–pewnie i tak zasnę do tej pory 😉
Mieszko był w sobotę na paintballu. Pognaliśmy na takie właśnie urodziny, zaraz po wycince… Po drodze kupowaliśmy jeszcze prezent i wpadliśmy na imprezę z kwadransem spóźnienia. Btw. młody wcześniej bywał na laserowych bitwach, ale klasyczny paintball spodobał mu się dużo bardziej. No ale ponieważ byliśmy spóźnieni, żadnych rodziców nie było, to pomyślałam, że zostanę i potowarzyszę mamie jubilata, w tym ogarnianiu stada chłopców.
To taka bardzo ciepła babeczka, która od ponad roku ma dość solidny życiowy zakręt. Dzieci też trójka (sami chłopcy), no i została z nimi sama. I o ile mi można zarzucić, że ja jestem typem JA, to ona zdecydowanie jest typem RODZINA i naprawdę nie rozumiem jak to się mogło u niej stać. Nieważne. I miesiąc temu taka drobna blondynka postanowiła, że przejdzie Camino de Santago, czyli szlak pielgrzymów na półwyspie Iberyjskim. Skleiła już jakąś babską grupę, ale ta ekipa jest dość wierząca, a ona sama mówi o sobie, że to trochę nie jej klimaty. Podobnie jak ja, wierzy w pewną metafizykę, ale woli jej nie nazywać, więc chyba się od nich odłączy i przejdzie trasę sama. Tym bardziej, że koleżanki chcą iść od Porto, wzdłuż Atlantyku, a ją ciekawi trasa PIERWOTNA, biegnąca przez środek Hiszpanii od Ovido. Urlop zarezerwowała już sobie na koniec marca i BARDZO trzymam za nią kciuki! Mówi, że potrzebuje tego. Wyzwania, trasy i zmiany. Fajnie!

