jesieni uroki

fotka z poranka od Łucji

I złożyło mnie… Wczoraj byłam niewyraźna, więc koło południa łyknęłam jakąś pigułę i o problemie zapomniałam. Wieczorem było źle i w tej sytuacji, tuż przed wejściem do kąpieli łyknęłam kolejną (odkrywając przy okazji, że idea domu bez tabletek jest piękna, pod warunkiem, że dostawca leków jest na chodzie…). W wannie było coraz gorzej, a gdy wyszłam to trzęsło mną tak, że miałam problem z ubraniem się. Dotarłam do łóżka, tam Lilusia mnie przytuliła i wtedy jej powiedziałam: Nie idę już dziś włączyć pralki. Zasypiam. Była 21.40. Usłyszałam jeszcze jak Łucja próbuje się dowiedzieć czy rano ją odwiozę i Lilka jej odpowiedziała: Mama jest chora. Gdy przyszła do łóżka była lodowata, a teraz jest 3x cieplejsza niż ja. Obudziłam sie o 22:05 i zgasiłam światło, a potem gdzieś w nocy i wypiłam wodę, którą Lilka zostawiła koło łóżka…

RANO, o naszej ukochanej szóstej, było już ok! W tej sytuacji odwiozłam panny i… ruszyłam na Targi Turystyczne! Po co mi one? No mamy, taki plan wyjazdowy tylko kombinuję jak tu zejść z ceną, żebyśmy mogli o tym marzyć REALNIE. Ekipę do wyjazdów mam idealną. Są pomysłowi, zgodni, pomocni i zdyscyplinowani. Na wyjazdach fochy mam dwa dziennie i oba generuje Lilka (przykłady z Rzymu: brak wifi/zapalenie pęcherza (ależ leki w Italii są drogie)/awantura o to, że ona nie chce jeść w pizzerii (bo makarony lepsze serwują tam gdzie nie ma pizzy – true, lecz wyjazd był wyjazdem MIESZKA, a on jest pizzowy!). No więc tak snujemy sobie WIELKIE plany, a na takich targach inspiracji a inspiracji.

NIE było tych miejsc, które ciekawiły mnie najbardziej, ale mam fajną publikację z noclegami w Polsce (bo nie wiem jak można coś wynaleźć BEZ bookingu), zdobyłam górę książeczek i ulotek i bardzo mi sie tam podobało. Było mnóstwo szkolnych wycieczek (profile turystyczne i geograficzne) i zabawna akcja, bo wystawcy z Czech rozlewali PIWO za darmo i NIKT nie pytał o ID. Jak pewnie się domyślacie, licealna młódź utworzyła tam DUUUŻĄ kolejkę 😀 Ale były też takie ekipy, które rozmawiały z babką z Tajlandii by stworzyła dla nich idealną ofertę. Za rok muszę zgłosić to w szkołach dziewczyn (żeby też pojechały), a sama ze sobą zabiorę Mieszka! Pytał się mnie młody jak tam jest i mu powiedziałam, że wszyscy mówią: Pls, come to visit my country! I każdy z tych krajów i miejsc wygląda cudownie!

w pułapce promocji

Kupiłam pannom rajstopy. Miałam kupić trzy pary, w sklepie doszłam do wniosku, że niech będą po dwie dla każdej, a wtedy się zorientowałam, że 5+1 gratis. A, fajnie! – pomyślałam – Wezmę też tą gratisową dla siebie. I wtedy dotarło do mnie, że muszę wziąć SZEŚĆ sztuk by jedna była gratis…

  • Lil, kupiłam ciepłe rajstopki, bo widzę, że już nosicie, a te ubiegłoroczne się do niczego nie nadają. Dla Was są szare i grafitowe, dla mnie granatowe.
  • Te z wzorkiem są ładne. I przez to, one będą chyba cieplejsze…
  • Możliwe. Bardzo mi się one spodobały.
  • Założę jutro. Jeśli nie będą gryzły, to wytrzymam, ale jeżeli gryzą to w południe popełnię samobójstwo.

Ale przetrwała, więc chyba WYBRAŁAM dobre! Jakiś taki kolejny dzień w biegu, LECZ udało mi się wyrobić Mieszkowi nowy klucz do szkolnej szafki. Zgubił miesiąc temu i wczoraj wychowaczyni przysłała meila, że ma oddać klucz zastępczy ochraniarzowi. On mi mówił, że potrzebuje nowy, ale NIE przypominał, więc ten stan prowizorki trwał i trwał… Btw. Wszyscy wokół kichają, kaszą i smarkają wjechał nam do diety tran i może jakoś przetrwamy!

Klamka na listopad!

Jak lecieliśmy do tego Rzymu była noc. Mamy wysoki poziom dyscypliny i mobilizacji w takich momentach, więc wszystko idzie gładko. Ja włączam czajnik, każdy szybko i bezgłośnie się ubiera, torby są zapakowane dzień wcześniej, więc tylko zalewam kisiel, który każdy przed wyjście szybko siorbnie ORAZ nakładam jedzenie dla kota. Jak w wojsku (btw. polecam Wam serial Lioness na Showmaxie, bo jest absolutnie rewelacyjny, chociaż opis na stronie jest jak z innego filmu).

Trzecia w nocy, Uber już czeka, dzieci wyszły, kot śpi, ja nakładam plecak, zamykam drzwi i ups. Nie zamykają się. Nie da się przekręcić zamka. Drzwi szwankowały od dawna, bo rozsypywała się klamka i ten dolny zamek za bardzo wystaje. Przez to drzwi się nie domykają, a pokrętło górnego zamka (ta zasuwa) wypada na wysokości uszczelki. Co tu zrobić? Mieszko wrócił dlaczego mnie JESZCZE nie ma w taksówce(?), więc działając szybko, chwyciłam nożyczki i wycięłam uszczelkę. Gdybyśmy NIE wyjeżdżali to bym jakoś poprawiła, ale w tej nagłej sytuacji musiałam mieć to rozwiązane, bo przecież do kota miał zaglądać sąsiad!

W ten oto sposób w drzwiach powstała mega szczelina, a dziś korzystając z tego, że jest Diabli zabraliśmy się za wymianę KLAMKI (uszczelkę wymienię jakoś w weekend). Nie jest idealnie, bo te poprzednia klamka była włoska, gdyż takie masowo montowano 20 lat temu i TAKICH klamek, z takim rozstawem dziur NIE MA. Mam znajomego w dużym markecie budowalnym (tata koleżanki Lili) i on dziś kwadrans kombinował co tu zrobić. W końcu dał mi adres hurtowni, że jeśli gdziekolwiek COŚ podobnego (chodzi o mechanizm klamki) bedzie to TYLKO tam. Zajmiemy się tym w sobotę, a narazie MAM nową klamkę, która mam nadzieję NIE będzie zostawać w dłoni (tamtej się to zdarzało). Nie jest taka milusia w otwieraniu, ma sporo kantów, ale wygląda bardzo elegancko. CDN, ale wstępnie można powiedzieć, że na listopad, do domu jest KLAMKA!

tam gdzie są strzałki zaznaczyłam Wam jakie szczeliny były przez wycięcie uszczelki, miedziana klamka poprzednia, nowa jest kwadratowa!
  • Mamo, mogę Ci opowiedzieć mój dzień?
  • NIE Mieszko. Ja już się kładę spać. Cały dzień miałeś, żeby za mną porozmawiać.
  • Ale nie było kiedy!
  • To szybko, bo już późno.
  • Poprosiłem księdza na religii, żeby postawił mi szóstkę za mszę z papieżem i nie postawił.
  • No patrz, co za niespodzianka. 🙂
  • I dziś mieliśmy niezłą akcję. Bo Antek zamknął nas w łazience [btw. ciekawe bo to taka stała zabawa chłopców nawet w szkole średniej wg tego co mówi Łucja]. I trzymał drzwi. I przyszła ta babka co sprząta i zaczęła się do niego pruć. A on jej powiedział, że MY kopaliśmy te drzwi, a to nie była prawda! I ona mu odpowiedziała: A Ty to niby taki święty jesteś? I on jej wtedy powiedział: dziękuję.

🙂 Przekomiczni są ci chłopcy! Trudno ich zrozumieć, ale można się zawsze z nich pośmiać!

przedzimek

I kiedy tak ładnie już wszystko gna w uporządkowany sposób to… WTEM… pies w nocy ma biegunkę (po CZYM???) i cztery razy muszę do niego wstawać… Buuu….. Jakby nie było dzień jakoś jednak ruszył! Grasuje kolejna fala covid-u, w radiu powiedzieli, że mogą wrócić maseczki w szpitalach, pada coś co przypomina mrożony lód, który wylewa się na wszystko i skutecznie utrudnia każdorozowy przejazd autem. Kupiłam też dziś nowe czaso-wniki do kontaktów (puszczają prąd tylko w drugiej taryfie energetycznej), bo niektóre z poprzednich nie działają, a zimno na tyle, że trzeba grzać! Takie nasze zimowe kombinowanie z prądem, żeby nas ten rachunek w styczniu jeszcze bardziej nie łupnął.

  • Lila, dziadek mi przypomniał tę zabawną historię, że jak kiedyś dawno temu, gdy jeszcze Mieszka nie było byliśmy wszyscy w Rzymie, to przy tych Boca della Verita Ty złapałaś za nogę jakiegoś Japończyka bo Ci się pomyliło!
  • Pamiętam to. Chciałam uciec z tej patusiarskiej rodziny JUŻ wtedy. Ale oni mi tylko zdjęcia chcieli robić! 🙂

Jaka chałka?

  • Synu, Ty zjadłeś już tę chałkę, którą miałeś do szkoły?
  • Jaką chałkę?
  • Tę mini-chałkę, którą rano kupiłam.
  • Nie.
  • Czyli jak odwoziłam Lilkę to pożarła ją Bibi. Trudno, będziesz miał samego rogalika.

Bo odwożąc Łucję zajrzałam do piekarni i wyposażyłam ja w śniadaniówkę. Był również zestaw dla Lilki, który ta dostała chwilę później, i zestaw dla Mieszka, który położyłam na stole w kuchni i KTÓRY po drodze został rozpakowany przez psa… Bywa. Poniedziałek! U Lilki losowanie Mikołajkowe, co miałam nadzieję nie nastąpi, pod koniec tygodnia chcę się wyrwać na jedne targi, a w piątek mamy Black Friday, którego w tym roku NIE świętujemy… W weekend marzy mi się wykonanie jednej pracy naprawczej w domu, a w niedzielę wywozimy do dziadków dwa ostatnie rowery. Miałam zamysł, że młody będzie śmigał całorocznie do szkoły, ale kierownica jest lodowata, a i sam sprzęt się bardziej niszczy moknąc i marznąc pod plandeką przed domem. Cała ekipa ma sporo do nadgonienia w szkole, ja też nadganiam, LECZ przed chwilą byłam na małych zakupach. Po olej słonecznikowy, który lubimy do sałatek, chleb i banany, które są bardzo chodliwym towarem u nas w domu. No i miłe, że do końca listopada tylko 10 dni!

aklimatyzacja

  • Mamo, smutno mi.
  • Ojej, Lilusiu. Co się stało? Listopad, szkoła?
  • Dostałam jedynkę i nie wiem dlaczego.
  • W dzienniku jest? Zapytaj się jutro Pani co źle napisałaś.
  • A jak się zdenerwuje?
  • Powiedz, że chcesz poprawiać i nie wiesz co źle napisałaś. I że chcesz nad tym, czego nie umiesz, dokładnie popracować. Chcesz popatrzeć na włoskiego tindera?
  • A masz?
  • Mam. Screeny zrobiłam. Taka byłam sprytna.
  • Ale żeby tu włączyć to się nie odważysz…
  • Wiesz dobrze, że ryzyko za duże. Znowu jakiś rodzic Twojej koleżanki wypłynie, albo logopeda Mieszka 🙂
  • Oni wszyscy wyglądają jak bliźniaki!
  • Fakt. Piękni są! A ten mi od razu kwiatki przysłał!

Rzeczywiście w domu włączyć strach, za to na wyjeździe na TAK pięć minut, żeby POPATRZEĆ, włączyłam! 🙂 Popatrzyłyśmy TERAZ obie, JEDZĄC przy tym parmezan (o tym co jeszcze przywieźliśmy macie na szafie), bo z Lilką można pobawić się w degustacje RÓŻNYCH rzeczy i panna ruszyła do nauki! Jutro szkoła, sprawdziany i spraw a spraw!

Foto-WRZUT ostatni:

jeśli macie wrażenie, ze PODOBNE foto było, to fakt było. Tylko z innymi autami 😉 Stałam i robiłam zdjęcia. Dzieci przeszły (widać je jak stoją po lewej stronie od bramy głównej i czekają), a ja nie mogłam się zdecydować, który kadr będzie najlepszy 🙂
Tego WIELKIEGO kaktusa widzicie???
wybrzeże przy Tybrze
piazza Navona

śnieeeg!!!

Macie? Sypie u Was? Technicznie rzecz biorąc większość się rozpuszcza, ale z tego co jest tworzą się czapy na autach i drzewach (qrcze, muszę zaraz wnieść moje drzewko oliwkowe do domu). Łucja dziś pojechała do teatru – z Matim i jego babcią oraz klubem seniora jego babci 😀 i bardzo dobrze. Mieszko siedzi przy kompie, z Lilką przed chwilą robiłam późne śniadanie, LECZ wcześniej byłam po prostu zajęta. Z Mieszkiem wczoraj obejrzeliśmy Blue Beetle (przyjemne) i na twittera wrzuciłam Wam filmik jak kusimy LILKĘ, by zeszła z góry i do nas dołączyła 🙂

Dziś napiszę Wam o Watykanie. Bo mieszkaliśmy w sumie niedaleko (zresztą w Rzymie wszędzie jest blisko) i byliśmy tam 2x. Pierwszy zaraz po przyjeździe, kiedy przypadkiem trafiliśmy na niedzielną mszę. I bardzo Wam to polecam. Niezależnie od stopnia wiary czy zaangażowania religijnego jest to wydarzenie mistyczne. W książce, którą ostatnio słuchałam jeden bohater mówi do drugiego: Rzym bez Ciebie, to jak Watykan bez papieża i parafrazując można powiedzieć: Watykan bez Polaków, to jak Watykan bez papieża. My realnie robimy tam atmosferę. Stała taka grupka nastolatków z boku (oni byli jakąś większą wycieczką) i tak buńczucznie burczeli pod nosem: To nasz plac jest. Tak. Uzurpujemy sobie prawo do papieża i Watykanu, ale bez nas, to byłby tylko kolejny piękny zabytek. Gdy papież pozdrowił pielgrzymów z Polski plac ryknął. RYKNĄŁ. Jak na meczu piłkarskim. Obok nas była grupka z Ameryki Południowej, która pięknie zaintonowała: Vivat Papa i nawet mi było głupio, że oni tak melodyjnie, a my tak po zwierzęcemu, niemniej jednak Polacy na placu świętego Piotra to większość. Nie wchodziliśmy wtedy do bazyliki, bo ludzi było sporo, za to innego dnia, wieczorem podeszliśmy ponownie. Było pięknie i pusto. Też niezła akcja, bo w Watykanie można się wyspowiadać. I stały konfesjonały w różnych językach i ludzie podchodzili. Nie było z tym problemu, nie było kolejek i tak sobie nawet pomyślałam, że jeśli masz potrzebę oczyszczenia albo porozmawiania z osobą duchowną, to po czymś takim, w TAKIM miejscu uczucie lekkości i szczęścia musi być ponadprzeciętne.

I pozostały Rzym: Piazza del Poppolo, Panteon, Muzea Kapitolińskie, które zresztą były jedynymi muzeami, jakie odwiedziliśmy oraz Bocca della Verita. Te dwa ostatnie sprzęgły się z fochem mojego aparatu, który chyba muszę odwieźć na serwisu na przegląd… Bo w tych zbiorach pod Kapitolem jest oryginalna wilczyca i wielki kamienny Oceanid, który mi na zdjęciach się rozmazał. Podobnie było z ustami prawdy, gdzie powstało naście zdjęć i tak naprawdę nie udało się żadne! Chcieliśmy wejść także do Willi Borghese, ale była tam akurat wystawa Rubensa i to to samo co z Picassem u nas, że biletów nie było. A muzea Watykańskie nam odpadły, bo zabrakło czasu.

Lilka przekraczająca łańcuch z kłódek

pokutuję

Gdzieś kiedyś usłyszałam, że z urlopu powinno się wracać w sobotę, żeby mieć JEDEN dzień na przestawienie. Gdyż? Jak wracamy w niedzielę wieczorem, to cały tydzień gonimy w piętkę… No właśnie. Bo tak to u nas teraz wygląda!

Plusem formy zatrudnienia jaką wybrałam jest możliwość dowolnego przesuwania godzin. Od poniedziałku do soboty, byle się ilość godzin zgadzała… No i tak sprytnie poprzesuwałam sobie i ja, zawalając czwartek, piątek i sobotę. Efekt? Spodziewany… Na dodatek wczoraj pojechaliśmy jeszcze po Bibi i na to lotnisko. Btw. to niezła akcja, bo w samolocie siedzieliśmy tuż koło stewardess i one gadały, że na poprzednim locie ktoś zostawił urządzenie do eos-a, a jeszcze wcześniej ktoś zostawił tablet. I zasada jest taka, że WSZYSTKO znalezione w samolocie musi zostać na ziemi, bo to segment tzw. dangerous goods, czyli rzeczy, które mogą być potencjalnie niebezpieczne w powietrzu. Mega ciekawe to było, lecz powinno mi było zapalić światełko w głowie, że wszystko co się dzieje, ma cd (ZAWSZE TAK JEST). Bo PÓŹNIEJ ja zostawiłam MÓJ aparat, co odkryłam kolejnego dnia rano. Nie wiedziałam gdzie go zgubiłam, bo może został na włoskim lotnisku (?), ale na szczęście wniosłam go na pokład i został z niego WYŁADOWANY w Polsce, zanim różowy samolot odleciał do Gruzji.

Lot był opóźniony, bo w silnik wleciał ptak (naprawdę naszymi przygodami można pół miasta obdzielić), więc wylądowaliśmy dużo, dużo później. Jak kładąc się spać spojrzałam na budzik i odkryłam, że mamy 4 godziny snu, to postanowiłam, że w czwartek nikt do szkoły NIE idzie, chociaż Mieszko miał plan, że powie księdzu, że był na mszy z papieżem i poprosi o szóstkę z religii. Niemniej jednak przespał, bo pobudzili się po dziesiątej…

Miło? Tak średnio, bo w domu nie było nic do jedzenia, a ja musiałam gdzieś tam pojechać! Za to dziś rano byłam na rynku kupić przysmaki dla sąsiadów, co to im się TAK odwdzięczam za opiekę nad kotem (oni nie chodzą na zakupy, bo nie gotują w domu, lecz DARY tego typu zawsze ich cieszą) i na odczulaniu z Lilką (przechodzimy na tryb 1x w miesiącu, czyli JUŻ będzie luźniej). Powoli wszystko więc OGARNIAM!

Foteczki set kolejny. Zalinkuję Wam również pięć rolek, które wrzucałam na bieżąco na Insta. Wylot, wizyta na Campo di Fiori, Lego Store w Rzymie, zakupy w AS Roma, gdzie Łucja kupowała Matiemu breloczek (ależ sprzedający był szczęśliwy, że nareszcie jakieś dziewczyny są w sklepie!) oraz Hot Poty, gdzie wpadamy na jedzenie przed wylotem (byłam tam też z pannami i te posiłki tam są wyjątkowo sycące).

to zdjęcie bardzo mi się podoba, bo z obu ich stron siedzą mewy 🙂
a tu macie esencję Mieszka. Podwinięte nogawki i rękawki. Oraz jak parkują w Rzymie. W poprzek, jeśli masz wystarczająco krótkie auto!
to jest redakcja jednej z najważniejszych włoskich gazet
tę białą torbę z aparatem i obiektywami zostawiłam właśnie pod siedzeniem… Śmieszne, bo babeczka z którą rozmawiałam wczoraj rano z tego biura rzeczy znalezionych powiedziała, że JEST torba z tego lotu, znaleziona pod miejscem przypisanym do mojego nazwiska, LECZ ona nie JEST biała, więc powiedziałam, ze WIEM, bo mi się pobrudziła!
TO CHYBA było poidełko dla psów
O Watykanie będę jeszcze mówić
a to jest mega akcja. Grafiki tego gościa CHCĘ kupić, ba nawet WIEM gdzie, a on okazuje się, że po Travestere TEŻ rozklejał plakaty!!
To był ten niesamowity kościół ze śpiewającymi zakonnicami
wejście na Piazza del Poppolo
Apple store w TAKIM budynku! Oko Lilki na 1-szym planie
skuterów MAŁO. Wszyscy śmigają na hulajnogach elektrycznych

Miasto synów wilczycy po raz trzeci!

A może mamy dość tego Rzymu? No nie… Nie ma opcji! To jest takie miejce, że zawsze jest idealnie! W sumie miał to być wyjazd na 13-urodziny z JEDNYM – tym razem trzecim dzieckiem (bo z pannami JUŻ przecież byłam), ale pojechaliśmy wszyscy. Mieszkowi podobało się bardzo i tyle mieliśmy bonusów sytuacyjnych, że był to wyjazd wspaniały! Mam baardzo dużo zdjęć i właściwie to od rana je przeglądałam, żeby w wielkich bólach zostawić WYŁĄCZNIE dwieście odrzucając kilka razy więcej. Po prostu TAM, nie ma znaczenia, gdzie wcelujesz aparat, bo ZAWSZE widoki są niezwykłe… Btw. zgubiłam aparat, ale okazało się, że został w samolocie i dziś jechaliśmy JESZCZE na lotnisko, bo go znaleźli! Co jeszcze niezwykłego było? Trafiliśmy na mszę z papieżem, czego nie szukaliśmy, ot po prostu byliśmy obok Watykanu i to co się działo przy bramkach przy wejściu na plac było niesamowite. Ludzie rzucali do siebie te koszyki do prześwietleń, żeby jak najszybciej dostać się do środka. Ach, no i w środku była Pieta. Z dziesięć lat jej nie było, bo ją odrestaurowywali i mówiłam dziewczynom, że tu POWINNA być i nie wiem kiedy będzie. A tym razem weszliśmy i BYŁA. Powiedziałam Mieszkowi, że to Mona Liza rzeźb. Nie ma ważniejszej. No i urzekła go Fontanna di Trevi. Zaczęliśmy tradycyjnie od Schodów Hiszpańskich, a potem wyszliśmy na nią, schowaną i wyskakującą zza zakrętu jak to ona i młody powiedział: Schody przy niej, to było nic.

Na lotnisku (Fiumcino to będzie moje ulubione lotnisko) stał fortepian i co chwilę ktoś siadał i grał. Jakiś czarnoskóry podróżny odstawił w którymś momencie laptopa i zagrał tę muzykę z Listy Schindlera. Płakałam jak bóbr. Koło Mieszka natomiast siedział jakiś developer, który na swoim wyczesanym sprzęcie tworzył grę (wiecie, jakie to było dla niego ekscytujące?).

Jedzenie w Rzymie było pyszne, chociaż Mieszko pochłaniał głównie pizzę, panny łaziły w końcu z nami, pogoda była cudowna i po raz kolejny powtórzę, że jak jechać w takie miejsce to TYLKO po sezonie, bo jest luźniej. Dziennie robiliśmy około 30 km, więc odciski (pomimo karty miejskiej) mamy konkretne. Szczegóły jeszcze będą w kolejnych dniach, a na razie kilka fotek.

widzicie to? NIE DA się NICZYM zepsuć tych widoków. W tle kościół, właśnie minęliśmy Tybr, a na murku śpi robotnik. I wszystko do siebie pasuje. I znaki drogowe i rzeźba podobna do kapliczki i skutery i nawet ta plastikowa osłonka chroniąca rozkopaną drogę.
ściana z klocków w Lego Store
wręczam Mieszkowi na przechowanie torbę, bo idę z Lilką robić sobie zdjęcie- zwróćcie uwagę na skarpetki z Biedronki 😀
Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Tam była jakaś wystawa i napis był ze światła
kłódki są wszędzie. będzie ich więcej

Dzień rogali i dzień EMOCJI

  • Mieszko, zainstalowałeś już sobie tę lotniczą apkę? – zapytałam gdy wróciłam z biegania.
  • Tak.
  • To bookuj miejsca. Już czas.
  • Mamo… Ale się nie da… Trzeba zapłacić.
  • Niemożliwe. Jest poniżej 24 h. Powinno być bezpłatnie…
  • I jest tylko jeden lot.
  • Czekaj. Zaloguję się przez kompa… K_va. Lot był dzisiaj rano! Kiedy mi się ta data tak źle do głowy wbiła???! Puff…Byłam pewna, że to JUTRO! W niedzielę!!!! Nawet nocleg mamy opłacony od jutra!!!

Nabijałam się przez lata z sąsiadki, co na urlop się spóźniła o jeden dzień, ale jak okazuje się JA nie lepsza… Aż mi wszystko zastygło, że tak nawaliłam, a najgorsze, że nie wiem w którym momencie zakodowałam nieprawidłową datę. I tak się zastanawiałam wczoraj wieczorem co oni mi meile o rozpoczęciu odprawy przysyłają… Niemniej jednak zastosowaliśmy kosztowny wariant b (i na tyle było by zysku z korków) i wylot mamy dziś w nocy. Bo wyrywamy się na krótką eskapadę! Btw.miał być to wyjazd mój i Mieszka, lecz panny powiedziały, że one TEŻ chcą JECHAĆ i NIE będą się nam narzucać, bo będą realizować swój własny program. Nie mam ich zresztą z kim zostawić, gdyż babcia z nimi NIE zamieszka, bo ma na głowie dziadka. Mogły by ONE z dziadkami zamieszkać, lecz wtedy do szkoły rano jechały by duuużo dłużej. Wracamy w nocy ze środy na czwartek, czyli kolejny wpis w czwartek!

Poza tym mamy Dzień Niepodległości, który nam jakoś totalnie w tych emocjach uciekł (panny były przerażone, że koniec i kropka i muszą odrobić lekcje na poniedziałek – I TAK MUSZĄ :), ale za to rano byłam na parkrunie, gdzie zrobiliśmy ciut dłuższą trasę i udało się mi wykręcić 7,5 km! Bardzo to miłe, bo choć kolka łapała mnie trzykrotnie, to jest jest LEPIEJ. Ponadto na naszej lokalnej grupie objawili testerzy rogali świętomarcińskich i do zwycięskiej cukierni podjechaliśmy JADĄC do dziadków (gdzie JUŻ urzęduje Bibs).

księżyc, który dostałam od Łucji!