Dwa okręty na morzu zawsze się spotkają

Jules Verne, cytat za Aqumanem

Na koniec roku pojechaliśmy do kina. Na Khala Drogo w wersji Król Oceanów 🙂 Ależ on jest powalający! 🙂 Recenzje były wybitne i film to rzeczywiście WIDOWISKO. Z Sahary i klimatów jak w Indianie Jones, bohaterowie skaczą na nastrojową Sycylię, podwodne królestwa są zróżnicowane, malownicze i dzieje się DUŻO. Dziewczynom trochę przeszkadzały włosy głównej bohaterki, bo kojarzyła się im z Arielką. I w sumie też uważam, że niebieskie były by lepsze, choć Aquamen nie mógł by powiedzieć: Ach, te rude :)))

Btw. to TEŻ film o ekologii. Oburzony podwodny świat wywala na brzeg śmieci unoszące się w morzach. Czyli ekologia po raz kolejny! Na tym zlepku wyżej macie też figurkę z klocków Aquamena, która znalazła się w prezentach pod choinką oraz świąteczną galerię handlową, bo to tam pojechaliśmy na FILM 🙂

<>

Dom na Nowy Rok już gotowy. Mamy serpentyny, szampana i złote balony z obrazkiem ananasa 🙂 Wg. Feng Shui ananas jest na pieniądze, więc niech będzie ZŁOTY ananas :)! Pewnie pojedziemy na chwilę gdzieś między ludzi, ale główne świętowanie przewidujemy z KOTAMI 🙂

Do SIEGO ROKU! 😀

2018 – podsumowanie!!!

Jutro już będę pochłonięta świętowaniem, więc DZIŚ.

2018

Gdybym miała dać jedno słowo to z całą pewnością był to rok ekologii i przyrody. Martwiliśmy się o pszczoły i klimat. Zaczęto rozsyłać nam esemesy o zagrożeniach huraganami i nasiliły się obostrzenia recyklingowe. Ci co segregują śmieci, musieli to robić dokładniej, zlikwidowano bezpłatne worki na zakupy i likwidowane są plastikowe słomki.

Dla mnie był to rok dobry. Koszmarne były finanse. W poprzednim miejscu byłam zatrudniona do końca stycznia, potem byłam objęta różnymi szkoleniami i pomocą z Urzędu Pracy i było to wszystko bardzo odczuwalne. I finansowo i emocjonalnie. Ale pod koniec roku założyłam firmę, za wiele jeszcze nie narobiłam, ale tendencja jest wzrostowa i plany SĄ. Mam księgową, która nie tylko ogarnia moje bieżące sprawy, ale też odkryła, że źle rozliczałam kilka ostatnich lat pita. Bardzo to miłe, że ktoś ze mnie to ściągnął.

Dzieci nie sprawiały problemu, uczą się BARDZO dobrze i są BARDZO dużym moim wsparciem. Łucja była w sanatorium i pod koniec roku rozpoczęła następną turę. Weszło to już w nasz rytm i specjalnie nam nie przeszkadza. Zupełnie przypadkiem udały nam się fajne wakacje i pierwszy raz od dawna dotarliśmy nad nasze morze. Mniej biegałam niż w 2017, nie mam jednej ogólnej karty na siłownię, ale spokojnie można było to zastąpić miesięcznymi karnetami. Zaczipowałam koty. Z zaplanowanych wydarzeń NIE udało mi się dotrzeć z Łucją na jeden spektakl, o którym panna marzy, ale kulturalnie i warsztatowo większość zaplanowanych wydarzeń się odbyła. Rewelacyjnie wyszły urodziny każdego dziecka! Mieszko miał w Muzuem Dinozaurów, Lila wyjątkowo miała upalną pogodę na rowerowe party, a Łucja z koleżkami plażowały się na plaży z Chuckiem Norrisem ;).

Rozpadł się mój związek z J. Wiedziałam, że jest to czasowe w momencie kiedy się zaczynało… Nie lubię jak coś się kończy, ale zawsze czuję też taką ulgę. Dużo mi to dało, podbudowało mnie i pewnie ktoś się jeszcze kiedyś pojawi. Towarzysko single są jednak alienowani, zresztą miło mieć kompana do różnych życiowych wydarzeń. Zakończyła się też moja przygoda z grupą pin-up i rozsypał się mój klub kettlowy, bo trener zniknął. I TEŻ jakoś mnie to nie martwi, bo grup gromadzących ludzi jest baardzo dużo i łatwo przeniknąć w kolejne środowisko.

W skali macro walczyliśmy o konstytucję i szkolnictwo. Po nosie dostali antyszczepionkowcy wysypem zachorowań na odrę. Globalnie również zaprzątała nas ekologia i szczyty klimatyczne. Tradycyjnie linkę Wam jednego bardzo pozytywnego bloga, gdzie w rocznych podsuwaniach jest ILE dobrego się stało w mijającym roku. Powiększyła się populacja tygrysów, jaguarów i goryli górskich. Plemię w Amazonii wygrało sprawę o ziemię, jest nadzieja, że zniknie góra śmieci pływająca po Pacyfiku i że dziura ozonowa zostania załatana. Jemy mniej mięsa, a w konfliktach zbrojnych na świecie ginie mniej ludzi. Rośnie w ludziach tolerancja.

W kategorii NAJLEPSZE/NAJWIĘKSZE/NAJMODNIEJSZE

NAJ!

Nowe słowo – prestiż. Wszystko jest prestiżowe, albo nieprestiżowe…  Btw. rok temu doszły nam dwa SZ:szerować i sztos!

Nowy zawód: uber. Uber jako usługa był już od dawna, lecz nowością jest, że na osobę, która prowadzi ubera mówi się uber. Dla mnie jest to dość ciekawe 🙂

Zapach: polskie nosy są NIESAMOWITE. Kupiłam w tym roku sporo polskich kosmetyków i wszystkie mają rewelacyjne zapachy. Te azjatyckie, którymi się zachłystywałam w latach poprzednich, są dobre, ale zapachy często mi przeszkadzają. Nasze pachną doskonale. Kupiłam sobie również w lecie perfumy. Wybrałam olejki zapachowe z drogerii H i jestem nimi zachwycona. Mam dwa różne flakoniki, zapachy są trwałe i pachną naprawdę dobrze!

Kosmetyki: cały czas koreańskie maseczki są bezkonkurencyjne. I ich peelingi. Ale bardzo podeszła w tym roku Ziaja, Biały Jeleń oraz Bielenda (rewelacyjny fluid) i to spora część naszej kosmetyczki.

Wynalazek DIY– dziurkacz z 4-cm kołem. Dziurkuję tym wielkim dziurkaczem tekturki po różnych rzeczach i to jest super – temat powróci i pokażę Wam jego zastosowań więcej!

Osoba – no cóż, SĄ osoby wybitne, mądre, warte patrzenia na nich i słuchania ich (cały czas uważam, że żyjemy w społeczeństwie, gdzie każdy dla siebie powinien być autorytetem, ale trzeba być otwartym na świat innych). Na Festiwalu Języka Polskiego poziom erudycji niektórych pisarzy był prze-kosmiczny! Na moim insta zafolowałam sobie kilka takich osób i chętnie czytam ich spostrzeżenia dnia codziennego. Dzieci zachłystywały się Lordem Kruszwilem i Kucami z Bronxu 🙂

Piosenka – hitu na miarę Despacito nie było. Ale bardzo podoba mi się Hey DJ i przeróbka You Don’t Own Me. Dużo piosenek w tym roku mi się podobało! Ba, na moim new phonie zrobiłam sobie playlistę.

Jedzenie – odkryliśmy latem RYBY i to jest największe kulinarne wydarzenie roku. Nurtem kulinarnym był COMFORT FOOD, czyli jedzenie rzeczy, które lubimy najbardziej. Na ogół ciepłych, kojarzących się nam z domem i rodziną. W naszej kulturze dla większości dzieci do zupa pomidorowa 🙂

BEST film – Legion Samobójców był super. Czarna Pantera też. Serial Ozark był wymiatający. Altered Carbon mi się podobał. I Avegersi. Mamma Mia to była petarda! Z polskich: Wataha i Zimna Wojna.

Największe filmowe rozczarowanie – kino azjatyckie :/ HBO ma serial Folklor albo Grisse. I sporo tam kinomatografii z tamtego końca świata. No i NIE. W tym Grisse chodzi o to jak zachowywali się biali koloniści. Nie wiem skąd oni takich aktorów BIAŁYCH wzięli, ale takiego zlepku brzydkich i antypatycznych ludzi trudno spotkać na żywo.

Kolor- zielony. W wersji klasycznej to był kolor lata, ciemnozielony jest dla mnie idealny teraz, no i zielony to kolor przyrody. 3x tak. ZIELONY zdecydowanie!

Kolorowy kosmetyk – dochodzę do wniosku, że kosmetyki kolorowe w płynie/kremie są lepsze niż sypkie… No więc ciemno-brązowa kredka do konturowania to mój hit.

Pożądana cecha – to intelekt i poczucie humoru. Tym drugim czasem mogę nadrabiać, ale bez tego pierwszego jest po prostu nudno.

<<>>

Przeleciał ten rok błyskawicznie, ale co najważniejsze poznałam kolejną porcję wspaniałych ludzi. Trafiałam czasem w miejsca, gdzie nie powinno mnie być, ale bardzo jestem wdzięczna przypadkowi, że tam byłam. Cudownie są np. Wieczory Opowieści. Opowiadacze, to takie zwyczajne osoby, które mijasz pewnie czasem na ulicy i nie podejrzewasz ich, jakie wiele mają do przekazania! Zresztą jesteśmy tak przebodźcowani, że rozrywki, które wymuszają od nas wyłączenia większości zmysłów są ogromnym relaksem.

Na wczorajszym spotkaniu, gdzie zabrałam znajomą, która też się w tym zakochała były opowieści o księżniczkach, które się nigdy nie uśmiechały, o przeklętym muzycznym instrumencie, o czyjejś babci, która piekła magiczną szarlotkę, o kogucie, o którym wszyscy myśleli, że będzie z niego tylko zupa, a on został królem kurnika (i NIGDY nie myślcie o sobie, że już tylko na ZUPĘ się nadajecie 🙂 i o skoczkach narciarskich. Po drodze było wino i wino-grona (ja nie skorzystałam, ale znajoma i OWSZEM), a na koniec Opowiadacz zrobił „Małysza”, MY też i krzyknął: LEĆ! My mieliśmy odkrzyknąć (każdy) swoje IMIĘ. I taką dewizę mamy mieć na 2019! 🙂



2018 dla DOMU

Koniec roku to tradycyjne podsumowania, więc lecimy!

Sekcja dla domu!??

Jak było w tym 2018??? -> Słabo. Budżet był bardziej niż kiepski, więc pomijając rozpęd końca roku do domu/dla domu doszło niewiele.

Najważniejsze to była rewolucja w pokoju dziewczyn. Doszedł słupek na książki, wyleciała poprzednia szafka, przemalowałam ściany i wyprałam im dywan. Zawiesiłam nowe chorągiewki z literkami. Baardzo duża zmiana! Wcześniej podobny ruch zrobiłam u Mieszka: podkleiłam tapety, zabrałam moje książki i na półkach poustawiałam jego pochowane wcześniej POD łóżkiem. Dorzuciłam mu szafkę na bieliznę oraz WIĘKSZE pudło na klocki. Równie ważne jak te dwie stylistyczne zmiany było uszczelnienie podłogi w kuchni. Zostały odsunięte wszystkie szafki, a gigantyczna szczelina pomiędzy ścianą o podłogą została wypełniona pianką termiczną. I powiem Wam, że autentycznie zrobiło się cieplej. Dywaniki rano były zawsze lodowate, a teraz są normalne.

Pewne ożywienie spowodowała też ostateczna przeprowadzka dziadków. Dostałam nową deskę do prasowania (bo Lutka miała dwie), metalową suszarkę, dywanik na podłogę do sypialni i nową narzutę.

Co się psuło? Drobiazgi AGD. Rozwaliłam lokówkę, gofrownicę i toster. Mam nową lokówkę, planuję nową gofrownicę. Miałam dwie awarie prądu wymagające odwiedzin elektryka i wymieniłam pompę w zmywarce. Mam też nowy telefon, który jest cudowny. Bałam się, że z tą nową technologią nie dam sobie rady, ale wszystko w nim jest intuicyjne i logiczne. W sekcji dla domu warto też zaznaczyć, że rozstałam się z nc+ (choć może kiedyś do nich wrócę), mam HBO, a przez miesiąc miałam netflixa (i też może do niego wrócę).

Miałam wielkie plany co do porządkowania ogródka, ale najważniejsza dokonana zmiana to zwiększenie sekcji kwiatowej w trosce o pszczoły 🙂 Na pianinie stoją nowe Ziarnuszki i pilnują domu przez kolejny rok! 🙂 Co jeszcze…. Doszły ceramiczne wyroby dzieciaków (które robiły w pracowni garncarskiej całe lato), poszewki na poduszki oraz kocyki (obie grupy podchoinkowo), lustro w dużym pokoju (przy którym może ćwiczyć Łucja) i trzeci kubeł do segregacji odpadów (ustawa śmieciowa).

<>

Co przechodzi na 2019?

Absolutnie niezbędny jest remont poddasza. Przecieka sufit w pokoju Mieszka. Prowizorycznie to załatałam, ale trzeba to ruszyć. Przy okazji można będzie zabudować skosy na strychu i to będzie spory remont. Miałam nadzieję, że w tym roku się w tym wyrobie, ale ponieważ może być konieczne wejście na dach muszę zaczekać do cieplejszej i suchszej pory roku, bo teraz nikt tam nie wejdzie.

Niezmiennie NIE działa jeden palnik w kuchence, czyli mam tylko TRZY. Daję radę, ale ponieważ jedna/inna z płytek jest ubita chyba prostsze będzie kupienie nowej niż zabawa w wymianę bezpieczników.

Początek roku tu urodziny Mieszka, który dostanie NOWE łóżko, bo w starym się NIE mieści 🙂 Przy okazji wypiorę też mu dywan, bo to się stało z dywanem dziewczyn PO pralni to coś niebywałego. Być może wypiorę też dywan na dole, zamiast gdybać o nowym? Tak mi się marzy, że przy remoncie strychu może też wycyklinuję dół i dół będę mieć remontowo zamknięty. Może nawet wtedy wymienię kanapę na dole?? Dużo tego, więc kuchni nie ruszam, ale w strefie marzeń zostawię sobie NOWĄ łazienkę 🙂 Z mniejszą, wolnostojącą wanną, dwiema umywalkami (marzenie dziewczyn) i podwieszanym sedesem. I białymi płytkami…

ŚśśśliiiiZG!!!

A więc ŁYYŻWYYY!!! -> Rozpoczęcie sezonu!

Prawie rozpoczęcie, bo Lila ma raz w tygodniu z całą klasą i dwie lekcje się już odbyły… Ale Łucja po RAZ pierwszy (na figurówkach, które przyniósł jej Mikołaj na początku grudnia :0), ja też, no i Mieszko. Mieszko do tej pory próbował jeździć na takich łyżwowych saneczkach i to nie wypaliło. Ślizgał się, nogi mu się rozjeżdżały, a DZISIAJ jeździł. Zrobił kółko trzymając się bandy, potem dwa ze mną i z Łucją z drugiej strony, a potem Lilka ODDAŁA mu jeździk do nauki, czyli MISIA (w ubiegłym roku był pingwinki). A potem się SPECJALNIE wywaliła, żebym zwróciła NA NIĄ uwagę, co nie nastąpiło, bo byłam pochłonięta Mieszkiem 😀 Więc gdy zeszliśmy w końcu z płyty zderzyłam się z FOCHEM-GIGANTEM :))

Ludzi nie było, płyta była pusta i jeździło się świetnie!

Szampana typu musująca truskawka już mam, serpentyn NIE widziałam, petard w tym roku nie kupuję. Dzieci przejął tato, więc może jutro sprawdzę te ZIMOWE wyprzedaże? 🙂

pierwszy dzień po przejedzeniu

Okres między świętami a nowym rokiem jest taki dziwny. Zawsze powtarzam, że grudzień to najkrótszy miesiąc w roku, bo ma tylko 24 dni. Potem następuje ten dziwny moment, kiedy NIE wiemy co robić. Nieciekawie wypada w TYM roku jeśli chodzi o DNI. Po pierwsze, Wigilia nie powinna być w poniedziałek, bo tak naprawdę świętuje się już od soboty i jak to Lutka powiedziała: „za szybko kończy się jedzenie”. Po drugie, Sylwester w poniedziałek też jest bez sensu, bo 1-szy to wtorek i już w środę trzeba ruszać (lepszy jest układ, gdy jeszcze jest jakiś dzień zapasu).

Mamy trochę poplanowane, ale zobaczymy jak to wyjdzie… Dziś rano coś tam musiałam załatwić (być pierwszym klientem w urzędzie to niezły wyczyn), mam ochotę sprawdzić jak tam wyprzedaże, zrobić z dziećmi tour po szopkach, podjechać na lodowisko, no i zaklepałam jakieś kulturalne wydarzenia. Zobaczymy co z tego nam się uda, a dziś odbębniliśmy pierwsze!

Btw. zabawne było jak wracaliśmy i podjechaliśmy na stację benzynową po hot-dogi dla dzieci (ja cały czas jestem przejedzona) i okazało się, że maszyny do hot-dogów są odłączone, bo „OD 24-go klienci NIE kupują nic do jedzenia”, czyli cały naród ma TAK jak ja :))

><

Byliśmy na zajęciach o tym jak wyglądał stół szlachecki. Co jadano, na czym i w jaki sposób (Liliana by się tam odnalazła, bo ona też rękami je). Obejrzeliśmy i podotykaliśmy naczynia jakich używano i porozmawialiśmy kiedy różne świąteczne elementy się pojawiły (karp dość późno). Rozmawiałam później z babką, która prowadziła te zajęcia i powiedziałam, że czytałam ostatnio o pogańskich korzeniach Bożego Narodzenia. I ona (kulturolog i etnograf) to potwierdziła. Choinka była symbolem życia i płodności (bo nie traciła liści/igieł na zimę), a jedzenie po Wigilii zostawiano na stołach po Wigilii dla zmarłych (teraz to przeszło w ten symboliczny talerz dla wędrowca). A potem dzieciaki miały ZROBIĆ zastawę szlachecką!

Niżej to cukiernica. Na pewno coś w tym stylu widzieliście. Zamykano ją na klucz, bo cukier był bardzo drogi.

Niżej to komplet Dorota, albo Inka (?- drugiej nazwy nie jestem pewna). To był hitowy dizajnerski zestaw PRL-u. Jak dla mnie wzorowany na ludzkich narządach, ale podobno wyjątkowo dobry do użytkowania.

To był puchar. Tak zbudowany, że mogłeś go odłożyć dopiero gdy wypiłeś, bo tam gdzie jest stópka był pysk wilka. Trochę takie w stylu Wikingów 😉

A to było niezłe! Mlecznik w kształcie krówki. A niezłe bo, bo TEN sam wzór można kupić w fabrykach porcelany. Dziadki z Chodzieży przywoziły takie na prezenty znajomym.

I już warsztaty:



święta, ŚWIĘTA i po Świętach :)

Bardzo były udane te święta! Było rodzinnie i pozytywnie. Mogło by być śnieżniej, ale biorąc pod uwagę, że dużo jeździłam, to ten wariant pogodowy był wygodniejszy… Dzieciom pod choinkami doszło sporo ubranek (i bardzo dobrze), Mieszko zarobił trochę KOLEJNYCH klocków, a panny kilka książek. Ja dostałam sweterek rozpinany i krem (obie rzeczy niezbędne!). W przedpokoju piętrzą się siatki do rozpakowania z jedzeniem i bambetlami… U dziadków kilka rzeczy dzieciom wyprałam, ale siatę do prasowania przywiozłam sobie do domu. Zaraz włączymy sobie Avengersów i wtedy rozstawię deskę! Mój tatar ze śledzia był porażką, ale za to moja zupa rybna była LEPSZA niż rok temu i Lutka zaproponowała, żeby za rok zrobić ją zupą Wigilijną. Żal mi barszczyku na zakwasie, który robi babcia, ale ustaliłyśmy, że barszczyk może być na drugi dzień świąt z… krokietami.

Hitem tegorocznych Świąt są też led-owe światełka. Dziadki dostały obiecanego jelonka, ale w sklepach było ICH tak dużo i było to takie tanie, że kolumny przed domem dziadków opletliśmy łańcuchami podpiętymi do bateryjek. U nas przed domem też więcej światła niż zawsze i to z tego samego powodu. Kupiłam takie małe girlandy na bateryjki, plus zestaw jakiś tanich bateryjek (te ledowe to prawie nic prądu nie zużywają) i nie dość, że wszystko mi się pali to nie mam sterty kabli przed domem.

W domu okazało się też, że osamotniona Miaustra zeżarła różę betlejemską. Coś mi się kiedyś obijało o głowę, że to chyba trujące dla kotów, ale nic jej nie jest, a sądząc po śladach zrobiła to jeszcze wczoraj.

W planach na dziś mieliśmy jeszcze spacer, ale mnie jutra od rana czeka obowiązkowy maraton po kolejnych urzędach (nieplanowany) i trochę mam stres, czy na pewno zdążę wszystko załatwić do końca roku. Jak załatwię to może dam radę się jeszcze trochę w tym 2018 rozprężyć 🙂

<>

Mix z wczoraj z dziś:

Tak, Lila ma kapelusik choinkę, a ja miałam kapelusik-kapelusik 🙂 I btw. nie dałyśmy rady użyć WSZYSTKICH naszych świątecznych ozdób, więc za rok znowu Was będziemy zaskakiwać 🙂

Po jedzeniu można było podwędzić babci komórkę, poinstalować co się da i razem z MAKOWCEM rozgryzać kolejne gierki 😉

Łucja spędzała czas głównie na czacie z koleżankami:

A młodsze rodzeństwo zgodnie bawiło się… klockami! 🙂

Ach i tegez… Mieszko podczas tych przejazdów w tę-i we wtę wyrwał sobie zęba. Siedział sobie, gapił się w okno i dokonał samodzielnej ekstrakcji. Tego co się bujał od lata. Na szczęście od lata Zębuszka była przygotowana! Ten to się dopiero obłowił na te święta! 🙂

W oparach rybnego wywaru

  • Niczym takie święta nie różnią się od zwyczajnych dni – burknęła Łucja jak jechaliśmy wczoraj autem.
  • Różnią się. Gdybym wprowadziła elementy kościelne, czulibyście to jeszcze wyraźniej. Bardzo bym NIE chciała, żebyś stała się jedną z tych osób, które świąt nie lubią, a na święta zawijają się w kocyk i starają się je przespać. Duża strata.
  • Co może być fajnego w chodzeniu do kościoła w nocy?
  • Jak jeździliśmy do babci, gdy byliśmy mali, to Wasza babcia uwielbiała chodzić na Pasterkę. To była najważniejsze wydarzenie kościelne i chyba zresztą jedyne w jakim regularnie brała udział. Szła zawsze z braćmi, gadali sobie po drodze, spotykała dużo znajomych i chyba czasem nie czekała do końca mszy, do czego się nigdy nie przyznała.
  • Je się w kółko to samo…
  • Fakt, dzieci mało jedzą na święta, ale dorośli NA te potrawy, które są na Wigilię czekają cały rok. Niefortunnie się składa, że te zimy byle-jakie się zrobiły, bo zawsze pomiędzy jednym posiłkiem a kolejnym szło się na spacer.
  • My ciągle siedzimy w samochodzie.
  • Tak wyszło. Ludzie łączą się w pary bo wyznają podobne wartości. Logistycznie było by łatwiej gdyby zakochiwali się w sobie miłośnik świąt i ktoś kto ich nie obchodzi. Ale jest na odwrót. Czyli ktoś dla kogo święta są ważne, łączy się z tym, dla kogo też są ważne. Dlatego tak kursujecie z przyjęcia na przyjęcie.

 

Czytałam niezły artykuł Gesslerowej (ale nie tej od loczków 😉 żeby nie zmuszać dzieci do jedzenia świątecznych potraw. Bo one JE polubią same. Z czasem. Z dań wigilijnych uwielbiają wyłącznie susz, która Lutka robi doskonały. Pisało zresztą, że to wyjątkowo pyszny oraz zdrowy napój i powinniśmy go pić częściej. Podobno w najlepszych restauracjach podaje się go jako deser. Trochę gęstszy, taki kisiel, z kawałkami suszonych owoców. Ekskluzywnie i prestiżowo dzieciom go więc podaję, a do reszty nie ZMUSZAM. Siedzę sobie teraz w oparach wywaru rybnego, którego zapach zwabił do domu Klarensa i cieszę się, że smarki tego nie wdychają, bo marudzeniu, że ŚMIERDZI, nie było by końca :)) Btw. zupę rybną, co przypominam co roku, robię z przepisu Kuronia. Zupa rybna z ryb morskich. Nie ma sobie równych 🙂

Wśród Nocnej Ciszy

  • Mieszko, a jadłeś wczoraj rybę u cioci?
  • Nie.
  • Ale przecież była ryba?
  • Tak. Jakiś śledź w galarecie z grzybami.
  • Nie, Mieszko! On nie był w galarecie!
  • A w czym był Lilu?
  • W misce!

Dzieci maja wigilijne turnee. Wczoraj jedna, dziś dwie. Na jednej z dzisiejszych były ze mną, a teraz są z tatą. Przejmuję je jutro w okolicach 14-stej i jedziemy z powrotem do dziadków, na obiad. Po drodze – rano, ja robię zupę rybną. Dziś bezstresowo zaczekam do północy, bo może Miaustra ma mi coś do powiedzenia 🙂

<>

No, ale był i czas na świąteczną nudę…

Było zbieranie sianka pod obrus (bo nie było, więc powiedziałam, że to w końcu trawa suszona, której w ogródku pełno):

Było ubieranie stołu Wigilijnego i podpisywanie karteczek, gdzie kto ma siedzieć:

Zielony łokieć należy do babci, z którą konsultowano układ:

Trochę głupich zabaw…

I tak dotrwaliśmy do Wigilii... I teraz gwóźdź programu! W swoim kalendarzu Adwentowym Lilka obok babeczek i żeli do kąpieli miała… SZMINKĘ. Na 24-go. Kolor Red Hibiscus, do użycia na ŚWIĘTA… No więc przystąpiłyśmy WSZYSTKIE do używania tej szminki…

I to jest już chwila później, KIEDY siedzimy przy stole,a Lila jest w kubełku na głowie, bo przecież się NIE MOŻE pokazać 😀

Na szczęście  PO ZUPIE (dzieci rosół, dorośli barszcz) Lilka uznała, że jest jej ZA GORĄCO i kubełek z łazienki zdjęła. Nałożyła opaskę i DRUGIE, oraz późniejsze prezenty już były normalne! 🙂 Btw. dzieci dostały tak ekologicznie zapakowane prezenty w poszewki, więc doszedł nam kolejny gadżet DO DOMU!



Po wodzie!

Lutka zawsze nam powtarzała (i cały czas to czasem przypomina), że dom rodzinny to JEDYNE takie miejsce, gdzie nie tylko można przyjechać ZAWSZE, ale też ZAWSZE wszyscy się z Twojego przyjazdu ucieszą. Wiem, że nie każdy ma takie miejsce, ale każdy takie POWINIEN mieć.

Mam w rodzinie przypadek osoby, która zaginęła. Nie to, że coś się stało, po prostu wyjechała i urwała kontakt z rodziną. To taka moja młodsza wujeczna siostra. I wyobraźcie sobie, że kilka dni temu spotkała się z rodzicami! Po LATACH. Wszystko u niej w porządku, ma niezła pracę, wygląda dobrze i JA tak tak naprawdę nie wiem dlaczego… Nie wiedziała, że jej rodzeństwo ma dzieci i że ktoś tam wziął ślub. O mnie pewnie też nic nie wie, ale nie wiem czy o MNIE rozmawiano. I nawet powiedziała, że na wakacje przyjedzie do rodziców. W kategorii świątecznego cudu ten dla mnie jest największy!

Początek świąt będzie chyba deszczowy. Kilka dni temu myślałam, że mój piękny samochód jest taki brudny i że powinnam odstać swoje na myjni i go wyszorować. A tutaj wiatr i deszcz sam się ze wszystkim uporał. Dobrze to wyszło, a teraz może sypnąć śniegiem!

 

Znikam. Jadę do dziadków – sernik i śledzie zrobione, prezenty dla dzieci pod naszą choinką, a te dziadków za chwilę wrzucę do auta. Dom wypucowany! W poniedziałek wieczorem będę z powrotem. Czego Wam świątecznie życzyć? Tego miejsca na ziemi, gdzie zawsze możecie przyjechać. Bardzo dobrze się czuję w moim domu, ale cieszę się, że jest jeszcze jedno miejsce, gdzie zawsze mogę pojechać. Życzę Wam też szczerości, bo jak każdy człowiek po przejściach uważam to za super ważne. Prawda ZAWSZE wypływa. Nie ma tak, że coś przyklepiesz i się nie wyda. Ja, DLA MNIE, chciałabym dostać pod choinkę CZAS. On tak gna i stale mi czuję, że coś mi ucieka. Gdyby tak można było rozciągnąć dobo-godzinę to może bym lepiej ze wszystkim zdążała.

No i standardów: radości, śmiechu i wyraźnych celów! Wesołych i pogodnych Świąt! 🙂

Opianty na stół!

Gorączkę przedświąteczną rozpoczęłam od porannego… biegania 🙂 Akcent świąteczny był, bo AŻ dwie osoby miały urodziny. Jedna przyniosła pieczoną owsiankę z polewą z porzeczek (smaczne -> autor jest na jakiejś diecie i zawsze przynosi niezłą smakową ciekawostkę), a druga (drugi) makowca, którego robiła w nocy.

No i tak rozmawialiśmy potem o maku!

Miałam kiedyś nauczyciela hiszpańskiego, który uwielbiał rozmawiać o świętach oraz tradycji i za KAŻDYM razem próbował tłumaczyć nazwy potraw. I z „makowcem” sobie nie poradził. Powiedział, że mak TAK bardzo kojarzy się Hiszpanom z używką, że „ciasto z makiem” brzmi jak „ciastko z ziołem z Amsterdamu” i że NIE DA się tego przetłumaczyć. I przypomniało mi się, jak ciotka Sabina (jej mąż był bratem babci) miała poletko maku. I że w ’80 miała problem z narkomanami, bo ciągle jej w tym poletku siedzieli. Jak widziała, to goniła, ale gdy przychodziły święta i zaczynała łupać makówki z makiem to ponad połowa była pusta z małą dziurką po strzykawce na dole.

To mleczko makowe kojarzy nawet Łucja, bo w Grze o Tron jest o nim mowa, gdy maestro amputuje rękę Jamiego Lanistera. A odparowane takiego płynu daje właśnie opium… Na Kaukazie (pisał chyba o tym chyba Hugo Bader) puszczają konie na pola makowe. One tratują wszystko, a potem sczesuje się ich sierść z pyłu, który na nich osiadł. Następni TOWAR leci w świat.

 

I dobrze się dziś biegało! Czytałam ostatnio, że nic tak nie poprawia odporności jak bieganie w deszczu, ale mi po prostu dobrze się wtedy oddycha. Zapas w płucach mam wtedy duży, nie jest mi gorąco i na metę wpadam nie zmęczona!

Fotki jak będą, to za kilka dni… Ruszam z przygotowaniami do świąt!