Bajkał możliwości

Mam dziś dla Was historię. Otóż jechałam windą w takim super biurowcu. Na piętro 35… Nie dziś, ale tak ze trzy tygodnie temu, bo jakąś zaległą sprawę załatwiałam. I razem ze mną do tej super windy, w której wszystko Ci się zatrzymuje w żołądku, weszło dwóch gości, którzy wyskoczyli przed budynek na papieroska. Strasznie byli zajęci rozmową o budowie domu i rozmowę przenieśli do windy. I jeden (drobny, w okularach, z koszmarną cerą) mówi do drugiego (SZEROKI, bez włosów, za to z z brodą do połowy torsu): Najgorsze, że wszystko trzeba liczyć w tysiącach. Potrzebowałem osiem karniszy i wyszło osiem tysięcy. Na to ten drugi odpowiedział: Dokładnie. Ja ostatnio dwie poręcze kupowałem i każda była za 2 i pół tysiąca.

No i z jednej strony zazdro.I to takie DUŻE. No bo tak. Myślisz, że qrcze, jaki ludzie mają luz. Ale jak z drugiej, to tak naprawdę smętne to było. Oni nie widzieli innych możliwości. Siedzieli w bańkach, gdzie nie ma żadnego pola ruchu. Wiem, że to takie snobowanie mistrza: czuć i przeżywać ważniejsze niż mieć i być i można do tego dodać teorię o materialiaźmie, chociaż to tak naprawdę żaden materializm, po prostu ludzie pracują i zarabiają. No i dziś mi się to przypomniało i mam taką refleksję, że ludzie są naprawdę bardzo różni i każdy ma prawo żyć po swojemu. Fakt można te poręcze czy karnisze kupić tańsze, ale być może ich czas, który stracili by na poszukiwania jest cenniejszy? Może to my wyceniamy nasz czas źle?

<><>

Strasznie mam biegowy dzień, teraz akurat myślałam, że już koniec, a Łucja się rozłożyła z lekcjami z rosyjskiego, żeby jej wytłumaczyć… Pokażę Wam SZYBKO obrazek, który mnie dziś w moim necie zaskoczył. Mapa Bajkału, który jest największym jeziorem na świecie, nałożona na mapę Polski. Dopiero teraz widać jaki jest duży!!! Czyli z Wrocławia do Kielc jest jak z Irkucka do Ułan-Ude 😀

środogrena (środa+migrena)

Wiem, że marudzenie to nasz narodowy DAR i DZIŚ muszę i ja… Bo ZARAZ pęknie mi głowa! Pęka też Łucji i Lili. Wszystkie trzy jesteśmy NIE do życia. Wczoraj przy okazji tych rajstop kupiłam sobie apaszkę i DZIŚ do szkoły zabrała ją ŁUCJA. I powiem Wam, że cudne są w outletach, więc któregoś dnia pojadę SAMA i kupię też dla Lilki, to będę mieć na Mikołajki! Oddałam TEŻ pościel do pralni i chociaż mam jedną blisko, to chyba rozejrzę się za inną, bo ceny mają coraz bardziej odjechane… Co jeszcze… Łucję jakaś randomowa panna ze Snapa zaprosiła na melanż (%-y, fajki i „wiesz, wszystko będzie bo będzie dużo starszych chłopaków i każdy chce mieć zaklepaną d-pę”). Na szczęście Ł sama doszła do wniosku, że to jakaś bzdura i nie musiałam przeprowadzać rozmów o tym co wolno, a co nie. Bo przecież takich nastoletnich idiotyzmów będzie coraz więcej i ona musi sama umieć określić co jest ok, a co omijamy szerokim łukiem.

Na obiad robimy dziś kiełbaski (zamówienie Mieszka), pieczone pomidory (Lilka) i górę naprawdę dobrego makaronu, którego fanem jest Łucja. Moja i dzieci szkoły NA razie działają, ale mam wrażenie, że to takie wyspy w oceanie zdalnych. U Łucji w szkole kręcili dziś serial, ale ze względu na pandemię uczniowie NIE byli statystami, chociaż podobno na ogół są.

<><>

Ostatni set z weekendu! Łucja odkryła, że NIE byłyśmy w najbardziej instagramowej knajpie Wrocławia! TO nie moja wina! Ma obczajone miejscówki do zobaczenia w całej Europie, a tego NIE dopilnowała!

A to było zabawne. Te dwa krasnale w Solnym Zaułku przepiłowywały pałkę policyjną. Mieszko podszedł i DOKŁADNIE wiedział, gdzie złapać, chociaż nie wiedział co to takiego?
po schodach do obserwatorium
i słońce, którego od poniedziałku NIE widziałam!!!

Dzień Tolerancji

-na tę okoliczność dzieci mają się do szkoły ubrać w kolory tęczy. Każdy w jakiś. Dowolny, ale ma być z góry do dołu… Chyba będą się w tęczę ustawiać?

Pojechałyśmy dziś z dziewczynami po rajstopy. To ciekawe, bo dwie ostatnie wyprawy po ten produkt, na przestrzeni minionych dwudziestu miesięcy, poprzedzały lockdown. Zawsze jak się zaczynał, mówiłam: Uff, jak to dobrze, że mamy te rajstopy, to przynajmniej nie zamarzniemy! Ale ciekawe było gdy wracałyśmy. Poprosiłam Łucję, by wrzuciła do mapy jeden sklep, który miałyśmy mieć po drodze, a zależało mi na jak najkrótszej trasie, a nawigo wynalazło TEN sklep, ale w innym miejscu (o czym nie wiedziałam, zanim tam nie dotarłyśmy – sądziłam, że to takim SKRÓTEM jedziemy)… I ta filia tego sklepu była w centrum handlowym, którego ja w ogóle nie kojarzyłam, a które okazało się być zagłębiem chińskim. Były więc te wielkie sklepy z majtkami na stołach, na końcu którego siedział stary Chińczyk, był tuż obok siebie trzy RÓŻNE bubble tea, ale co najbardziej nas zszokowało TRZY gigantyczne, wielkości DUŻEJ drogerii, salony z pazami. I z jednej i z drugiej strony (klient, kosmetyczka) Azjatki i Azjaci. Stanowisko przy stanowisku. Przeleciałyśmy tamtędy nie znajdując TEGO po co przyjechałyśmy, ale miałyśmy za to przygodę do gadania na resztę podróży! Niezmiennie mnie to życie zaskakuje. Równolegle do nas dzieje się naprawdę sporo!

<><>

Mieszko przechodzi „szkołę odporności” za każdym razem gdy włączy komputer, a panny są w domu. On tam gra na głośniku z kolegami, a one co chwila przychodzą i COŚ do niego mówią. Nie reagował na buziaczki i wyznania: Mieszko, Ty jesteś TAKIM słodziakiem, więc DZIŚ Łucja wyjechała na grubo: Mieszko, a Ty wiesz, że jesteś adoptowany? Nie jest i NAWET nie przerwał gry. Za to koledzy z drugiej strony ZAMILKLI :DD

Nie mieści mi się w głowie, jak ludzie, mający tak nieskończone możliwości, mogą zadowolić się małymi pragnieniami, mieć ograniczone i ciasne ambicje.

-„Uwolniona”- Tara Westover

Weszłam w ten tydzień z przekonaniem, że to lada moment Black Friday…Ba nawet tematyczne lekcje do szkoły przygotowałam, LECZ do dopiero w przyszłym tygodniu! I od razu jakby luźniej się zrobiło! Panny mają powybierane różne rzeczy, ja już trochę pod kątem świąt myślałam (ŻE MOŻE coś z tych list im od-Mikołajkowo kupić?), ale mam jeszcze chwilkę czasu. Uff! Spokojnie wyjdziemy z jednego stanu, zanim zanurzymy się w kolejny!

Przez 11-sty listopada nasze narodowe szykowanie do świąt zaczyna się później niż wszędzie. We Wrocławiu DOPIERO rozstawiali stragany świąteczne i TAM jarmarki bożonarodzeniowe ruszają od piątku.Niemniej jednak na grudzień NIC już nie planujemy. Chyba. Tym bardziej, że lada moment mogą wjechać jakieś kolejne obostrzenia… Kilka ze znanych mi osób ubiegły weekend spędziło w Wiedniu i tam np. jest tak, że NIE wejdziesz na teren jarmarku bez ważnego paszportu covidowego.

><><

Nowy tydzień. Łucja ma osiem sprawdzianów/kartkówek a Lilka dzisiaj miała dwa. MOŻE uda mi się w tym tygodniu wymienić opony? Chcę też zapisać Mieszka na jedne zajęcia, ale muszę sprawdzić czy są tam jeszcze jakieś miejsca? Ach, zawiozłam wczoraj dziadkom, a właściwie Lutce, książkę. Uwolnioną przeczytałam na wyjeździe i TA książka jest rewelacyjna. Moim zdaniem ona nie jest o potędze edukacji, ale doskonale rozumiem mechanizm uzależnienia od wiedzy. Takiego dostrzegania możliwości i chęci nauki wszystkiego. Dawno nie miałam książki, którą czytam po nocach, a ta właśnie taka była.

Tak Wrocław szykował się na Jarmark!
Wyżej/Niżej dworzec
I wygrzewanie!

Wrocek na talerzu!

czy widzecie, że między naszymi stopami leży OJEDZONY krasnal??

Pomysł na Wrocław pojawił się od TEGO artykułu. Gdzie dobrze zjeść we Wrocławiu? Punkt wyjścia był dobry, listopad to świetna pora na jedzenie, towarzystwo je CORAZ więcej, a zabawa w blogerów kulinarnych wydawała nam się ciekawa! I rzeczywiście był to pomysł trafiony. Na wyjazdach jadamy dwa posiłki dziennie: śniadanio-lunch, który czasem wypada nawet o 14-stej (wiem, że to późno, ale bywa, że dzień nam mija z żołądkiem zasilonym łykiem kawy lub herbaty), oraz obiado-kolację. Do wielu z tych knajp czekaliśmy w kolejce, ale było warto, zresztą byliśmy na wakacjach i mieliśmy CZAS!

Gdzie dotarliśmy? W całkiem sporo miejsc. Zaczęliśmy od Mango Mamma, bo byliśmy bardzoooo głodni, a oni byli otwarci od JUŻ 11-stej i chyba jest to nasz największy hit wyjazdu (byliśmy też w Masali, ale tam wszystko było za OSTRE). Niewypałem było natomiast W Kontakcie, gdzie stoliki były porezerwowane z dobowym wyprzedzeniem. Mieliśmy tam zjeść śniadanie i odeszliśmy głodni, ale odkryliśmy Majstersztyk, gdzie śniadania były absolutnie niezwykłe!Jaka tam była owsianka i rogaliki!! Najdłuższą kolejkę mieliśmy czekając do Pracowni Makaronu Ragu, a najbardziej zapchana była chyba VaffaNapoli, gdzie była pyszna pizza i doskonały (bezalkolowy) Apple Spritz. Zabrakło nam ciast serwowanych na Dzień Niepodległości, czy to rogali, czy dwukolorowych babeczek, ale serniki w Słodkim Chłopaku były wybitne (cukiernie wybieraliśmy stąd). Bardzo nam się taki kulinarny sposób podróżowania spodobał, największy problem jedzeniowy jest w tej chwili z Mieszkiem, któremu nie pasowały i kluchy, i neapolitańskie pizze, więc kupiona mu została ZWYKŁA pizza w kartonie, którą idąc zjadł po drodze…

u samej góry macie kluchy z Ragu, obok Masala, niżej kartka z numerem w kolejce (to był numer z całego dnia, przed nami były tylko trzy grupy), obok milion małych talerzyków to Mango Mamma. Niżej: pierwszy podłużny to VaffaNapoli, lewy dolny róg, to kawałek naszego śniadania, drugi róg to Pracownia Makaronu!
czekamy na śniadanie w Majsterszyku
Mieszko i jego pizza
Lody też były, ale nie pamiętam jak się nazywała lodziarnia i były pyszne!

Afryka dzika

  • Gościu, czemu Cię tak długo nie było?!!? – wykrzyknął przed chwilą chłopięcy głos z naszego komputera.
  • Byłem na wakacjach. – odpowiedział Mieszko
  • A czemu tak długo??!?
  • Raptem trzy dni!

Pomysł na Wrocław wziął się z jedzenia… O co dokładnie chodziło, wrzucę jutro, a dziś relacja z RESZTY. Bo wyrwaliśmy się w podróż. Znowu. Tyle, że tym razem do Wrocławia. W stolicy Śląska byliśmy w tym trudnym dla nas 2014, ale dotarliśmy wtedy TAM autem i podróż trwała DŁUGO. Tym razem wybraliśmy pociąg i nie dość, że zrobiliśmy tę trasę w o połowę krótszym czasie (ja rzeczywiście szybko nie jeżdżę, ale również odpadły postoje, a to zabiera nawet półtorej godziny), nie mówiąc o kosztach, bo kolej jest naprawdę tania (i przy obecnych cenach benzyny jest to OGROMNA różnica). Pociągom mówimy więc zdecydowane tak i podróży pociągiem mamy zaplanowanych WIĘCEJ.

Atrakcje mieliśmy zaplanowane TRZY. Afrykarium, Panoramę Racławicką i Halę Stulecia. Nie kupowaliśmy biletów przez net, bo przez net nikt nie uwzględnia zniżki na KDR, czyli nastawiłam się na kupowanie PRZED. I do Panoramy biletów NIE było. Byliśmy tam zaraz po przyjeździe i do niedzieli wszystko było wykupione. Do Afrykarium się udało i trochę się bałam, że dzieci już są za duże, ale NIE były. Łucja szła taka trochę znudzona, ale gdy weszliśmy do tej strefy PODGLĄDANIA i za wielką szybą z mętnej, zawalonej słomkami trawy, wynurzyło się OGROMNE cielsko hipopotama panna była zachwycona. Przeskakał TUŻ obok nas, odbijając się od dna i zniknął w chmurze bąbelków. Kosmos. I FOKI były wspaniałe i chyba ich nie widzieliśmy ostatnio, bo było wtedy za dużo ludzi. W tunelu z wodą pływały nad nami rekiny, a po wyjściu obeszliśmy jeszcze całe ZOO szukając myszojelenii. Hala Stulecia też nam się podobała, a wczoraj wieczorem wymyśliłam, że możemy JESZCZE chodzić po Uniwersytecie Wrocławskim, bo uczelnia zajmuje wyjątkowe budynki. W praniu okazało się, że ze względu na pandemię większość jest zamknięta (odbiliśmy się od drzwi Działu Filologii), ale na Wydział Matematyczny się dostaliśmy!

Pogoda nam dopisała. NIE padało, chociaż było chłodno (drugiego dnia nie przypomniałam o rajstopach oraz kalesonach i towarzystwo było wychłodzone). Przemieszczaliśmy się komunikacją miejską, to kolejne miejsce, gdzie wykupiliśmy bilet dobowy i było to mega wygodne.Wrocław NAM się podobał. Jest kompaktowy, przyjazny i ładny. Łucja uznała, że wszystko tam jest i to idealne miejsce na eskapadę. Ach, świetnie nam się udało 11-go. Podczas gdy Święto Niepodległości zaczęło przypominać pokaz siły i demonstracji różnych ugrupowań, TAM odbywała się klasyczna parada. Na rynku byli żołnierze, piosenki (My, pierwsza brygada), dzieci miały flagi, a dorośli na MIEŚCIE pozakładane opaski biało-czerwone. Bardzo, bardzo pozytywne. Marzy mi się, żeby cała Polska TAK właśnie TEN dzień obchodziła. Z minusów padł mi aparat pierwszego dnia, po dosłownie kilku zdjęciach (bateria), ale w sumie to nie było takie złe, bo jak przeglądam TERAZ fotki, to my strasznie zmęczeni wtedy byliśmy (pobudka o piątej to ciężka sprawa). Btw. opowiem Wam też jaki numer odwaliła Łucją ratując naszą podróż, ale jednocześnie MAM nadzieję, że nigdy więcej tego nie powtórzy!… Gdy w czwartek gnaliśmy na kolejkę podmiejską to dojechaliśmy do niej na styk. Szlaban był opuszczony i pociąg właśnie wjeżdżał (zaskoczyło mnie skrobanie auta). Panna wyskoczyła z auta i pognała do pociągu, a ja zjechałam na parking by zaparkować. I Łucja ZABLOKOWAŁA pociąg wsadzając w drzwi w stopę. Dopóki drzwi się nie zamkną pociąg nie mógł ruszyć. Wygrała w ten sposób 4 minuty, w ciągu których MY dobiegliśmy. Wiem, wiem, strasznie głupio, ale udało się, obyło się bez kary, ja prawie fiknęłam orła wsakując do wagonu (bo był lód), LECZ za to zdążyliśmy na NASZ późniejszy pociąg jadący JUŻ do Wrocławia.

NIESAMOWITE są te krasnale. Moje dzieci są w sumie duże, ale Mieszkowi się podobały, a panny wkręciły się w wyszukiwanie kolejnych figurek i szukanie kontekstu (dlaczego akurat TAKI, w TYM miejscu). W biurach IT można odebrać WIELKĄ mapę wraz z naklejkami poszczególnych krasnali i po całym mieście chodzą rodziny z dziećmi szukają tych krasnali. Dziś rano na śniadaniu, też jedna rodzina weszła i zanim zamówili rozłożyli mapę i przykleili naklejki tych CO właśnie je widzieli.

PARADA!
Tu towarzystwo w plecakach, bo my to tacy backpackersi na tych wyjazdach. Przyjechaliśmy rano, a noclegownię mieliśmy od 15-stej. A dzisiaj to samo. Pokój był do zwolnienia do 10-tej, a odjazd w drugiej połowie dnia… I tak dźwigaliśmy (na szczęście pogoda ułatwiała sprawę)
Dworzec nam się podobał

I Afrykarium:

Hala Stulecia. Tu jak widać nastąpiło „zużycie materiału” u Łucji:

I JESZCZE więcej krasnali…

Niżej Wrocław NOCĄ. Są kłódki,bo pełno tu zakochanych z całej Europy! Miasto jest ładnie podświetlone i spójne jeśli chodzi o reklamę na fasach (to niby nic, ale jak patrzysz na takie miejsce, to ono od razu ma inną atmosferę):

A to już Uniwerek Wrocławski wraz z wejściem na wieżę Obserwatorium:

I tak naprawdę to był już dzień ostatni! Ciężkie były te nasze plecaki, więc raz po raz siadaliśmy wypatrując atrakcji PO drodze!

To była niezła akcja. Weszłyśmy w jakieś drzwi, a to był kościół (chyba Jezuitów)… No i jak już weszliśmy to przeszliśmy się, zapaliliśmy świeczkę, bo zawsze zapalamy (ta dolna to NASZA), wrzuciliśmy jakąś monetę gdzieś tam i pojawił się Zakonnik, który jakoś zapałał do
o nas wielką sympatią. I mówi, że życzy nam „Szczęśliwej Podróży” (bo my z tymi plecakami i aparatem to tacy dość oczywiści). Z rozpędu odpowiedziałam, że nawzajem i szybko się poprawiłam, że tak ogólnie i on na to, że on też tak ogólnie. 🙂 Taką otrzymaliśmy dedykację 😉

I WYJAZD. Przed dworcem zabraliśmy się za karmienie gołębi, no i jak to z nimi musieliśmy w końcu UCIEKAĆ!

Niepodległości!

Przez tyle lat bycia POZA szkołą wypadły mi ze świadomości APELE z okazji… Owszem, miałam w głowie te powiadomienia w dzienniku, żeby dzieci były na galowo, ale nigdy jakoś się w temat NIE wgryzałam. Owszem pamiętam doskonale przedszkolne przedstawienia, ale segment późniejszy, mi całkowicie wyleciał… NO i DZIŚ byłam na APELU. Nawet 2x, bo raz akurat miałam lekcje z klasą młodszą, a potem ze starszą! I są to naprawdę niesamowite wydarzenia. Szkoła rzeczywiście pełni funkcję oświatową i patriotyczną. W tym moim zadufaniu koncentrowałam się wyłącznie na funkcji społecznej, a tych elementów jest więcej! Podobało mi się. Podobał mi się scenariusz (gdy trójka symbolizująca TRZY kraje rozszarpywała tekturową Polskę), przebrania dzieci (Piłsudski był niesamowity), oprawa muzyczna (pan od muzyki jest świetny) i reakcja widowni. Mam wrażenie, że to zupełnie inaczej się na ten jutrzejszy dzień patrzy!

<>

A dla nas CZTERODZIONEK to nie za daleka wyprawa, którą zaczynamy jutro rano. Pobudkę mamy o piątej, bo ten dzień teraz to krótki, a dziś jeszcze musimy Bibsa wywieźć do dziadków. Ja biegami i sprzątam, ale jakby chaosu NIE ubywa… Gdy byłam w szkole Mieszko mi napisał, że Klarens nasikał mu na kurtkę (on NIE znosi GDY coś leży na podłodze) i zanim odczytałam i zareagowałam Młody już był w szkole. NIE wiem czy poszedł bez kurtki, bo na to wskazuje wieszak…, ale z pewnością wziął rower. Musimy się dziś jeszcze spakować w MAŁE bagaże, bo będziemy korzystać z komunikacji publicznej i od poniedziałku dzieci miały tak gospodarować szafą, żeby TO co chcą nałożyć, BYŁO czyste.Byłam w bibliotece, mamy lektury (Lilka Balladynę, która jest zresztą ulubioną lekturą Łucji a Mieszko Narnię, której własnej NIE mamy, bo jakoś nie jesteśmy fanami). Wracamy w niedzielę rano i wtedy relacja!

Nie ma potężniejszej rzeczy na świecie, niż inteligentna kobieta

-„King Richard”. O siostrach Williams… NIE, nie idziemy na to do kina, ale cytat z trailera obejrzanego przed „Diuną”

Łucja dziś poszła do szkoły. Po 10 dniach zamknięcia POSZLI całą szkołą. WRÓCILI do zajęć!. Wczoraj na fb szkoły jej wychowawczyni wraz z nauczycielem matemamatyki wkleili swoje zdjęcie z WIELKĄ kartką: JUTRO BĘDZIE FAJNIE. I dziś tak było. Chociaż znowu pobudka była po ciemku, to panna cały czas gada, co TO dziś się działo. Notabene pan z matematyki wziął ją do tablicy – to niezła akcja, bo panna po tylu latach dorobiła się nauczyciela, który ją uwielbia, chociaż mówi do niej LUŚKA i taką już ksywę otrzymał – I panna przy tablicy poradziła sobie DOBRZE!

Wczoraj miałam radę i chociaż NIKT nic nie mówi, to musimy JUŻ założyć pokoje przedmiotowe na Teamsach. Dzieci mówią, że na Tik-Toku jest plotka, że TO od 22-go listopada, ale mam nadzieję, że jednak się uda BEZ zdalnych. Lepiej nam w TRYBIE NORMALNYM!

Btw. Koty mają się dobrze, Klarens sypia jednak w domu, a Miau spędza całe dnie zakopana pod kołdrą. Bibi z radością biega na spacerach, a wczoraj wieczorem odkryłyśmy wielki nasyp, gdzie nory mają lisy. W nocy powyłaziły i siedziały na górze piachu tylko widać było spiczaste, czasem znikające, uszy. No i nietoperzy mamy w okolicy sporo. Łopotało nam coś nad głowami, nie widziałam czy to sowy, czy coś, a to nietoperze były!

<>

Kościółek, bo dziś w necie na niego trafiłam. Tam miałam bierzmowanie! 🙂 Nawet nie pamiętałam, że taki ładny był!

Pajęczyny w domu zawsze pojawiają się przed zimą

-Złe Miejsce, Minka Kent, mój nowy audiobook w aucie

No to lecimy z kolejnym tygodniem! Wiecie, że jak idę z psem to sobie myślę, że lubię ten miesiąc? Zimno, że hej, ale fajnie, że TAK dobrze się śpi. Nie budzi Cię DZIEŃ o czwartej rano, kołdra przyjemnie przyciąga, gorąca herbata rozgrzewa, a ciepłe kapcie wywołują ekstazę. Panny już powoli brzęczą o prezentach pod choinkę (lista Łucji nie ma końca), ale może nowe szlafroki i kolejne piżamy ogarną sprawę 😉

Wkleję Wam fotkę Kirgistanu (nie moją, lecz gdzieś tam z netu). Ruszają na wiosnę tanie loty właśnie tam. Będą przez Budapeszt, ale to i tak 5300 km od nas. WOW!!! Niech się ta pandemia kończy, bo świat czeka! Dobrze by było co prawda coś po drodze jeszcze zarobić, no ale nie można mieć wszystkiego, nie? 🙂

<><>

  • O Bosze, mamo, przez pomyłkę zamówiłam wszystko co miałam w koszyku na Aliku!
  • Ojej. Normalnie straszne. A jak to się stało?
  • Rolowałam i tak mi się kliknęło! I to poszło! Niby anulowałam już wszystko, ale czy kasa mi wróci?
  • Nie wiem, Łucja. U mnie by po prostu nie przeszła by taka płatność… Rozumiem, że tam same bzdury tam miałaś?
  • Tak… I każda rzecz od innego sprzedawcy…
  • Może anulują. Albo będziemy mieć małe paczuszki przez dwa miesiące 😀

A co jeśli bystrość prowadzi donikąd?

„Na Wodach Północy”, s01e02

Wskoczyłyśmy z Lilką do tramwaju w Rzymie, drzwi się zamknęły i zaczęłam się zastanawiać: SKĄD się bierze bilety? Zaraz za nami wszedł starszy Włoch, więc go zapytałam:

  • Di dove… Dove si compra i billieti?
  • Tabaccheria.

Aaaaa… No tak! Bilety kupowało się zawsze, podobnie jak w Hiszpani w budkach z tytoniem. Nie kupimy u motorniczego, czyli na kolejnym przystanku wysiadamy. Ale gość do nas zagadał: Skąd MY jesteśmy? No więc mówię, że z Polski, a on na to, że ma coś z Polski i wyciąga 100-złotowy banknot. Przytaknęłam, że NASZ, na co on pyta: ILE to jest? I ja się zawiesiłam, bo nijak nie mogłam sobie przypomnieć JAK jest dwadzieścia po włosku… Mówię:

  • Due dieci. – Czyli dwie dziesiątki
  • Dodici?
  • No, no dodici… Due dieci. Dieci, a POI? – nie było to dwanaście, tylko COŚ co jest PO dziesiątkach.

Włączyła się Pani siedząca obok:

  • Veinti?
  • SI! Veinti!!- przypomniało mi się. Jak kawa w Starbucsie!

Ale gość ciągnął rozmowę dalej.. DLACZEGO, skoro jesteśmy w Unii, NIE mamy Euro? No i tu się zamyśliłam, bo przez głowę przeleciało mi, że powinnam powiedzieć, że my jesteśmy bliżej Polexitu, niż jedności walutowej, bo Bruksela nie chce kleknąć przed naszymi wartościami, potem miałam w głowie kilka migawek jak z beki z TEGO nowego banknotu: husaria,Papież oraz przebijało mi się wspomnienie tego, że mamy dwa kanały informacyjne i one pokazują tak skrajne relacje, jakby mówiły nie tylko o dwóch różnych krajach, lecz o dwóch różnych kontynentach czy epokach. I na koniec powiedziałam:

  • E una molto importante parte de nuestra istoria. Polski zloty. – co jest całkowitą bzdurą, bo historia włoskiej liry była dłuższa i chyba nawet ciekawsza.

A potem wysiadłyśmy z tego tramwaju, chociaż ten pan nas przekonywał, że NIKT nie sprawdza biletów i ja się zamyśliłam, że ZAZDROSZCZĘ Włochom takiej beztroski społecznej. NIE chciałabym tam mieszkać, lubię tam jeździć, ale WOLĘ być TU. Natomiast faktem jest, że ten kocioł jaki mamy u nas jest nie do pojęcia dla osób z zewnątrz… Oni mają CZAS i chęć by walczyć o rzeczy ważne z punktu widzenia ludzkości (Stop Faszyzmowi), podobnie zresztą jak Anglicy o ekologię (szczyt w Glasgow kilka dni temu). A my mamy nasze wewnętrzne piekło. Chyba zresztą od zawsze… Pamiętacie konflikt o miedzę w „Samych Swoich”?

Chciałam wczoraj pojechać na wystawę związaną z edukacją. A potem podłączyć się pod marsze: Ani jednej więcej. Ale jestem tak zdołowana tą inflacją i moim ogólnym zarobieniem, że znowu odpuściłam. W piątek tankowałam, a gdybym pojechała to bym znowu musiała tankować!!! Chociaż rzeczywiście mogłam, ale wtedy nie ruszyłabym pisania konspektów do szkoły, a nie mam kiedy tego zrobić!!!! Mój były trener mawiał: Dziś zrób coś, czego innym się nie chce, a jutro będziesz miał to, czego inni pragną. Znacie TO. Ostatni będą pierwszymi, Co posiejesz to zbierzesz, itd… Wszystko to bardzo ładnie i tchnie nadzieją, ale jeżeli to już nigdy nie będzie spokojniej? Jakby nie było, żeby nie było tak, że u mnie tylko rozpacz i smuta, dziś zabrałam się za szukanie akumulatorków. Mam JESZCZE jeden aparat fotograficzny, który chcę sprawdzić. Lecz by go aktywować muszę mieć baterie, które GDZIEŚ umieściłam…

Bibek rozświetlony: