
Taki miałam wczoraj kocioł, że dziś gdy otworzyłam kompa to odkryłam, że NIE kliknęłam publikuj na blogu… Skoro więc SOBOTA wisiała w próżni nieopublikowana, to DZIŚ macie wpis podwójny! Bo drzewa pocięte! Diabli skwitował to, że jestem „lepsza niż Lasy Państwowe” i że to były jego ulubione drzewa. Moje też… BYŁY? Były, bo wczoraj ściągnęłam ekipę do wycinki. Pocięli mi to co już leżało i wycięli inne. Takie, które stało TUŻ koło domu, było takie potrójne i nastrojowe. Ale iglaki mają system korzeniowy biegnący tuż pod powierzchnią (nie w głąb) i jak dmuchało to PODNOSIŁ się taras. Korzenie szły do góry i REALNIE bałam się, że zaraz wyrwie mi taras, podważy fundamenty, rozwali płot (to było drzewo wysokości domu) i uszkodzi segment sąsiadów. Natomiast u drugich sąsiadów chwiały się tuje. TRZY. I napierały na płot z drugiej strony. I ich NIE było, ale miałam od nich zielone światło na CIĘCIE. Ekipa przybyła w godzinę i przycięła te trzy tuje tak o półtora metra od góry. W sumie POSZŁO PIĘĆ drzew, które załatwiły piły spalinowe i czteroosobowa grupa z drabinami. Ja tylko wyglądałam co chwilę w ten chaos i krzyczałam: PANOWIE, proszę nie połamcie mi magnolii! A oni odkrzykiwali: Nie połamiemy! Jaśmin też ocaleje!
NIE wywieźli mi tych gałęzi, bo jak to powiedzieli: TERAZ mamy żniwa. My tylko jeździmy z miejsca z miejsce i TNIEMY. Przyjechać mogą za dwa tygodnie, ale już mam inny plan. Za to TERAZ ogród mam NICZYM magiczne miejsce przez które NIE da się przedrzeć 🙂
<><>
A dziś pojechaliśmy na NIEDZIELNY obiad do dziadków, lecz okazało się, że u dziadków od wczoraj NIE ma prądu. Babcia do ostatniej chwili liczyła na to, że włączą i odpali rosół, ale gdy sprawdziłam TO w necie, to okazało się, że może będzie o 23-ciej… W tej sytuacji pojechaliśmy do knajpy i tu się pochwalę, bo pojechaliśmy do chińskiej restauracji, ale takie prawdziwej, gdzie leci chińska muza, wiadomości na czterech ekranach po chińsku, wystrój jest jak w sali weselnej, a na głównej stronie menu jest zdjęcie właścicieli w strojach ze ŚLUBU. Knajpa mieści się w takiej chińskiej „dzielnicy”, żarcie było pyszne, a kelner był ROBOTEM 🙂 Wzięliśmy różne rzeczy, które każdy ustawiał na wielkiej tacy obrotowej, a na deser LILKA (nasz domowy specjalista od Azji) zamówiła moji. Najlepsze, że z nami na sali trafiło się dwóch kulinarnych recenzentów, ale gdy zobaczyli robota z tacami to jeden powiedział: j pie…lę. 🙂
Btw. jedna znajoma, co się specjalizuje w kulturze Azji powiedziała: Żadna zapaść klimatyczna tylko cykle natury tygrysa wodnego yang. Wiatry, wichry i tajfuny będą nam towarzyszyły w tym roku. Także tak. Azja, Tygrys, wichury, no i po dwudzionku!



