cierpienia pierwszego świata

  • Dziewczyny kojarzycie taki filtr, który pokazuje jak konturować twarz? Takie lustro, gdzie zaznacza którą część przyciemnić, a którą rozjaśnić… Potem babki się malują dokładnie tam gdzie zaznaczono.
  • Jest takie coś na Tik-Toku.
  • Wspaniale Lila. Znajdź mi to. Czuję, że muszę mieć tutorial do malowania.
  • A jaki chcesz efekt osiągnąć?
  • Chcę być piękniejsza.
  • To będzie trudne…
  • Łucja, CIEBIE NIKT nie pytał.

Zachwycałam się moim życiem z pracą on-line i oto nadszedł tydzień, gdzie aż CZTERY dni mam poza domem. Jeden dzień na stałe będę mieć poza domem (buuu), a w tym tygodniu mam jeszcze jakiś zlot. Wiecie jak to boli, kiedy człowiek buduje sobie to życie w dresiku, a oni chcą gdzieś mieć mnie na mieście?? Poza tym mam, aż dwie wizyty lekarskie z Lilką i chyba dojdzie mi kolejny dzieciak na korki. A tak było dobrze!!!

Orzechy. Dużo ich uzbierałam tej jesieni. W łubiankach przed domem jest jakieś sześć kilo i mądrość tej jesieni brzmi: Wszystkie orzechy spadają tej samej nocy. Wszystkie ze wszystkich drzew. Coś jak winobranie, albo pigwy. W pozostałe dni spadają pojedynczo po deszczach i wiatrach, ale jedna noc była taka, że wszystko tymi orzechami było usłane. Zbieram z takich przydrożnych drzewek na spacerze z Bibs.

kalosz spacerowy i orzechowe łubiany- zbieram już do tej co na ziemi stoi

ciągle pada

Rano do mojego pokoju weszła zapłakana Łucja:

  • Ojej, kochanie, co się stało??
  • Właśnie oglądałam fretki. One są takie słodkie! Trzeba mieć parę i lubią się wspinać! I patrzyłam na strony adopcji i tak dużo ludzi chce je oddać! To takie smutne!
  • Straszne! Nie chcą takich słodkich stworzonek?
  • Bo one przegryzają kable… Postanowiłam, że MOIM domu będę miała fretki.
  • Wspaniały pomysł! Kable przecież można pochować! A co na to Mati?
  • Jeszcze śpi.
  • Jak się obudzi, to na pewno odpisze, że też o nich marzy.

Niestety odpisał, że jak przegryzają kable to nie chce, ale przecież w JEGO części domu nie musi mieć fretek! Niespodziewane! 😀

Niedziela. Zrobiłam Dal soup i bardzo Wam to danie polecam! To taka zupa, na którą Łucja jeździ do jednej indyjskiej knajpy, bo tam podają najlepszą. Wersja, którą wybrałam ja, ma dynię i batata, a ponieważ miałam mało czerwonej soczewicy, to wrzuciłam też garść grochu. Schodzi do niej suszony imbir i kurkuma, czyli przyprawy, których mam jakoś za dużo, bo ciągle ucieram świeże. Można ją zamrażać i chyba będzie się u nas czasami pojawiać! Zawieźliśmy ją też dziadkom i tam zrobiliśmy zamiankę z rosołem, którego dla odmiany fanem jest Mieszko!

Mazurskie kurki. Siedziały takie ceramiczne cuda na oknie naszej kwatery i podziwiałyśmy z Lilką, która najpiękniejsza!

W pogoni za jesiennym romantyzmem

Parę lat temu urzekła mnie idea skandynawskiego hygge. Małe przyjemności, cielesny dobrostan, koncentracja na tu i teraz. Spowolnienie i odpuszczenie. Och, jakież to strasznie nieosiągalne! Co wyprowadzę jakiś temat i się rozprężę, to drzwiami i oknami zwalają się kolejne!

Pomyślałam, że pojedziemy na jedną romantyczną wystawę… Zabraliśmy Matiego, ja odpuściłam poranne bieganie, żeby nie być tak zryta (jutro rano sobie pobiegam) i ruszyliśmy. Elegancko, NIE na żadnym zakazie zaparkowałam… I co? I wystawa jest od połowy listopada! 😀 Kupiłam więc bilety na INNĄ wystawę, na którą dziś NIE było już miejsc i po prostu pospacerowaliśmy!

Za to RANO wypchnęłam jeden pracowy temat, zrobiłam niezły obiad i wykonałyśmy z Lilką wianki! Nasz już wisi – wyszedł nam trochę asymetrycznie, za to dziadków jest uroczy!

Jak wojna, to na wszystkich frontach, jak pokój, to w suterenie.

-„Cudze Pole”, czyli książka co leci mi w aucie

NIE jest zimno. Ale jest mokro i wilgotno. Palimy DZIŚ w kominku i włączyłam do prądu piecyki na piętrze. W nocy bywa już dość zimno. Miałam nadzieję, że dotrwam do listopada ze zmianą opon, ale muszę pomyśleć o tym już TERAZ… W sumie, to jak pojadę do serwisu, to wypadałoby RÓWNIEŻ zrobić zaległy przegląd, co to w lecie NIE zrobiłam. Łucji jeszcze nie ma, a mieli dziś w szkole akcję, że jakiś palant rozpylił gaz pieprzowy i wszyscy musieli się ewakuować natychmiastowo na zewnątrz budynku. Panna z dekoltem w serek spędziła długi kwadrans na boisku i mam nadzieję, że mi się nie przeziębi. Byłam też w sklepie z Mieszkiem i zakupy z nim to ZAWSZE zakupy mięsne. Parówki, kabanosy weźmy, matko, może te grube też? Potem szyneczka, skrzydełka na obiad i jakiś większe coś na jutro, lecz jeśli myślicie, że lodówka pełna, to błąd. On jest typowym chłopcem, który POŻERA wszystko. Kabanosy już zniknęły, połowa parówek też, a szynki zostały ze dwa plasterki… Weekend zaplanowany w BARDZO dużym zarysie, bo zobaczymy jak się ta gwiazda najstarsza będzie czuła!

jeszcze z wczoraj dostałam! 🙂

to już prawie weekend

Leży projekt dom – LEŻY, LECZ wczoraj zaczęłam używać płynu do czyszczenia fug! Ten cudo wynalazek był na mojej liście marzeń na ten rok! Nie kupiłam sobie TEGO preparatu, o którym marzyłam najbardziej, ale mam inny. Jakoś tak, jak muszę coś kupić przez Internet to jest to cały proces. Muszę iść po kartę, siąść z laptopem i… WYDAĆ. Za to jak byłam w sklepie na literę D, z tanią niemiecką chemią, to zobaczyłam, że jest taki i to za 1/4 tej ceny. No więc wzięłam, postawiłam na podłodze w kuchni i wczoraj rano odkryłam, że zaczyna go łączyć ze ścianą PAJĘCZYNA… Tak wiec UŻYŁAM i jest to rewelacja! Normalnie jakby sobie nową podłogę sprawiła! Polecam 🙂

I byłam wczoraj na motankach! Nie miałam czasu zupełnie, tyle się dzieje, że gdybym miała iść SAMA, to bym pewnie w końcu NIE pojechała, lecz strasznie mnie o to cisnęła znajoma. Dzwoniła przypomnieć, potem zapytać czy już napisałam do prowadzącej, potem zaproponowała, żebyśmy jechały JEJ autem i w ten oto sposób dotarłam. Zrobiłam Ziarnuszkę, czyli laleczkę, która ma zapewnić dostatek. Taką, w którą wkładamy intencje i to wszystko co nas ostatnio otaczało i może zaprocentować. Rok temu robiłam dziesięciorączkę i to co się dzieje teraz, te ostatnie pół roku, jest niesamowite. Nie sądziłam, że będzie mnie otaczać taka różnorodność tematów, dynamika pracy i bardzo mi się to podoba. Miło by było, żeby to wszystko szło w parze z dobrobytem, ale i bez tego czuję ogromną wdzięczność, że można tak żyć jak ja teraz. Każdorozowo jestem też zauroczona kobiecą energią na takich spotkaniach. Tworzenie tworzeniem, ale to po prostu są zawsze bardzo miłe wieczory. Gadamy o mitach prasłowiańskich, o symbolice (jedna babeczka była florystką i to co robią też floryści na Instagramie to dzieła sztuki), czarownicach – przyszło Wam do głowy, że Zośka ze Znachora w innych czasach to by mogła spłonąć? Samotna, silna i zuchwale głosząca, że ona sobie da radę! Moja Ziarnuszka ma spódnicę ze spodni z mojej piżamy i fartuszek z kawałka jeansu, który został odcięty od nogawek spodni Łucji 🙂

NIEzwyczajny skowronek

Miałam z dziećmi pogadankę o docenianiu. Zaczął Diabli, który nazywa swoich pracowników „dziećmi”, bo ciągle któregoś ratuje. A to dwie dziewczyny kupiły sobie wycieczkę do Egiptu, ale NIE pomyślały, że muszą mieć paszporty i on je IM przez konsulat wyrabiał. A to walnie gadkę moralizatorską, albo zmusi ich, żeby zapisali się na wybory (NIE wpłynęło to na wyniki, bo po sobotniej nocy musieli ODESPAĆ i na ŻADNE głosowanie nie pojechali). A ostatnio powiedział pracownicy, że jest z niej dumny i wielki wzrusz był, gdyż okazało się, że NIGDY wcześniej, od NIKOGO, takiej pochwały nie dostała.

No więc zagadałam czy WIEDZĄ, że jestem z nich dumna? WIEDZĄ. I nawet uważają, że uważam ich za jakichś superbohaterów, bo wierzę za mocno. To dobrze. Szczególnie w przypadku dziewczyn. Myślę, że każda dziewczynka, której dzieciństwo zahaczyło o lata 80 i wcześniej oraz TAKA, która miała brata, miała taki kompleks, że rodzicielską wiarę przelewano na syna. Córka? Niech będzie jakakolwiek. Moja mama to nawet pamięta zdumienie rodziny, gdy dziadek postanowił, że JEGO córka idzie na studia. Ale po co jej to? Bo możemy, więc czemu nie?

Więc moje dzieci wiedzą, że jestem dumna. I tak sobie myślę, że gdyby uważali, że w nich nie wierzę, mogli by chcieć mi coś udowodnić. Albo rywalizować między sobą. A NIE muszą!

ZA to Łucja – WCZORAJ- może na skutek, tego, że ostatnio ciągle ta Lila i Lila zwróciła na siebie uwagę… Otóż panna mi zemdlała w pociągu. Na szczęście w pierwszym wagonie, gdzie jest pracownik kolei i znalazła się grupa ludzi, która ją ratowała. A potem czekali na mnie, żebym ją odebrała. Nakrzyczałam na nią, ale nie dlatego, że byłam zła (co jej zresztą wytłumaczyłam), lecz żeby stworzyć wrażenie, że nad czymkolwiek panuję. Babeczka, która koło niej siedziała opowiedziała jej, że rok temu jej córka w metrze zemdlała i ona nie mogła być obok niej, a ja jednak jadę! I powiem Wam, że może by i się chciało zarabiać więcej, ale ja absolutnie nie mogę mieć innej pracy. Tylko taką, która pozwala mi w dowolnym momencie wyjść i gdzieś tam do nich jechać.

DZIŚ więc do szkoły NIE poszła. Środy są BARDZO obłożone, więc chociaż wydaje mi się, że nie jest to nic poważnego (oczywiście muszę to sprawdzić), to na TEN jeden dzień została w domu. ZA to pojechałyśmy zrobić fotki do kalendarza dla dziadków (na listopad). Jeszcze tylko któregoś dnia muszę Lilkę z Mieszkiem gdzieś jesiennie obfotografować!

Najczarniejsza otchłań okazuje się zawsze źródłem największego szczęścia.

-„Cudze Pole”, czyli mój nowy audiobook w aucie.

Rano miałam wizytę z Lilką u neurologa. Czekaliśmy na spotkanie dwa lata i w końcu się odbyło! Chodziło o to, że dwa lata temu, na wakacje, panna mi zemdlała. Wzywałam w nocy karetkę, a potem przez trzy dni panna była w szpitalu na obserwacji. Sytuacja powtórzyła się rok później, no ale wtedy mieliśmy już TERMIN. Panna ma także problemy z zasypianiem oraz migreny (musi zacząć prowadzić dzienniczek bóli głowy). Poza tym spotkanie minęło dobrze, ku wielkiej radości Liliany są skierowania na kolejne badania (rezonans i EEG – i to będzie za 4 miesiące) oraz rozpoczyna terapię z psychologiem (też w okolicach lutego). Potem podrzuciłam ją do szkoły, a ponieważ okolica jej szkoły obfituje w hipsterskie miejsca śniadaniowe ZAPROSIŁA mnie w jedno z nich na rollsa z ciasta półfrancuskiego (takiego zmiażdżonego croissanta w kształcie rolady) i latte na owsianym 😀 Byli tam ludzie ze skundlonymi pieskami, którzy jedli jajecznicę na śniadanie lub załadowane bajgle. I to jest niezłe, że każda panna ma coś niezwykłego w tej swojej szkole. Łucja uwielbia te aesthetic poranne widoki, zamgloną rzekę, którą codziennie fotografuje i wielki gmach swojego budynku, za to Lilka doskonale się czuje w licznych miejscówkach z jedzeniem, które otaczają JEJ miejsce.

Donica! Wczoraj ją uporządkowałam i doszła ozdobna kapusta! Kapustę przywieźliśmy z Mazur, bo jakoś tak nie byłam przekonana do wrzosów w tym roku (dlatego TYLKO jeden wrzos jest). Te ozdobne kapusty są zimozielone i jednoroczne. Mniejsze wersje przekazaliśmy babci, a u nas wkopałam duże, kolorowe GŁĄBY. Nie widać tego dobrze, LECZ jest ich cztery. Jedna zielona, jedna z fioletowym środkiem, jedna z białym i jedna taka mini z różowymi żyłkami. Wycięłam również GAŁĘZIE sąsiadki co mi drapały auto i teraz muszę tylko przygotować na jesień ogródek!

NOWY dzień!

Ależ emocje z tymi wyborami! W tym miesiącu pracowałam przy (pewnego rodzaju) latarniku wyborczym i nigdy wcześniej TAK bardzo nie wgryzałam się w programy i polityczne działania. Podobało mi się to zajęcie, ale moje zaangażowanie też odpowiednio urosło. Zobaczymy co będzie teraz, ale priorytetem dla mnie jest połączenie naszego społeczeństwa. Bo to jak bardzo się znienawidziliśmy to jest absolutny i niechlubny rekord. No i niesamowita TA frekwencja. Btw. Wyżej macie budynek, w jakim głosował Diabli w Hamburgu.

A Mazury do powtórki! Zastanawiałam się jaki cel podróży można wymyślić na jesieni, bo bunkry to fajny choć jednorazowy pomysł… Sporo było wędkarzy, którzy wyrwali się z dużego miasta na męski weekend, trafiliśmy na dwie ekipy rowerzystów (36+) płci mieszanej, którzy mieli program max, no i grzybiarzy. Aut z całej Polski, które parkowały sobie przy leśnych ścieżkach, było mnóstwo! Czyli MOŻE jechać tam na jesieni na GRZYBY?? Niezwykle nam ta październikowa aura nad jeziorami pasowała! Mniej było punktów z jedzeniem niż w sezonie, ale Mrągowo ma takze kilka naprawdę świetnych, CAŁOROCZNYCH, miejscówek na obiad.

„Prześladowały” nas małe kotki. Tam gdzie mieszkaliśmy przyszła dzika kocica i przyprowadziła kociaki. Jak szliśmy rano przez Mikołajki znaleźliśmy budkę dla bezdomnych kotów, gdzie siedział mały zmarznięty rudzielec, a gdy zatrzymałam się po grzyby (kupiliśmy kilka kozaków i prawdziwków) razem z gościem z jego domu wyszło kocie stadko. Same tygryski z żółtymi jak sowy oczami. On szedł, a one za nimi biegły. NO więc NIE, nie da rady. Miau jest terytorialna i absolutnie nie zniesie innego kota w domu. Gdy wyjeżdżaliśmy i ona zorientowała się, że AKCJA: WYJAZD weszła pod łóżko. „Wszystko wytrzymam, ale stąd mnie nie zabierajcie!” Ona kocha nasz dom (może nawet NAS?) i nie możemy jej tego zrobić. Tylko więc pozachwycaliśmy się tymi cudami!

Poniedziałek. Dziś młodsi mają wolne, a Łucja ma mniej lekcji. Jutro mamy jedną wizytę lekarską, a w piątek dalej odczulam Lilkę. Muszę posprzątać w aucie i chcę uporządkować donicę przed domem. Powinnam też przyciąć krzaki sąsiadki, które wystają na część drogi wspólnej, gdzie ja parkuję i trochę drapią mi auto.

Bunkry!!!

  • Lila, śpisz? Sprawdź mi w Internecie jak naprawić wskaźnik paliwa.
  • Co mam wpisać?
  • „Dacia, nie działa czujnik ilości paliwa”…. Przejechaliśmy jakieś 100 km od tankowania i nic nie spadło. Powinno spaść. Jeśli nie będzie działać, nie wiem kiedy się skończy… Mogę to chyba jakoś wyliczyć…
  • Pisze, że jak dotrze do rezerwy to się samo naprawi. Bo to się czasem tak blokuje.
  • No to luz. Może jak dojedziemy i silnik się schłodzi to też zadziała. Łucz, daleko jeszcze?
  • Nie. Mamo, a jeśli wpadniemy do jeziora? Jak się wydostaniemy z auta?
  • Przychodzą mi do głowy dwa scenariusze. Albo próbujemy się szybko wydostać, ale wtedy woda wlewa się do środka i tracimy każdy rodzaj elektroniki jaki mamy w środku, albo siedzimy w środku i dzwonimy po pomoc licząc na to, że samochód jest szczelny. Ale na ogół do jeziora się wjeżdża długo.
  • A jeśli jest taka wysoka skarpa i zaraz za nią woda?
  • Jak w Monte Carlo?… TERAZ tak mamy?!!?
  • Tak. I to jest głębokie jezioro. BO się nazywa GŁĘBOKIE.
  • Poważnie? Ja NIC nie widzę! Rozumiecie teraz zwrot: ciemne jak mazurska noc??

ALE nie wpadliśmy i dojechaliśmy na miejsce. Wymyśliłam bunkry, bo widziałam zdjęcie jednej śluzy z orłem Rzeszy. I wycieczka wyszła nam cudowna! Nie byłam fanką Mazur, jakoś to Podlasie wydaje mi się piękniejsze, ciekawsze i smaczniejsze, ale po sezonie Mazury są wspaniałe. Mieliśmy doskonały domek, który w sezonie kosztowałby nas za te dwie noce kwotę czterocyfrową, a tak zmieściliśmy się w 400 pln (dwie noce), gospodarz napalił w kominku PRZED naszym przyjazdem i donosił nam pod drzwi drewno z rozpałkami i było zjawiskowo. Sąsiednie domki były puste, tylko w jednym była ekipa wędkarzy z Gdańska. Z Bibi chodziłam na pola, zejścia nad jeziora były bezludne, a w miastach nie było najmniejszych problemów z parkingiem.

W planach miałam Wilczy Szaniec (w sezonie kolejka aut przed wejściem jest nawet na kilka godzin – a my po prostu wjechaliśmy), Memerki z ich wielkimi bunkrami, po których można łazić i śluza w Leśniewie (te TRZY miejsca się udały!). Planowałam też Hochwald w Pozezdrzu, ale się nie wyrobiliśmy. Wilczy Szaniec jest mistrzowsko zorganizowany (spodziewałam się bunkrów z prowizoryczną kasą), a pozostałe miejsca są idealne do samodzielnego włóczenia. DOBRZE wyszło, że była z nami Bibs, bo NIE przeszkadzała, a było z nią bardzo przyjemnie wszędzie chodzić.

Wrzucam kilka zdjęć i odpalam studio wyborcze! Ja głosowałam w Mikołajkach i ci ludzie tam byli cudowni i wyrozumiali, że ja taki żenujący materiał kręcę 🙂 Tu macie roleczkę, a niżej fotki.

Bibs tam jakieś wariacje robiła na tych płytach
a ten element się Mieszkowi spodobał. Alejki były przykryte takimi siatkami by samoloty nie widziały żołnierzy i aut ukrytych w lesie
tu oczywiście był ZAKAZ wspinania, dlatego ZA CHWILĘ Mieszko zarobi klapsa
Lili na zdjęciach NIE ma, ale mam ją idącą przez labirynt w bunkrze
widzicie ogon Bibs w wodzie?
pola obok naszej kwatery
tutaj trochę wygląda jakby jej potomkiem był jednak rottwailer a nie wilczur?

Derywacja logistyczna

Ruszamy odsapnąć trochę świeżym powietrzem! Miał jechać z nami Mati, ale taki posmarkany przyjechał z tego parku wodnego, że pomimo namów TEŚCIOWEJ zadzwonił po mamę i już wrócił do domu. Jedzie za to z nami Bibi! Mieliśmy ją podrzucić dziadkom, lecz dziadek ostatnio chorujący i mama i tak ma z nim urwanie głowy. O 12-stej mamy jeszcze odczulanie z Lilką, a potem od razu jedziemy!

Wywaliłam na dwór słonecznik, bo do naszego powrotu nie dotrwa, a ponieważ leży na podłodze, koło drzwi tarasowych, to się zaczęłam obawiać, że jakiś ptak sobie głowę rozwali próbując go zjeść. Jednocześnie Miau będzie miała telewizor przez dwa dni! Bo wracamy w niedzielę!