zimność cd

Jechałam do dziadków (po opony) i przypomniało mi się zdjęcie trzyletnich dzieci mojego brata. I ten mix przemyśleń zaczęłam wyłuszczać towarzystwu.

  • Małe dzieci są cudowne, bo się starają. Bo wszystko co robią jest zrobione na 100%. Nie tylko po to, żeby rodzice byli zadowoleni, lecz jest w nich samych taka potrzeba… Pamiętam jak Łucja w przedszkolu śpiewała na Jasełkach i tam było słowo „serduszko” i ona TAK to śpiewała, że mi łzy leciały ciurkiem. CAŁĄ siebie wkładała w to „SERDUSZKO”…
  • Ja też taka byłam?
  • No właśnie Lila z Tobą było inaczej. Ty ogólnie miałaś gdzieś oczekiwania innych.
  • Zawsze miałam potencjał na influencera. Świat powinien był mnie podziwiać już wtedy.
  • Mhm. Pod warunkiem, że Łucja by Cię ciągnęła pod te jupitery.. Bo bez niej to byś rozważała CZY iść, czy nie… Jakby nie było, byłam taka pełna obaw, czy Łucja się nie stara ZA bardzo… Bałam się, że świat będzie dla niej zbyt okrutny, bo ona taka maksymalistka, ale na szczęście gdzieś ten zapał by uszczęśliwić innych i mnie wyparował 🙂

Niemniej jednak NIE jest tak źle, panna najstarsza robiła przez dwa dni jakąś prezentację i jest prawdziwe dzieło sztuki! Tymczasem ZIMA trzyma, opony przywiozłam i ich wymiana to pierwsza rzecz, którą MUSZĘ zrobić w nadchodzącym tygodniu. Mam jakieś tam spotkanie, odwożę Mieszka z kolegami na warsztaty garncarskie, chcę się umówić w pewnej sprawie z dziadkami i mamy BLACK FRIDAY! Niezmiennie uważam, że warto tego dnia być czujnym i JEŚLI wiecie co kupować pod choinkę to TEGO dnia się to opłaci. Pomimo licznych artykułów, że to oszukaństwo i że ceny podnoszą na TEN dzień, to jak masz COŚ upatrzone od kilku tygodni i WIESZ ile to kosztuje to TEGO dnia być może kupisz to taniej!

Zagazowane z-oldany

Odkryliśmy kolejne rewelacyjne muzeum, które jest chyba obecnie naszym numerem jeden. Muzeum Gazownictwa! Oprowadzał nas niesamowity przewodnik, który nie dość, że był niewiarygodnie ciekawy, to na koniec by zilustrować jak spędzali czas wolny gazownicy, wyjął w futerału gitarę i zaśpiewał uliczną przyśpiewkę. Bo gazownicy to była elita klasy robotniczej. Żyli krótko, ale fach mieli trudny i zarabiali więcej niż inżynierzy. Podczas powstania uratowali 600 osób, a centrum życia konspiracyjnego było właśnie na terenie zakładu. Gazownicy nie tylko mieli „mocne papiery”, przez które nie można było ich skazać czy zesłać, ale mogli też bez przeszkód przemieszczać się po całym mieście. Byli nietykalni! Na terenie zakładu była szkoła i była to pierwsza grupa zawodowa, która wywalczyła sobie 8 godzinny tryb pracy. Głowa mi pęka od różnych ciekawych informacji, ale wybiorę się tam ponownie z dziadkami, więc to sobie poukładam!

A poza tym rano było BIAŁO i przez dłuższą chwilę byłam pewna, że NIE dojadę na moje bieganie na tych letnich oponach… Ale musiałam dotrzeć na stację benzynową, a potem do piekarni, a potem doszłam do wniosku, ze JADĘ, bo chociaż się spóźnię na CAŁY parkrun, to i tak się przebiegnę i wyspaceruję przy okazji Bibs. No, a wieczorem chciałam zrobić makaron ze szpinakiem, ale w lodówce miałam mascarpone o smaku malinowym (???). Zamiast zwykłego!!! Zrobimy jutro na śniadanie tosty francuskie z chałki z tym serkiem… Ależ to będzie smakołyk! 🙂

Towarzystwo jak widać po minach WSPÓŁRACOWAŁO różnie. Czasem byli w MIARĘ zainteresowani, czasem siedzieli pod ścianą, a czasem strzelali FOCHA. Ale czy myślicie, że to mnie powstrzyma przed kolejną muzealną wyprawą? 🙂 Pewno, że nie! Nawet jak wpadnie im do ucha 1/5 to i tak warto było!

A tu widzicie, moje tegoroczne zimowe buty, które dzieci nazywają Zoldany 😉 No więc, jest kategoria „buty dla dzieci” w Zarze (rozmiarówka do 40-stki). A na końcu wyprzedaży buty tam są po 20-30 pln. I ubiegłej zimy zostały TE. Dzieci ich nie chciały, bo powiedziały, że TO wygląda jak podróba Jordanów. Stąd nazwa… W sumie to powinno być Z+Ordany, ale Zoldany łatwiej wymówić… Mi tam się podobają i są CIEPŁE!

ŚNIEG…

Nie jakiś PUCHATY i zmieniający krajobraz, ale coś BIAŁE już dziś leciało. Usypywało takie małe krawężniki na szybach… W weekend muszę przywieźć zimówki od dziadków i w przyszłym tygodniu wymienić opony… Zimno DUŻE, więc wyjęłam również SZALIKI i czapki… Chętnie bym pochowała do pudeł apaszki, ale wpierw je wypiorę. Btw. widzę, że tych szali WCALE nie mamy tak dużo, więc jak coś mi wpadnie w oczy, to MOŻNA przygarnąć 🙂 Wyciągnęłam cieplejsze kurtki (w żadnej nie było kasy, ale TEŻ nie było w nich MASECZEK, co było standardem rok temu). Buty Mieszko ma już cieplejsze, Łucja ma adidasy (mogą być), dla mnie i Lilki ZNAJDĘ w szafie. Schowałam kamizelkę (wyżej macie jeszcze fotkę z TEJ jesieni, z którejś tam wyprawy z dziadkami, gdzie ewidentnie po raz KOLEJNY widać, że śmigałyśmy z mamą w takich samych) oraz wyjęłam cieplejsze kurtki (JESZCZE nie te najcieplejsze!).

Dostałam też dziś pierwsze zaproszenie na MORSOWANIE. Przymierzam się do tego od lat pięciu (?) i odwagi ciągle brak. Tym razem jestem o krok dalej, bo niby jest ekipa (to ludzie z siłowni), jednak oni wybrali miejsce, które tak średnio mi pasuje… BO to niezbyt czyste bajoro… Ja wiem, że chodzi o szok termiczny, a nie właściwości WODY do której zresztą się wchodzi na 10 minut, lecz chciałoby mi się GDZIEŚ indziej… Jednakże, skoro sytuacja się rozwija MOŻE tej zimy będzie przełom?

W kwestii prezentów MAM już papiery. Lubię gdy każdy prezent zapakowany jest w inny papier, zużyłam rok temu praktycznie wszystkie i potrzebne było mi te z kilka nowych rolek. SA i są śliczne. Jechałam dziś transportem miejskim przez miasto z tymi papierami i miałam wrażenie, że świat mnie nienawidzi, że ja w tych trudnych czasach kupuję prezenty. No dobra, wymyślam ->nie było tak źle, a w którymś momencie mi się rozsypały (bo torebka, bo bramki, bo za mało rąk) i aż dwie osoby rzuciły się do pomocy! Zresztą sporo osób pozytywnie i z uśmiechem patrzyło na te świąteczne rolki. WSZAKŻE od czegoś trzeba zacząć (TREŚCI do tych papierów NA razie BRAK)!

<>

Diabli gadał w weekend z Mieszkiem:

  • Wolałbyś mieszkać w Brukseli czy w Atenach?
  • Pewnie w Atenach – wtrąciłam się – Bo Brusela była strasznie intensywna.
  • No nie wiem. Tak naprawdę w Grecji chyba bym NIE chciał mieszkać…
  • Dlaczego? – zaciekawił się D.
  • Bo tam nie ma Żabki i Lewiatana. Wiesz, takich małych sklepów, gdzie jest wszystko.

Widzicie jakie małe rzeczy mogą wpływać na nasze decyzje? 🙂

Roooobi wrażenie!

Sporo z tych młodzieżowych słów roku znam. Uwu, czyli uwuśny (słitaśny), jest u nas używany często. Essa, slay (wow: sytuacyjne, fizyczne, odczuciowe), odklejka i sus (suspected) podobnie. Nie znałam GigaChada, ale mi to wytłumaczyli, że to taki samiec alfa/wzór męskiego piękna i perfekcjonizmu/ ORAZ mężczyzna o kwadratowej szczęce (jak wrzucicie do gugla to Wam takich Chadów wysypie dużo). Wariantem „A kto pytał?” jest u nas „Kiedy zadałam takie pytanie?”, które wprowadziła Łucja. Mieszko uważa, że słowem roku powinno pozostać NPC, czyli nowe określenie „szarej ludzkiej masy”. Przy okazji najszybciej memowo zareagowało Muzeum Narodowe i nie wiem czy to jedna osoba, czy grupa ludzi prowadzi ich social media, ale są najlepsi. Dwa miesiące temu stworzyli filtr na Instagramie z Witkacym i naprawdę mają doskonałe viralowe pomysły. Im bliżej grudnia tym częściej się zastanawiam kto W TYM roku BYŁ najlepszy i oni na pewno byli świetni!

<><>

Dziś, dla równowagi z WCZORAJ, dzień jest jakiś mocno bezsensowny i wszystko po kolej NIC wychodzi… Łucja zadzwoniła rano ze stacji, że pociągi nie jeżdżą, więc odwoziłam ją do szkoły, po drodze Lilka zadzwoniła, kiedy będę i czy ją podrzucę na autobus i z tego wszystkiego nie dotarła na pierwszą lekcję, a Miau coś jest jakoś niewyraźna. W filmie, który oglądam do prasowania jest o Devil’s Hour. To brytyjski krymianał- thriller, utrzymany w takich szarościo-granatach, jak takie właśnie brytyjskie kryminały i główna bohaterka budzi się co noc o tej samej porze. Pracuje w opiece społecznej i widzi przestępstwa, które się wydarzą u ludzi, których zna. Ma też problem z synem, którego chyba adoptowała i dzieciak jest dziwny, więc chodzi z nim po psychologach. Nie będę Wam spojlerować, tytułowa „godzina diabła” to 3:33 i ona się wtedy budzi. Miau ma swoją STAŁĄ godzinę 4:15 i wtedy ona się budzi. Jeszcze wczoraj rano ją za to nienawidziłam, ale dziś ją wielbię, byle tylko znowu była sobą!

<>

Z plusów UDAŁA mi się zupa. Na pierwszą próbę zrobiłam kapuśniak i Lilka powiedziała, że całkiem pyszna, chociaż mało kwaśna. Dziś próbuję jarzynową! Bo jakoś tak mało WCZORAJ zrobiłam! Drugie DOBRE, to odkryłam, że na moim telefonie mam mnóstwo książek (Vivat Huawei!). Są e-booki (rosyjskie są bezpłatne, angielskie kosztują jednocyfrowo) i są audiobooki (one w większości, niezależenie od języka coś tam kosztują, ale pierwszy rozdział jest zawsze free). Nie ma języka polskiego, ale tym bardziej mi się to podoba! Na dobry nastrój wrzucam fotkę z Hellady!

w poszukiwaniu witaminy D3

Moją przerwę czytelniczą (w poczekalniach) wypełnia obecnie październikowy „Przekrój”. Wolno mi idzie, bo mało ostatnio wszędzie czekam, ale dziś wchłonęłam artykuł, który wydał mi się wyjątkowo trafny. Jest to wywiad i rozważania gościa, który wyszedł z Islamu i co kilka lat religię zmieniał (i była to zmiana pełna, nie testowa, nie zmiana badacza, lecz realna potrzeba kultu i szukania tego własnego). Ja też uważam, że w człowieku jest bardzo silna potrzeba wiary. Jak bardzo byśmy nie byli racjonalni CHCEMY ładu, sprawczości i porządku. Zbierając śmieci na spacerze z psem liczę na to, że dobro wraca, pomagając starszej osobie w sklepie mam nadzieję, że moim rodzicom gdy mnie obok nich nie ma, też ktoś pomoże. Itd. Po latach chudych przychodzą tłuste, a solidność popłaca. Ale równocześnie rodzi się w nas sprzeciw do masowej i nazwanej już Boskości.

A czekałam w Urzędzie, bo w tym wielkim planie wymyśliłam, że TERAZ będę robić COŚ czego nie potrafię i w tym celu potrzebne jest mi pewne szkolenie. Na które mnie nie stać. I wygląda na to, że będę miała je sfinansowane. Kruczek tkwi w tym, że musi się zacząć w nowym roku (bo to są jakieś programy aktywizacji zawodowej, które mają swoje zasady), czyli do stycznia wielka zmiana nie nastąpi. Za 3 tygodnie i tak pochłonie mnie operacja Łucji, czyli musimy TYLKO jakoś wytrzymać. Zobaczymy jak nam to wyjdzie. Bardzo mnie pozytywnie naładowało to dzisiejsze spotkanie, kręci mnie ta wizja czegoś zupełnie nowego, chociaż od jutra ma być już zimno i chyba będę musiała włączyć grzanie…

Little boy

  • Synu, ale Ty masz dwie zaległe prace z plastyki! Kiedy zamierzasz to zrobić? I co to za prace?
  • Plakat do muzeum i praca historyczna. Tylko pracę historyczną już zrobiłem…
  • Może Pani zgubiła. Zrobisz nową. Na kiedy?
  • Na piątek.
  • Plakat może mumie? Mamy z wystawy jakieś ulotki.
  • Tak, tylko chcę żeby wystawa była w Luwrze.

I zrobił. A potem przystąpił do tej historycznej mającej przedstawiać bitwę. Mówię:

  • Zrób kolaż.
  • Nie. chcę malować.
  • Kolaż będzie prostszy! – Upierałam się, gdyż wyobraziłam sobie morze namalowanych kredkami walczących ludzików… Bo czołgów to ich pokolenie nie rysowało…
  • Nie. Chcę malować. I wiem już co. Namaluję Hiroszimę.

I namalował. Zaskoczył mnie całkowicie. Jak widać obrazek jest spokojny, jedyne co na nim jest to spadająca bomba („Little Boy”). Dużo uwagi poświęcił domkom -> na jednym z nim jest napis RAMEN.

<>

Mamy warzywka z rynku, dziś nie ma warsztatów garncarskich dla Mieszka i jego kolegów, za to później jadę po Łucję, bo panna kończy późno. Wszyscy jesteśmy niedospani, bo od piątej rano Miaustra miała fazę na dzikie bieganie.. Tupot, zwijanie dywaników i wskakiwanie na łóżka… ZA to TERAZ odsypia… Żadnej logiki nie ma w tych kotach! Na ukojenie poranna spacerowa Bibs, która na horyzoncie zobaczyła kumpla!

Selfcare isn’t selfish

-„Dbanie o siebie to nie oznacza bycie samolubnym”, z Devil’s Hour, s01e01, Prime Video

Mało teraz oglądam, bo duuużo mniej prasuję, ale czasem coś tam zobaczę! Poniedziałek. Dzień organizacyjny. Odczulanie, biblioteka (oddałam lekturę Lilki, pożyczyłam dla Mieszka), poczta i większe zakupy. Skończyły mi się tabletki do zmywarki i chciałam też kupić gnatki na zupę, bo po pięciu latach NIE robienia ZUP, postanowiłam do tego wrócić. Jutro na rynku kupię warzywa i spróbuję! Zaniechałam, bo marudzili, że moje nie są TAK dobre jak babci, ale jak wracają o różnych godzinach, to podanie zupy będzie najprostsze! Pod sklepem zagadał do mnie gość z niezłego auta, że „mizerne zakupy Pani zrobiła, ja zrobiłem większe!”. Odparłam na to, że „Ja pewnie więcej zapłaciłam”, a on się na to zaśmiał, że przecież NIE będziemy się tym martwili. I tu się z nim zgodziłam! 🙂 W nagrodę za tę uroczą konwersację ruszył z pokazowym efektownym paleniem opon. Małe, głupie, a cieszy! Mam więc energię na nowy tydzień! Jeden urząd, dentysta z Lilką i spotkanie z Lutką któregoś dnia. W kalendarzu w telefonie zapisałam sobie na TEN tydzień „papiery świąteczne”, bo 11 miesięcy temu temat miałam na ŚWIEŻO i wiedziałam, że mi się skończyły. I DWA pierwsze mam: tu dla Was dobre info: bo one są cały czas w takich samych cenach. Kupiłam cudny zielony z dziadkiem do orzechów oraz taki vintage z grubaśnym Mikołajem i oba były poniżej dwóch zeta.

Wpadł też wczoraj Diabli i przywiózł dziewczynom kalendarze adwentowe. Takie wielkie z Dojczlandu! Mieszko ma TEŻ dostać, ale tu mam znaleźć jaki! Stoczyliśmy również szybko rodzicielką dyskusję, czy Łucja może jechać na OpenAira w przyszłym roku, ale decyzja jeszcze nie ZAPADŁA. Będzie mieć lat 17-ście, to nie Jarocin w latach ’80 i moim zdaniem MOŻE. Ale chwilę musimy to powałkować…

Źródło CIEPŁA pachnące Hydrą

Z Grecji dostałam dzbanuszek i dzbanuszki dostały TEŻ dziewczyny. Mieszko dla siebie przywiózł kubeczek z atletycznym herosem, który półnagi łapie byka za rogi (będzie na ołówki na biurko). Mamy TEŻ baklawę (to ten kartonik z tyłu) i tak jak NIE lubimy baklawy, to TA jest wybitna. Kolekcję suwenirów zamykają sezamki i oregano z wyspy Hydra. Te wyspy nazywały się jak jakieś zabawki Bonda, ale na jednej z nich Mieszko był na PLANTACJI oregano, gdzie powalił go zapach i TYM zapachem został otoczony nasz dom, gdy rano robiłam ZAPIEKANKI!

Wspomnę jeszcze u Łucji, która brata zobaczyła dopiero dziś, bo BYŁA na kolejnym koncercie! Tata Matiego pracuje przy nagłośnieniu i czasem ich gdzieś tam wciśnie! Tym razem był to Young Multi (kolejny, którego nie znam), ale podobno to osoba wykonująca ulubioną piosenkę Mieszka, czyli „Plecak”. Wiem o tym, bo Łucja przysłała mu wiadomość na grupę, że „jest plecak pełen cashu” i w ja w swojej pazernej naiwności myślałam, że nareszcie wpadła nam jakaś kasa… LECZ okazało się, że to piosenka!! :((

Taka więc smutna proza naszego życia. Nie ma żadnego plecaka z kasą, bo to tylko taka piosenka była… By to zilustrować wrzucę Wam Miaustrę pilnującą jedynego źródła ciepła w domu, czyli PIZZY 😀

Hellada listopadowa

  • Nie wiem czy ja coś pamiętam z mojego wyjazdu…
  • Lila, pamiętasz na pewno London Eye…
  • Tak. Pamiętam! I jeszcze sklep ze słodyczami, który mijaliśmy, bo był koło hotelu!
  • Taki był cel. Babcia mówiła, że jedna atrakcja powinna być taka MAX, żebyście ją zapamiętali. Łucja zapamiętała Wieżę Eiffla i katedrę Notre Damme, bo było strasznie dużo ludzi i tylko patrząc w górę coś widziała. Mieszko wygląda na to, zapamiętał rejs!

Są!!! Odebrałam ich z lotniska, rano po bieganiu kupowałam jeszcze pieczywo w wersji x2, żeby dziadki TEŻ na weekend miały. Już miałam DŁUUUGĄ opowieść syna, z której wiem, że WSZĘDZIE były słitaśne koty, chociaż te na wyspach były najbardziej przyjazne. I osiołki są całkiem miłe (Mieszko nie znosi koni) oraz, że jadł lody, chociaż pojechał z chrypą (stąd chadzał w MOJEJ apaszce). Doskonały był REJS na TRZY wyspy (Cyklady), na których było mistrzowskie jedzenie. I że dużo tam (w tej GRECJI) jedzą. Lutka powiedziała, że Mieszko budzi bardzo przyjazne emocje u innych ludzi i np. przewodniczka, go uwielbiała i cały czas zachęcała go do aktywności. Młody też pamięta, że tego dnia, gdy w planach mieli Akropol, Ogrody Królewskie i Muzea Akropolu, mieli nadajniczki na szyi i można było z nimi łazić i wszędzie było przewodniczkę słychać. Znamy ten patent, chociażby z Oświęcimia i to bardzo wygodne w turystyce zorganizowanej. Dla sióstr przywiózł dzbanuszki, dla siebie kubeczek, a ja dostałam greckie oregano oraz fetę (CHCIAŁAM, zawsze lubię jedzenie dostawać!).

Niepodległa

Podoba mi się, że dzisiejszy dzień staje się okazją na rodzinnych spacerów. Cały czas gdzieś tam wisi widmo narodowców, ale ogólna atmosfera jest przyjemna i dość patriotyczna. Jechaliśmy autem do dziadków (zajrzeć do ich kotka) i wpadliśmy po drodze na DWIE parady. Wszędzie mundurowi w galowych strojach, orkiestry i dzieci machające flagami. ŁADNE. A potem zapakowałam ekipę (bez Mieszka, za to z Matim) i pojechaliśmy do miasta. Tam doszły ekipy w biało-czerwonych wiankach i młodzież z biało-czerwonymi opaskami na rękach. Owszem wszędzie pełno policji, ulice pozamykane, ale my i tak pomykamy transportem publicznym (chętnie szynowym lub podziemnym), więc nie przeszkadzało nam to.

My jednak, zamiast na marsz, ruszyliśmy na wystawę… KULINARNĄ! Trochę nas gonił termin, bo to wystawa czasowa i niedługo się kończy, a temat dotyczył kuchni żydowskiej. Podzielonej na aszkenazyjską i sefardyjską. Było o bajglach, chałkach, gołąbkach, wątróbce, humusie, gęsim smalcu, oliwkach, granatach i bakłażanach. Jak na rozwój tej kuchni wpłynęło to, że tworzyli ją mieszkańcy różnych części Europy i co tzn. koszerne? Napatrzyliśmy się, a potem poszliśmy do miejsca, gdzie takie dania serwują! Trochę mamy problem z Matim, bo to niejadek i uznaje tylko pizzę, ale Łucja później się od nas z nim odłączyła i sami sobie taki frykas znaleźli. Dzisiaj rzeczywiście wszyscy jedzą, jak nie gęsi to rogale, a my uraczyliśmy się koftami z jagnięciny z miętą, humusem, sałatką izraelską oraz rosołem z kołdunami (z gęsiną)!

Sporo było takich elementów pod młodsze dzieci. Przewieszanie na magnesach elementów na ścianie (do czulentu chyba nie pasuje jajko), zaplatanie wielkiej chałki czy huśtawka-bajgiel. Fotki mi takie dziwne wyszły, bo aparat był nie naładowany i zawsze wtedy nie doświetla obrazu 😦