Hbmg

Szlezwik-Holsztyn to najbardziej na północ wysunięty Niemiecki kraj związkowy. Leży tuż przy granicy z Danią i Belgią, mieszkańcy są dumni, że są mieszkańcami północy (Starkowie?), można tu dotrzeć AŻ do dwóch mórz, a sercem regionu jest Hamburg. I jest to miasto fantastyczne! Są zamalowane graffiti dzielnice artystów, jest dzielnica rozpusty (niezły paradox bo w pandemii może nie co drugi, ale co siódmy b-del zastąpiono Covid Center i idziesz i czytasz te szyldy zastanawiając się CO TO takiego, a tu raz po raz punkt z testami), jest imponująca Filharmonia, na szczyt której wjeżdża się zakręcającymi schodami ruchomymi, doskonały Fishmarket i dużo, dużo więcej. Można podbić do słynącej z marcepanu Lubeki, albo zajrzeć nad morze. Bałtyckie, gdzie na wietrznych fiordach skupili się kite-rzy, albo Północne, gdzie odpływy morza są parokilometrowe. Więc idziesz i idziesz a morza nie ma. A potem ono nadpływa i na pomostach zapalają się migające latarnie, że idzie przypływ i tam gdzie AKURAT jesteś za chwilę będzie 4 metrowe morze! Jadąc trochę na północ zaczynają się skaliste wybrzeża, gdzie rano można spotkać foki, a jadąc na południe trafisz do miasta rozsławionego przez Grimmów, czyli Bremy.

Z odkryć smakowych czymś wybitnym okazała się być kanapka ze świeżym śledziem…. Jadłam też kanapki z krabami, które są hamburskim przysmakiem, ale śledź bije je na głowę. Byliśmy w dwóch muzeach: słynnym Kunstzhalle (to jest bardzo fajne, że w Niemczech dzieci do 18-roku życia wchodzą tam za darmo) oraz w Muzeum Przypraw, które było świetne. Umieszczone w dokach, na drugim piętrze, na niższych były regularne składy portowe (parter to były dywany tureckie), a jako bilet dostawało się torebkę przypraw. Ach, no i ta portowa dzielnica! Czy wiecie, że Hamburg ma więcej mostów niż Wenecja i Amsterdam razem wzięte?

Podobało nam się. Nawet bardzo. Znaleźliśmy nawet naszą wyspę, gdzie chcę z dzieciakami pojechać. Wynająć rowery w Hamburgu i pojechać na wyspę. Coś jak na Bornholm, ale bez masy snobów na jakichś kosmicznych dwukołowcach. Jeździliśmy miejską komunikacją i było to bardzo wygodne. Miałam niezłe auto do dyspozycji, podjeżdżałam nim pod skrajną stację metra i dalej przemieszczaliśmy się pieszo, metrem i autobusami. W dni, kiedy jechał z nami Diabli, brał busa i tłukliśmy się wszyscy takim vanem. Okolica w której mieszka jest ładna, zielona i rolnicza. Po samych Niemczech jeździ się bardzo dobrze. Oni jeżdżą wolno (lubię to), nikt na nikogo nie trąbi i nie pogania na światłach. Naprawdę, jazda po Polsce jest dużo bardziej agresywna.

Zwarć żadnych właściwie nie było. Młodsza siostra dzieciaków jest małą twardzielką i bez marudzenia pokonywała z nami te ogromne kilometraże. Spina była czasem rano, bo my wychodzimy szybko, jak ktoś nie ma ochoty jeść, to dostaje na mieście frytki i w ten sposób od momentu pobudki w ciągu 30 minut siedzimy w aucie. A gdy wychodziliśmy wszyscy razem to to się rozciągało. I gdy jechaliśmy w miejsce gdzie RANO można spotkać foki, a wychodziliśmy o 13-stej, a docieraliśmy przez 15-stą, to jasna sprawa, że TYCH fok już nie było. A w kolejne miejsce na trasie docieraliśmy o zachodzie słońca… No ale, tak jak pisałam przed wyjazdem: my lubimy TAK napiąć i czasem trzeba się dostosować.

Do powtórki? Zdecydowanie TAK!

Filharmonia:

Lubeka: marcepanowe królestwo:

Fiordu na Bałtyku. Spójrzcie na mapę regionu, żeby zrozumieć o co chodzi z tymi dwoma morzami i dlaczego to drugie ma takie odpływy.

Reeperbahn, czyi dzielnica czerwonych latarni, która btw. dzieciom się NIE spodobała.

Drugie morze. Północne:

Inny fragment tego samego wybrzeża. Skałki dla morskich ssaków i małe miasteczka, gdzie serwują kanapki ze śledziami. Myśmy nazwali sobie to miejsce Wyspy Owcze. Płasko, wietrzenie, wilgotno. Tajemniczo!

Tunel pod Łebą. Niezły. Zjeżdżasz windą, widzisz Hamburg z drugiej strony i wracasz. Btw. też jest to atrakcja bezpłatna:

Zrobiłam astronomiczną ilość zdjęć. Jutro cd :))