Finito. Piąteczek. Największa obecna obawa to, że w poniedziałek któryś wychowawca nawali i będę musiała wskoczyć na jego zastępstwo na kolejny tydzień. Aaale może wszystko już zagra i przede mną dwa tygodnie wakacji? Wróciłam do pustego domu, jem czipsy, które podejrzewam zostawiła Łucja i myślę którą szaloną rzecz zrobić najpierw? Może prasowanie, później spacer z Bibs i spanko? Jutro rano pobiegam i skoszę trawę. Albo przed tą trawą na chwilę otworzę jednak kompa i ruszę pierwszą pulę zaległych spraw? Tak z godzinę przy kompie. I potem ogródek. Do sklepu pojadę dopiero w poniedziałek, ale jakoś nie widzę szansy, żeby tego lata ruszyć podłogę i maznąć ją kolejną warstwą lakieru… Jakby nie było Mieszko w sanato ma jeszcze 11 dni, Lila robi prawko (teraz właśnie jest na kursie), a Łuczka pewnie wyżywać się będzie w pracy (dziś akurat ma wolne, bo przez dwa dni z Miłkiem świętują jej urodziny).
Miałam dziś miłą przygodę. Jechałam przez miasto i na światłach wyskoczył koleś robiący żonglerkę. Żadne tam gazety, zbieranie złotóweczki na herbatkę, tylko żongler z cytrynami. I strasznie to było pozytywne, bo pomyślałam, że wszystko tego lata mnie ominęło, ale przygoda mnie znajdzie sama 🙂 I dałam piątaka i on podziękował i ja podziękowałam. Bo moja wdzięczność, za tę metaforę, którą sobie od razu wygenerowałam była nieporównywalnie większa!

