Dobrze karmią ci górale…

Za dobrą kwaśnicę dałabym się pokroić… Chadzamy na obiady w jedno konkretne miejsce i dzień w dzień taką właśnie jadam. Bierzemy ją z Lutką od tygodnia łudząc się, że może TYM razem będzie niesmaczna… Ale czasem jest bardziej wędzona (to od zanurzonego w niej żeberka), czasem bardziej ziemniaczana, czasem bardziej kwaskowa od większej ilości kiszonej kapusty, ale niezmiennie doskonała. I dzieciaki też jedzą. TE dzieciaki. Wmiatają po wielkim talerzu i to nawet nie frytek 😀

<><>

Sypie. Biało, śnieżnie, dziś wypychał mnie jakiś młody Niemiec, a potem podekscytowany opowiadał o tym swojej dziewczynie (nie mają ci ludzie zgniłego zachodu emocji w życiu 😉

A jeszcze kilka dni temu śnieg był tylko na stokach i jak pojechałyśmy oglądać kościółek na Jaszczurówce było niemalże wiosennie.

Pochwalę się jeszcze, że byliśmy w Muzeum Tatrzańskim i bardzo to fajne, że dzieciaki nie nudzą się w takich miejscach i zbiory obejrzały z zaciekawieniem. Miejsce obowiązkowe, bo mając wiedzę minimum łatwiej rozumiały opowieści o Podhalu.

Baniak do kiszenia kapusty, narzędzia do strzyżenia owiec, rzeźbienie jako zajęcie na hali przy wypasaniu, niebezpieczne zwierzęta zagrażające stadom i warsztaty tkackie w domach.

I jeszcze nasz ulubiony stoczek. Dziś miałam akcję z Łucją, bo puściła orczyk i wylądowała ze złej strony stoku. Śnieg do uda, nie ma jak dostać się do stoku, bo ludzie jadą, a orczyki latają nad głowami… Wypięłam się też, odpięłyśmy sobie narty i z 10 minut żeśmy przesuwały się do góry brodząc w tym śniegu… Mówiłam już, że sport hartuje? 🙂 Naprawdę niezła i mocna przygoda. Aż musiała z tego STRESU zjeść później CAŁEGO kotleta ;0