Miałyśmy z Lilą dziś akcję ratowniczą z czyimś pieskiem. Jechałyśmy autem (na siłownię, bo panna dziś nie szła do szkoły, a ja wychodziłam w drugiej połowie dnia) i środkiem drogi biegła taka biała kulka ciągnąc hałasującą smycz. Zwolniłyśmy (dwupasmówka w dość gęstej dwupiętrowej zabudowie) i jechałyśmy za nią. Z naprzeciwka jechały inne auta i wszystkie, GDY ta kulka gnała, się zatrzymywały. Same dobre auta i WSZYSTKIE stawały. Jeden koleś jakimś dostawczakiem NIE zwolnił i szybko wyminął jakiś takim niedużym łukiem. BURAK. Wszystko w nas wtedy zamarło. Oprócz niego, cały 500 metrowy odcinek, był pełen empatii, współczucia i chęci pomocy zwierzakowi. Pomyślałam, że spróbujemy TO złapać, ale kudłate cudo skręciło na jakieś osiedle i stanąło pod bramą. Zatrzymałyśmy się na awaryjnych i pobiegłyśmy do tej bramy. Była otwarta, wiec tylko pchnęłyśmy ją i piesek pognał do swojego domku.
Bardzo mnie poruszyła ta historia bo pomyślałam, że mieszkam między dobrymi ludźmi. NIKT (oprócz tego jednego pacana) nie chciał tego pieska skrzywdzić. Tak myślę, że chyba jest TAK, że jeżeli jest NAM dobrze, to łatwiej potrafimy dawać.
🤶🤶🤶
A w drugiej połowie dnia pojechałam na pracową Wigilię i chociaż szerokim łukiem omijam wszelkie integracje, to nie żałowałam, że się sprężyłam! I też pomyślałam sobie, że mam dużo szczęścia, że znam tyle cudownych osób, a śpiewane kolędy bardzo ładnie wprowadziły mnie w świąteczny nastrój. Nie mogłam go w tym roku złapać, lecz oto jest! Świąteczny ZEW!














