Piątulo!

Kupiłam wracając do domu DYNIE! Rok temu NIE kupowałam, a w tym roku pomyślałam, że CHCĘ. Podjechałam do gościa, którego rano mijam, wjechałam mu na podwórku (wjazd był ozdobiony stertami pomarańczowych dyń) i zatrzymałam auto. Otworzyłam drzwi i podniosłam dwa z porozsypywanych wszędzie orzechów. Włożyłam je do kieszeni i zaczęłam wybierać pomarańczowe kule… Wybrałam jedną WIELKĄ, zważyliśmy ją, była trochę za droga, więc wybrałam dwie mniejsze, które kosztowały tyle samo, oraz dwie mikro dyńki na zupę. Rozliczyłam się i facet poszedł do domu po resztę dla mnie. Ja tymczasem włożyłam DYŃKI do bagażnika i znowu podniosłam kolejne orzechy. Na to on wyszedł z domu i woła: Pani, sobie nazbiera! My tu je rozjeżdżamy autami! Rok temu nazbierałem cztery skrzynie i NIKT w domu nie jadł! Przynieść Pani siatkę? Siatkę to ja miałam! 🙂 Odkrzyknęłam tylko, że Chyba ZA DOBRZE mają! i nazbierałam sobie z pięć kilo orzechów. Także TAK mi się przyfarciło dzisiaj! 🙂

<>

Dostałam wczoraj esemesa z przypomnieniem o wizycie u psychoterapeuty. NIE zapisywałam się na nic takiego i trochę się zaniepokoiłam. Ale udało mi się dodzwonić do przychodni i pytam się: Czy to jakaś medycyna pracy (bo może muszę takie coś odbębnić?) czy sądowe (bo były mąż to dużo nieoczekiwanych emocji, których może TU nie widać, ale nigdy nie mogę być pewna), czy to jakieś kuratoryjne wezwanie (dla samotnych matek)? ALE okazało się, że system im się zbugował i wizyty żadnej nie mam. Bardzo TO miłe, z przyjemnością zjadłam kolejną ze szkolnych bombonierek, co gdzieś tam na mnie DZIŚ czekała i mogę zaczynać weekend!

Pokażę Wam jeszcze plakat Lilki o dbaniu o Ziemię, na angielski. Panna zrobiła, ja sprawdziłam, a potem przyszła Łucja i powiedziała: O, zrobiłyście BŁĄD. TESTED, not TASTED on animals. Ha, ha, to całkiem zabawne! Więc poprawiłyśmy długopisem na plakacie!