- Mamo, to co my będziemy jutro zbierać? – zapytała wczoraj wieczorem Łucja.
- Nie wiem babko… Myślę, że odpuśćmy. Jestem padnięta, dom trzeba posprzątać, zresztą nic teraz nie ma. Jest cukinia i wiśnie. Gdzieś mignęły mi maliny, ale je trzeba w rękawicach zbierać.
- Dobra, to tak napiszę Miłkowi.
- A on chciał z nami jechać?
- Tak. Wiśnie byłyby fajne.
- Jak on chce jechać, to jedźmy!
I otworzyłam kompa, żeby znaleźć gdzie tu można pojechać na samozbiory…I jest co zbierać! Pojechaliśmy więc dziś rano (ja, Lilka, Łucja+ Miłek) z planem odwiedzenia DWÓCH plantacji: cukinii i wiśni, LECZ po drodze zebraliśmy też ogórki i pomidory. Ba, dostaliśmy miętę, koper i czosnek. I podobało nam się bardzo! Bałam się, że odpadło nam zbieranie z pola w tym roku, bo w maju nie miałam wolnych weekendów, w czerwcu ciągle kogoś nie było (a to bal, a to wyjazd dziewczyn do Berlina), w lipcu byłam sama, a to już sierpień! No, ale JEST co zbierać! To nie chodzi o cenę, chociaż cukinia kosztowała złotówkę za kilogram (i my, i Miłek mamy jej BARDZO dużo), ale o koloryt i smak. Ogórek z pola, gdy je tam ugryźliśmy, wydawał nam się najsmaczniejszym warzywem na świecie. Takie świeżo zerwane owoce mają igiełki, które potem w transporcie się ścierają. No i są pyszne. Jest to wszystko świetnie zorganizowane, bo jak zabrakło nam koszy i łubianek, to dostaliśmy kartoniki, a miejsca znajdowały się SAME. Odjeżdżaliśmy z jednego pola i mówiono nam, że trzy domy dalej jest coś tam, więc tak jeździliśmy od punktu, do punktu!
Potem wróciliśmy i zrobiłyśmy z Lilką kopę smażonych kwiatów cukinii wyganiając wcześniej z kuchni Miłka. Zdradził nam natomiast świetny przepis, bo „przez pół roku robił w tempurze”, że najlepsza tempura jest z gazowaną wodą i kostką lodu. Tak też zrobiliśmy i wyszło mega! Tu roleczka, a niżej kilka fotek!






