- Jedziesz ze mną na morsowanie? – zapytała znajoma na psim spacerze.
- Nie. Mam uczulenie na zimno. Dostaję wysypki od zimnej wody i zimnego powietrza. Przechlapane.
- To ja tak mam na słońce. Dlatego lecę pojutrze do Tajlandii.
- Super! Phuket czy Bangokok?
- Z koleżanką jadę. Będziemy z plecakiem się włóczyły. Będziemy wszędzie!
- Tak najlepiej. Ja wczoraj z dziećmi rozmawiałam co myślą o wyjazdach jakie miały i mają ze mną i powiedziały, że to „character development” , i że je trudno oceniać w kategorii przyjemność…
- Każdy lubi własne rzeczy!… Syn mnie wystawił z tym morsowaniem i samej mi się trochę nie chce. Nie wiem czy na dziś nie wolałabym kocyk i showmax.
- Będziesz miała żywioł za trzy dni. Możesz dziś sobie odpocząć.
- No tak, ale jak pojadę, to będę zadowolona… Pogoda jest dziś na morsy idealna!
Na morsowanie jednak wyciągnąć się NIE dałam (wystarczy, że trafiłyśmy wczoraj z Lilką na dyskotekę na lodowisku-rolka), więc TYLKO dotarłyśmy rano na siłownię (wiem, NUDA i macie już tego tematu dosyć). ALE za to Mieszeczek zawitał wczoraj do Nara. On BARDZO chciał się TAM znaleźć, ponieważ symbolem miasta i posłańców bogów są JELENIE, a oswojone zwierzęta żyją swobodnie w całym mieście. Można je karmić specjalnymi ciasteczkami i mamy nawet to nagrane (jakoś później te ich filmiki połączę).




I dla równowagi, strudzony Mieszko, który zwyczajnie zasnął w tokijskim metrze 😀

