Bazą wypadową był znowu Hamburg. Diabli mieszka pod (a właściwie nad, bo w połowie drogi nad morze), no i właściwie codziennie docieraliśmy TAM, żeby ruszyć DALEJ. Hamburg to miasto niesamowite. Większość miast jest skonstruowana podobnie: rynek, od którego promieniście odchodzą ulice, jakiś cmentarz, na który warto zajrzeć na obrzeżach i dzielnica, gdzie mieszkała mniejszość kulturowa, grupa społeczna lub rzemieślnicza. Czasem jest również punkt, gdzie warto dotrzeć, bo jest znany/ważny. To może być obiekt sportowy, świątynia, pałac…
Hamburg jest zlepkiem, w którym trudno znaleźć środek. Mamy centrum miasta z ratuszem i przyległymi ulicami. Pełno tam knajp, wielkich rzeźb (uwielbiam) – nie ławeczek z kimś kto tu bywał, tylko stadem gigantycznych 5- metrowych małp i imponujących kamienic. Potem jest dzielnica spichlerzy, gdzie poruszasz się mostami między kanałami. Tam dotarliśmy tym razem tylko raz, do Muzeum Prototypów i tam napiłam się najlepszej kawy na świecie. To był sklep na parterze, a na trzecim piętrze był skład kawy, którą tam serwują. Następnie jest Tripperwiertel, czyli miejsce przypominające greckie Santorini. Białe domki i wąskie uliczki schodzące w dół rzeki (byliśmy tam TYM razem). Niedaleko centrum jest taki obszar artystów i awangardy. Domy ze schodami jak w Nowym Jorku, rowery i mnóstwo graffiti, jest port i dzielnica portowa z obszarem rozpusty i tętniącym nabrzeżem z rybnym targiem, no i nie sposób wspomnieć o jeziorze w środku miasta, w którym jest fontanna, po którym śmigają ludzie w kajakach, a wokół którego na stopniach i trybunach siedzą ludzie z lodami.
Muzea zrobiliśmy tym razem dwa. Wspomniane Muzeum Prototypów, gdzie są unikatowe auta sprzed 90 nawet lat, pojedyncze istniejące egzemplarze oraz Muzeum Figur Woskowych. Nie jestem fanką takich figur, ale sama byłam kiedyś, dokładnie w wieku Liliany i uważam, że RAZ w życiu warto tam zajrzeć. Żeby zobaczyć jakiego są prawdziwego wzrostu ci sławni (bokser Kliczko rzeczywiście jest wielki, za to papież Benedykt już nie) i jakiej postury. Hamburskie Panoptikum to chyba najbardziej znane niemieckie muzeum tego typu i chociaż Mieszko marudził, że będzie mu się to śniło w nocy, to przetrwali 🙂
Zajrzeliśmy też Ogrodu Botanicznego. Wracaliśmy z Tripperwertel i stacja wcześniej to był taki ogród, więc wysiedliśmy. Ogrodów tego typu jest w Hamburgu kilka… Mieliśmy tam kosmiczną akcję z Mieszkiem. Te 5 minut wcześniej zajrzeliśmy do DM-a, bo Łucja potrzebowała tampony, którymi była zresztą zachwycona, no i jak weszliśmy do sklepu to tradycyjnie KAŻDY sobie coś wybrał. Mieszko wziął jakiś bio-napój plus jakieś cukierki, a Lila zalotkę do rzęs. No i młody w tym ogrodzie był jakoś strasznie pobudzony. Wypił sam całość i nie wiem czy to był jakiś energetyk (?), czy ta zieleń tak podziała na niego po tym industrialnym klimacie, ale coś się z nim działo. On zawsze idzie bardzo flegmatycznie, ożywiając się przy siłowaniu z Łucją, a tym razem BIEGAŁ, SKAKAŁ i czytał wszystkie możliwe napisy. Gdy wsiedliśmy z powrotem do kolejki kazałam mu siedzieć obok mnie i się nie ruszać, bo bałam się, że po takim wydatku energetycznym mi zaśnie/odleci. ale nic mu później nie było.





































