JaaaaAAdę!!!

Pojechałam w poniedziałek rano z dzieciakami na narty. Wypożyczyłam im sprzęt (na 2 godziny), doszliśmy do stoku i zeszłam na prawo do domku instruktorów… NIE BYŁO żadnego. Pani obsługująca grafik poinformowała mnie, że pierwszy wolny będzie po 17-stej… A nie mogły jechać same… Co by było gdyby odpięły się im narty, i jak kupiły by sobie karnet na wyciąg w punkcie w dolinie? Wyszłam spojrzałam na stok i podjęłam męską decyzję. Rozumiecie ta sytuacja, że jak jest karabin i nie ma nikogo kto by go wziął, a trzeba go podnieść to podnosicie. Wróciłam do wypożyczalni sprzętu i powiedziałam:

  • Poproszę narty.
  • Dobrze Pani jeździ?
  • Ja w ogóle nie jeżdżę.
  • A ma Pani instruktora?
  • Nie. Nie ma wolnych.
  • Dam krótkie. Na nich będzie łatwiej. Da Pani radę.

Przypięłam, odepchnęłam się kijkami, wywaliłam się, podniosłam i pługiem od bandy do bandy pojechałam w dół. TO było przerażające. Najgorsze było jak zawracałam z lewej w prawo (albo na odwrót) i przez chwilę narty stały pionowo w dół. Wydawało mi się, że rozpędzam się wtedy tak, że już się nie zatrzymam. I że stok się nigdy nie skończy… Lecz dojechałam. Na dole kupiłam karnety sobie i dziewczynom, stanęłam w kolejce do orczyku, koleś który go obsługiwał włożył mi go między nogi, szepnął: narty prosto!, klepnął w pupę (to było nawet przyjemne) i pociągnęło mnie spowrotem do góry… Nogi przestały być z waty i jak dojechałam na szczyt to byłam z siebie tak dumna, że pojechałam JESZCZE raz 🙂 Pierwszego dnia zjechałam 4x i przy czwartym dałam nawet radę zatrzymać się w poprzek stoku i przypiąć Lilianie odpiętą nartę. Powiem więc to, choć możeCIE mieć dość tego mojego samozachwytu: JESTEM niesamowita! 🙂

Dziś sypnęło śniegiem (i ciągle sypie), więc nawet (o szaleństwo!) poprosiłam w wypożyczalni o ciut dłuższe narty 🙂

A teraz kolejna ważna rzecz. Szłyśmy sobie z Lutką ulicą i dano nam jakiś magazyn dla narciarzy. Kartkując go wieczorem trafiłam na artykuł jakie trudne są początki sezonu dla narciarzy. Jak walczyć z zakwasami (sen, masaże, witaminy, termy) i jak można się przygotowywać do zimy…

Przyszło mi do głowy pod koniec ubiegłego tygodnia: po kiego grzyba ja sobie taki maraton na siłowniach zrobiłam?. I już wiem. Mnie NIC nie boli. Tak się przypadkowo przygotowałam, że mogę jeździć (po dwie godziny dziennie już trzeci dzień pod rząd) i jest dobrze. A jutro pewnie ciąg dalszy 🙂