjęcie (co mieliśmy nie dać, skoro robili 🙂 dostaliśmy trzy kubki termiczne dla dzieciaków 🙂 Więc teraz to wszędzie z tymi kubkami chodzimy 🙂 Na spacerze też złapałam niezły widok. Chmury nasunęły się na Giewont i zaczęły niczym lawina spadać w dół. Ludzie kręcili filmiki, a ja po prostu cyknęłam zdjęcie! 😀

Piękne te góry! 🙂