Bardzo lubię Święta w mieście chrząszcza. Nigdzie indziej nie są takie świąteczne i nigdzie indziej tak mi się nie podobają. Jest pyszne jedzenie, jest pozytywna atmosfera, brak napinki, spacery w pierwszy dzień świąt, które notabene Diabli w tym roku zbojkotował twierdząc, że to zakłamanie, że w pół godziny coś spalimy 😉 Jest dużo wspomnień (i tych na głos i tych w głowie), gadania i nalewek wujka.
Primo: zdobywanie ciasteczek. Ciocia Ula upiekła coś co się nazywa kocie oczka, ale dla mnie wyglądało jak kocie łapki 🙂 I było hitem jedzeniowym dla drożdży.

Cookies zdobyte, ale ciocia podrzuciła pieroga…

A potem gryczaka...

Przy śpiewaniu kolędy Miecho klaskał 🙂 Nauczył się tego na Jasełkach. Jak śpiewają znaczy trzeba klaskać 🙂

I opłatek też posmakował 🙂

A potem już było jedzenie. Sałatki, śledzie (Lutka zaczęła szklić cebulę do śledzi i wiecie, że są lepsze?), czerwony barszcz z uszkami, karp w galarecie i pieczony i wiele, wiele innych smakołyków! :))

