śnieżek (pierwszy)

  • Mamo, nie ma Internetu.
  • Bywa Łucja. Jest siódma rano.
  • I nie ma prądu.
  • To wstaję.

To była zła wiadomość. W domu wszystko jest na prąd, więc w przypadku awarii nie tylko nie zrobimy sobie śniadania, ale też zwyczajnie zamarzniemy. Sprawdziłam kiedy odcięło (zegary na piecykach wskazywały 6:20), sprawdziłam zewnętrzne korki i odkryłam, że WYWALA za każdym razem kiedy próbuję je włączyć.

Nie było na co czekać – wezwałam elektryka! Numer miałam w komórce, bo nie tak dawno temu byli i około 11-stej mieli przyjechać. Straciliśmy miejsca na fantastycznych warsztatach  architektonicznych (zadzwoniłam do znajomej i wysłałam ją z synami na nasze miejsca), ale MAM już prąd. Odcięte mam jedne gniazdko i NIE wiadomo co się dzieje… Cóż, dam sobie radę bez jednego gniazdka, bo mam ich więcej 🙂 Zdaje się, że trzeba by przejrzeć całą instalację, lecz na razie mam TYLKO obserwować. Dobre i to. Zresztą, może i dobrze, że nie pojechaliśmy na te zajęcia, bo od rana sypie śnieg, a zimówki zakładam dopiero jutro.

Z ważnych niusów zrezygnowałam z telewizji. Nie to, że coś mi w en-ce nie pasowało, ale było to zapisane JESZCZE na Diabla i nie bardzo miałam jak wprowadzać telefonicznie zmiany (bo nie mam męskiego głosu 🙂 Rachunek przychodził co miesiąc spory, a kanały sportowe nie były używane. Dwa lata temu umowę przedłużono z automatu, lecz w tym roku pilnowałam kiedy wygasa. Dekoder z pilotem jest już oddany, w szafce pod telewizorem zieje pustka, czyli od grudnia będę się zastanawiać co w to miejsce.