Dziś uśpiliśmy Klarensa. Miał takie koszmarne choróbsko nazywane kocim Aids (jak przystało na kociego wojownika) i żeby było ciekawiej, to sam wirus atakujący otrzewną ma kształt koronowirusa. Gość miał poszarpaną szczękę, lecz gdy zaczęło się to w końcu wygajać, okazało się, że wcale nie robi się silniejszy… No i wyszło na to, że ma TO, co dziesiątkuje kocią populację (a jak sięgam pamięcią to położyło też wszystkie małe kociaki, które adoptowałam ze schroniska). Dok powiedziała: Jedyne co mogę zaproponować to eutanazja. Nie ma lekarstwa. Może jeszcze chwilę żyć, ale trzeba to zrobić… Będzie żył tydzień, maksymalnie miesiąc. Wytrwał ponad cztery tygodnie czując się zupełnie dobrze. Ze świetnym apetytem, żrąc również psią karmę, jak przystało na kota wychowanego przez psa i wychodząc czasem z domu, choć maksymalnie na 10 minut. Dziś pojechałyśmy z Lilką po prezenty na szkolne Mikołajki i zadzwonił do nas Mieszko, że z kotem się coś dzieje. Że nie może ustać na nogach… Gdy wpadłyśmy do domu, Mieszko płakał, a kot leżał z pianą na pysku. Pojechałyśmy we dwie do weta, kocur po drodze się ocknął, ale miał cały czas drgawki, więc weszłyśmy i poprosiłam, żeby TO zrobić. Uśpić go. Agonia mogła trwać do rana i sensu nie miała żadnego.
Zawsze miałam wyrzuty sumienia, że go zabrałam z drugiego końca Polski, by go MIEĆ. Ale chciałam mieć kota, bo kot to NIE pies, a ja chciałam mieć ZNOWU kota. Tylko, że TEN kot tam miał rodzinę, wolność, a tu trafił między obce koty, które go tłukły tak długo, aż on zaczął im oddawać. Ale lubię widzieć we wszystkim jakiś sens (wiem, że to głupie) i to był kot, który był dla mnie ważny. Przede wszystkim gdy go przywiozłam byłam już po rozwodzie i czułam się odrzucona przez cały świat. Rozwódki to średnio pożądany towarzysko produkt, a jeszcze z dzieciakami, to proszę Was… A ON mnie wybrał. Czarno-biały kocur. IDEALNY. Taki, jakie lubię najbardziej. Miał 8 miesięcy i przychodził do mnie. MNIE. Przynosił mi krety i myszy. I cały ten okres był takim symbolem samczej siły i waleczności. A może to, że odpuścił i go już nie ma, tzn. że ja już tego nie potrzebuję?
Chciałam jutro wracając z biegania kupić mu choinkę, żeby zdążyć. Bo ON uwielbiał choinki. Kładł się pod nimi z miną: „nareszcie coś mądrego zrobiłaś i wstawiłaś dla mnie drzewo”. Ale nie zdążyłam. Za to szykuje mi się weekend sprzątania. Wirus jest silny, nie wiadomo czy nie ma go Miaustra (nie powinna mieć, bo oni się unikali), ale nie mamy zielonego światła na koty nawet dwa lata (tak vet uprzedziła). Ściągam koce i pledziki, na których leżał i razem z poduchami i swetrami, których BYŁAM jak go ostatnio brałam na ręce. Zbieram to i układam w pralni i góra jest już spora. Są tam również dywaniki z kuchni, bo na nich siadywał…. Zanim to się stało, myślałam, że śmierć w walce była by najlepsza, ale cieszę że byłam koło niego w tym momencie. Leżał by gdzieś na polach, a tutaj mogłam go głaskać. To był mój kocur.
<>
Dodam bo to ważne, że pomagała mi Lilka i jest niesamowita. Przy tych swoich obsesjach, że ją zostawię i odjadę, zrozumiała sytuację na tyle, że gdy ja siedziałam w aucie pod lecznicą, ona poszła do środka, ustaliła, kto jest ostatni w kolejce, powiedziała, że my jesteśmy na zewnątrz z chorym kotem i wejdziemy w ostatniej chwili. Była tam parokrotnie, a później jeszcze pomagała mi przy samym zabiegu. Znalazłam Wam wpis z obchodów JEGO pierwszych urodzin. Przywieźliśmy go pod koniec lata 2015, a urodziny zrobiliśmy mu trzy miesiące później – 24 listopada, na Katarzynki. Czyli, że urodził się w listopadzie 2014 roku.
Pokażę Wam za to JEGO pierwsze zdjęcie. Miał wtedy jakieś 6 tygodni, mieszkał z rodzeństwem w donicy za oknem i był to Sylwester 2015! Taki to był kocur. Piękny, dumny i silny.

