
Zamarzyła mi się w zimie wyspa. Jeździliśmy po zimnym północnym wybrzeżu i patrzyliśmy na promy płynące GDZIEŚ. Zaczęłam szukać GDZIE i znalazłam JĄ. Niedużą i niezwykłą. WAŻNĄ. Czy macie pojęcie, że za TAKI skrawek kamieni o długości półtora kilometra na najdłuższym odcinku Niemcy oddali Anglikom Zanzibar? Oddać tropikalną krainę za garść skałek? Wiem, że to był ważny punkt strategiczny, no ale wszystko jedno…
Helgoland to jedyna niemiecka wyspa na otwartym morzu. Dotrzeć tam można promem (nie opłaca się, bo to ponad pięć godzin w jedną stronę) lub szybkim katamaranem, który dociera tam w trzy godziny z Hamburga. Na miejscu nie ma drzew i miejsce ma status uzdrowiska ze względu na brak alergenów. Są klify, mewy i kanapki ze śledziem. Widzieliśmy też w morzu foki. Miejscowe domy to takie małe kolorowe chatki. Na skutek wybuchów, które tu przeprowadzono, by wysadzić powojenne niewypały część wyspy się odłączyła. To tzw Dune. Jest tam pole namiotowe i bungalowy z widokiem na morze. No i małe lotnisko na którym lądują helikoptery. Nie docierają tam za bardzo cudzoziemcy, a Mieszko w bluzie Biedronki stworzył stylistyczny ewenement nadchodzącej dekady 🙂 Ach i nie ma tam ruchu samochodowego. Nie ma stacji benzynowych, wyspa jest zasilana energią w wielkich wiatraków stojących w morzu, a lokalna policja otrzymała kilka lat temu JEDEN radiowóz, który po prostu STOI i mamy go na którymś zdjęciu 😀
Przejazd katamaranem to był pełny sztos. Najbardziej ekskluzywna ścieżka transportową z jaką mieliśmy do czynienia. Gna to w tempie szybkiego motoru na autostradzie. Mijaliśmy WSZYSTKO. Każdą inną wodną jednostkę. Serwowane są tam przez stewardessy obfite „kapitańskie śniadania” na wielkich tacach, mieliśmy komfortowy BOX rodzinny, a na wielkich ekranach widać było co się dzieje na pokładzie (gdy Mieszko z Lilką poszli oglądać mijane statki transportowe widziałam ich!).
Fotek z tego wyjazdu mam ponad 800. Dziś wrzucam kawałek, czyli wyprawę na wyspę!
































