Gwiazda „Betlejska”

 – Łucza

Nigdy nie kupowałam, a w tym roku kupiłam. Szłam, widzę że są, więc wzięłam. Lutka ma co roku, a ja jakoś nie kupowałam. Roślina wywołała pełny zachwyt u dziewczyn. Ten czerwony kolor i ta nazwa i to że tylko na święta się kupuje… Łucja nosiła doniczkę ze sobą. Na ogół na głowie. Spadło więc 🙂 I złamało się. Rozpacz była pełna. Więc mówię: Kotku, nie płacz, to tylko kwiatek, kupimy nowy! Skleję taśmą, postawisz sobie na głowę i zrobię zdjęcie, żebyśmy pamiętały jaki to był piękny kwiat! :) Ze łzami w oczach, ale się zgodziła 🙂

<><>

Odpytuję Lilę jak minął dzień w przedszkolu:

  • A bawiłaś się z Olą?
  • Tak.
  • A w co?
  • W dzidzię.
  • Ty byłaś dzidzią?
  • Nie. Lalka.
  • A kim była Ola?
  • Mamą.
  • A Ty byłaś tatą?
  • Nie. Siostrą. Bawiłyśmy się w siostrę, mamę i dzidzię 🙂

To kolejny ważny moment. Lila miała problem z tożsamością płci. Łucja zawsze ją ubierała w role męskie (tak jak rok temu Lila regularnie była Józefem). Ale jak widać Lila zaczyna się stawać dziewczynką 🙂

paczka nr 1

Wpadła do mnie znajoma, ta od Zambijskiej adopcji. Dałam jej siatę ubranek, głównie po Mieszku i chwilę pogadałyśmy.

  • A nie chcesz mieć własnego dziecka?
  • Nie… Wiesz, jak tyle pracuję, że chyba nie miałabym czasu.
  • Ok. Miałam okres, kiedy uważałam, że musi mieć każdy, bo to takie super, ale już mi przeszło.
  • Tak na odległość mi wystarczy.
  • Dobrze. Najlepsza rzecz w dzieciach to że dzięki nim czujemy się potrzebne. W każdym związku przychodzi moment, kiedy wisimy i buuczymy, bo Ty mnie nie potrzebujesz. A z dziećmi tę lukę wypełniasz. Ale myślę, że Patrycja Ci to da.
  • Ja strasznie się zaangażowałam w tę pomoc dla niej. Jeżdżę po znajomych i zbieram te ubranka, szykuję paczkę…
  • A kiedy jedziesz?
  • Latem…

Ale tak sobie myślę o tych dzieciach i najfajniejsze jest chyba coś innego. One dają nam siłę o jaką się nie posądzaliśmy 🙂

<><>

Btw. Miecho lubi zupę rybną. Naprawdę lubi. Zdecydowanie bardziej niż rosół czy krupnik :))

Zupa rybna

Mamy takie nasze specialite de la maison z Diablim. Zupę rybną. Tyle, że porcja to zawsze wychodzi jak na pluton :)) Pierwszy raz zapodaliśmy ją na zapoznanie rodziców  i okazja do podania zawsze musi być rodzinna.

To nasze standardowe danie na family meetings. W te lata, kiedy święta wypadają w mojej rodzinie, serwujemy je na spotkaniu przedwigilijnym z drugimi dziadkami 🙂 Tak jak dziś.

Drożdże z babcią Rurką 🙂

I gospodyni pod jemiołą :))

gonitwa

Moja nauczycielka historii w ogólniaku zwykła mawiać, że przedświątecznego chłopa należy zorganizować. Nie rzucać w próżnie, że może niech coś zrobi zamiast leżeć, bo odbije nam, że kupił i oprawił choinkę. Trzeba mu rozpisać cały dzień i liczyć na to, że nawet jeśli się zbuntuje to większość wykona.

  1. Kupić i oprawić choinkę. Ubiorę już ja.
  2. Odwieźć dziewczyny na urodziny Tosi. Na 14-stą. Prezent już zapakowałam.
  3. Zrobić zakupy. Głównie ryby na zupę rybną na jutro. To wywar bym już dziś nastawiła.
  4. Zajrzeć do empiku.
  5. Pomóc mi z porządkami. Może rozstawić stół?
  6. Wymianę kranu w wannie można przesunąć na poniedziałek.

A potem już Królik możesz leżeć :))

Pociąg ze śnieżnymi kulami

Lutka przyznała mi się kiedyś, że jako dziecko marzyła o szklanej kuli ze śniegiem. Skąd ona wiedziała, że coś takiego jest? Ja jako socjalistyczne dziecko nie miałam pojęcia, że takie szklane kule wogóle istnieją. Chciałam jej nawet kupić taką kulę. Widzieliśmy z Diablim niesamowite kule w Harrodsie, lat temu siedem… I nawet nie były takie drogie, bo w cenie przejażdżki na London Eye, którą jakąś taką mocno przeciętną atrakcją było… Ale nie kupiłam, więc wisi to nade mną.

Mini-kule kupuje natomiast co roku dzieciakom. Łucja miała ze dwa lata temu fazę, że ciągle je tłukła. Ze trzy kulki do świąt zeszło! A w tym roku magiczne paluszki ma Lila. Kupiłam pociąg ze śnieżnymi kulami i od razu zostało podzielone, czyj wagon jest czyj. W ciągu godziny Lili wagon był z rozbitą kulą :/ Obiłam szkło do końca, zabezpieczyłam białym silikonem krawędzie po szkle, żeby wyglądało jak na śnieżnej górce i zabroniłam ruszać.

Może do Świąt dotrwa 🙂

Jasełka 2011, czyli historia o trzech misiach

  • Lecz nikt ich nie przyjął
  • Ludzie drzwi zamknęli
  • Więc szopę znaleźli…
  • I tam odpoczęli.

– rola Łucji

Najpierw było przedstawienie w grupie Lili. Asertywności od niej mógłby się uczyć każdy. Nie tańczyła, nie śpiewała, a jak pani dawała pompony, to po prostu nie wzięła :)) Ale nie z niechęci. Ona po prostu jest typem obserwatora. To stanie w wirującej grupie było po prostu zbyt zajmujące by robić coś jeszcze :))

I Mikołaj przyniósł jej białego misia 🙂

Łucja natomiast to typ aktywistki 🙂 Nie dość, że znała i śpiewała wszystkie piosenki to pamiętała też role innych dzieci.

I też dostała Misia 🙂

Trzeci Misio (w koszulce My 1-st Christmas) odkrywał w czasie przedstawień smaki różnych ciast przygotowanych dla rodziców 🙂

Namiastka wywiadówki

Łucja miała w przedszkolu dni otwarte na zajęciach z angielskiego. Poszłam zobaczyć jak to wygląda. Podobało mi się. Jest pod dużym wrażeniem nauczycielki, jej pomysłów i tego jak wyglądają zajęcia. Popatrzyłam i na koniec podeszłam do tej babki by z nią pogadać. Zapytała:

  • I jak to wychodzi?
  • Bardzo mi się podobało. Chciałam się tylko zapytać jak pani ocenia moją Łucję.
  • Łucja? Bardzo dobrze. Świetnie….A pani jest też mamą Lili z maluchów?
  • Tak. A jak Lila?
  • Jakby to powiedzieć… Ona jest raczej biernym uczestnikiem zajęć.
  • Jakoś mnie to nie dziwi.
  • Wydaje mi się, że ona rozumie, ale nawet jak coś powie to tak cicho, że nie jestem pewna czy dobrze.
  • Proszę się nie zrażać :)) Mąż sprawdza co one umieją i twierdzi, że obie znają całkiem dużo słów.

Idąc za ciosem postanowiłam porozmawiać z wychowawczynią Lili.

  • Chciałam się dowiedzieć jak ona ma się jutro na te Jasełka ubrać?
  • Na galowo.
  • Ona nie ma żadnej samodzielnej roli?
  • Nie. Mają razem śpiewać. Nie bardzo nam choreografia wychodzi. Lila nie lubi pomponów.

W ten sposób sobie uświadomiłam, że właśnie TAK mogą wyglądać wywiadówki :)))

A co jak nic nie chcą?

Dziewczyny, a szczególnie Łucja to minimalistki prezentowe.

  • Łuczku, co chcesz od Mikołaja? Bo czas może jakiś list napisać, albo namalować?
  • Chcę flamastry. I zabawki dla Lili i Mieszka.
  • A może coś jeszcze?
  • Nie. Tylko flamastry.

Zadzwonił wujek Marcin, więc wróciłam do tematu:

  • Wiesz Łuczku… Wyobraź sobie, że dzwonił do mnie wujek Marcin…
  • I co mówił?
  • Że dostał SMS-a. Od MIKOŁAJA!!! I Mikołaj się go pytał, czy nie wie co chcecie pod choinkę!
  • A skąd on miał jego numer?
  • Mikołaj ma numer do każdego!!! Ale co jak mam powiedzieć wujkowi? Co on ma odpisać Mikołajowi? Że co chcesz?
  • Flamastry.
  • To już powiedziałam. Ale może jeszcze coś?
  • Ten wujek Marcin ciągle o nas myśli. On chyba chce zostać Mikołajem!

Flamastry jakby nie było już są. Będą też tradycyjnie klocki – ale tym razem mix podstawowy, uzupełniający. Coś zaczynam czuć w kościach święta ;)) Wyciągam więc karton z ozdobami! 🙂

Zginając makarony, unosząc gąbki i robiąc rowerki

Oglądałyście kiedyś Trinny i Susannah? Sztandarową akcją jest ta, kiedy zabierają z domu kobietę (występująca od dłuższego czasu głównie w roli wyłącznie matki i żony) na zakupy. I zabierają jej komórkę. Ta umiera z rozpaczy, że nie wie co się dzieje w domu, ale w końcu się relaksuje i wraca odmieniona.

Dobrze się czuję z drożdżami w domu. Jak to ładnie było w komentarzach u Freyów, domy gdzie są małe dzieci są radosne i pozytywne. Niemniej jednak czasem jak już w tym siedzimy tak mocno, że nie pamiętamy jak to jest inaczej dobrze się czasem wyrwać. Czas jakiś temu byłam w kinie na zupełnie niezłym filmie. Było trudno, bo choć oglądało się dobrze, najbardziej miałam ochotę wrócić i dopić tę pyszną herbatę, którą zostawiłam sobie na barku.

A dziś byłam na basenie. Wynalazłam takie zajęcia dla dorosłych, którzy mają złą postawę. A ponieważ się garbię pomyślałam, że spróbuję. Fajnie. Pewnie nie regularnie, ale będę na nie zaglądać 🙂

Pierwsza szminka

Dziś tatin kupił pannom szminki. Ochronne. Pękały im usta i trzeba było czymś smarować. Oczywiście zamiast balsamów, wybrały błyszczyki, ale niech im będzie 🙂 Lila wzięła różaną, a Łucja pomarańczową.

Następnie wylądowaliśmy w food courcie, gdzie panny wzięły po happy mealu, a jakie jakieś asian danie. A tak wogóle to dałam ciała, bo zapisałam je na warsztaty plastyczne, ale jak dziś na nie pojechaliśmy to okazało się, że były wczoraj. Ech, to moje roztrzepanie :///