- Kochani, jestem absolutnym dnem. Przyszły dziś wizy i są do wywalenia, bo wpisałam złą datę – powiedziałam dzieciom równo miesiąc temu…
- I co teraz?
- Wystąpimy o nowe, Łucja.
- A mogą nam ich nie przyznać?
- Tak. Mogą nam ich nie przyznać.
- A musimy znowu za nie zapłacić?
- Niestety tak, Lila.
I wystąpiłam ponownie, ale jeżeli myślicie, że za drugim razem nie popełniłam błędu to się mylicie. 🙀 Na szczęście tym razem tylko we wniosku Łucji i dla niej wystąpiłam po raz TRZECI zakładając, że jeżeli ona jej NIE dostanie, to solidarnie pomysł ferii upada. Niemniej jednak, do trzech razy sztuka i w końcu wszystko się udało. Przynajmniej w tym temacie, bo niewiadome tylko się mnożą… Jakby nie było, za naście godzin ruszamy na dość nieprzewidywalne ferie i jest to nasz pomysł na walkę z dzisiejszą depresyjną aurą. Trochę rykoszetem nas ten smuteczek mimo wszystko dotknął, bo wczoraj wywieźliśmy do dziadków zwierzyniec… Miau była absolutnie zrozpaczona, ale wracamy dopiero za tydzień we wtorek, no i to za długo, by w opiekę nad nią ubierać sąsiadów (zresztą w domu będzie lodowato). Mamy więc dużo emocji związanych z tą zwierzęcą rozłąką. Mój ukochany Bibiofor (Bibi+termoforor) nie ogrzewał mi dziś w nocy stóp i ZMARZŁAM, bez zwierząt jest w domu źle, co potwierdził nawet txt w Tulsa King, którego włączyłam sobie wczoraj do prasowania ostatnich wyjazdowych rzeczy: Nic nie pokonuje depresji lepiej niż opieka nad zwierzęciem (właścicielka stadniny do Stallonego, który czesze uratowanego od rzeźni konia). Na straży naszego domu pozostaje jednak Roger Kosmo The Kos, 🐦który konsekwentnie okupuje krzaki przed domem (nadaliśmy mu silne męskie imię, bo mały ptaszek potrzebuje silne imię). Internet POWINNIŚMY mieć w hotelu, więc może coś na X po drodzę wrzucę. Niżej nowy wianek dla dziadków. Im i sobie zdjęliśmy świąteczne i powiesiliśmy zimowe!




















