- Mieszko, czekaj! Zanim wyjdziemy z domu, zważmy się!
- Waga pod kanapą?
- Tak. Ja wchodzę pierwsza…. Qrde, jakoś dużo. 69? Pewna byłam, że zbiłam do tych 65… Spróbuj Ty.
- 58.
- Co?? Jak śmiesz ważyć mniej niż mamusia??? Albo wiem! Zawsze mogę być od Ciebie grubsza! Ha! Wygrałam!
- Tylko, że mi się wydaje, że ta waga odejmuje. U dziadków ważę zawsze 2-3 kilo więcej.
- Żartujesz, prawda??
Uszka nam się udały! No dobra, pierwsza partia (ta robiona bez wagi), wyszła trochę jak gruzińskie chinkali, czyli miała za TWARDE ciasto, ale wszyscy zjedli, albo przynajmniej SPRÓBOWALI. My z Lilką jesteśmy zadowolone, tylko chcemy za rok trochę podkręcić farsz dodając sos sojowy i zmieniając kolejność podsmażania składników farszu. Ciast było w sam raz i gdy tam jutro pojedziemy z Lilką, to makowiec JESZCZE będzie. Łucja dotarła z Miłkiem na Pasterkę, a dziś po śniadaniu zrobiliśmy sobie dłuższy spacer po mroźnym lesie. Z prezentów wszyscy są zadowoleni! Najważniejsze, w tym co dzieciaki dostały ode mnie, jest duża kołdra dla Mieszka i kołdra obciążeniowa dla Lilki. Dziadki tradycyjnie bardzo ucieszyły się z kalendarzy z wnukami (dotarły wczoraj rano) i nieoczekiwanego młynka do pieprzu. Była z tym cała wielka teoria spiskowa, bo ich się rozwalił i dziadek uważa, że JA zgubiłam jakiś element i dlatego im kupiłam nowy, LECZ to nieprawda. Mój, który mam od października, uważam po prostu za świetny i uznałam, że to co mają oni się całkowicie nie nadaje. Nie zabrakło także rzeczy najważniejszych, czyli książek, miękkich szalików, ciepłych rajstop i świątecznych skarpetek!





















