Baletniczki

Po pierwsze i najważniejsze, mam nadzieję, że nas nie usuną z tych zajęć 🙂 Łucja po każdym ćwiczeniu podskakuje z tej ekscytacji 🙂 Lilka robi wszystko po swojemu, ale zawsze patrzy na swoje odbicie 🙂 Miały tak przeskakać trzymając się pod boki. Z jednego krańca sali na drugi. Instruktorka złapała Lilę w pasie by ją poprowadzić. A ta zgięła nogi w kolanach (no bo jakoś spodobała jej się ta wizja, że ona leci nad tą salą :))) I zdjęcie robione przez szybę 😉

<><>

Powiem Wam, że tak jechałam sobie wczoraj ciemną nocą i ciemność taka mroczna ciemność, nieba bez gwiazd jest przerażająca. Droga w ogóle była dobra, pusta i sucha, ale jak się wjedzie w takie lasy, kiedy włączasz długie i nie widzisz nawet czubków drzew to zaczynasz rozumieć dlaczego najbardziej przerażają fantastyczne światy mroku. Latem jest inaczej, a teraz jak masz albo ciemność absolutną, albo taką przysnutą mgłą z kominów, kiedy mijasz wsie i czujesz zapach palonego węgla, to zdajesz sobie sprawę, że jesteśmy gatunkiem słonecznym.

Albo ten bobek wynosi się znaszego łóżka, albo ja przeprowadzam się na poddasze!

– Diabli. Strachy na lachy 😉

W książce, którą czytam był fajne zdanie: „Tatusiu… To słowo, za którym tęsknimy cały dzień, ale w nocy staje się koszmarem”. Mieszo co prawda jeszcze nie mówi, ale odłożyć go do łóżeczka graniczy z cudem. O ile w dzień ja nie jestem mu potrzebna praktycznie do niczego, to w nocy stanowimy symbiozę niczym drzewo i huba. Raz na jakiś czas podejmuję próbę umieszczenia go w łóżku, co można w ciągu 7 godzin snu robić nawet pięciokrotnie. Jakimś wewnętrznym radarem budzi się jak jest sam… To po prostu MÓJ mężczyzna :))

I jest inny. Może to nie kwestia płci, a kolejności, ale jest inny. Dziewczyny przypełzały do mnie i trzymały mnie za nogę. On siedzi na środku, śmieje się i podnosi ręce. A jeśli nie patrzę się na niego to pokrzykuje, żebym spojrzała 🙂 Obejrzałam dziś w Mad Manie scenę na którą czekałam. Poród w 3-cim sezonie. W latach ’60 jawi mi się jako niezły hard core. Nie było jednak tak źle. Gdy mama wybudza się po porodzie (bo nie poszedł do końca idealnie) trzyma na ręku pakunek z dzieckiem. Sala szpitalna, na łóżku w nogach siedzi mąż. Ona patrzy na dziecko i mówi: Jest śliczna. A on jej odpowiada: To chłopak 🙂

<<>>

Dziś w nocy Diabli się wysypia. Wywiało go do Lwowa, ja więc pakuję manatki i jadę tradycyjnie do dziadków. Bo balecie oczywiście 😉

Babskie zachcianki

Jest w jednym z pierwszych odcinków Mad Mana ciekawa scena. Na idylliczne osiedle perfekcyjnych żon i sterylnych dzieci wprowadza się ROZWÓDKA. Jedna z bohaterek zaprasza ją, wraz z jej dziećmi, na urodziny córki. Panowie w salonie kopcą cygara i rozmawiają o pieniądzach, panie w kuchni plotkują. Bez złości, ale z autentycznym współczuciem schodzą na nieobecną chwilowo rozwódkę. Któraś mówi:

  • Nie wiem co jest gorsze. Papier w Mikołaje w jaki zapakowała prezent czy niewyprasowane ubranka jej dzieci…

Niezłe… Ale to ich stwierdzenie, to o coś więcej niż pusta konstatacja faux pas. Ten papier świąteczny w środku lata to symbol tego, że osoba pakująca prezent nie ma czasu by myśleć o głupotach.  A mówcie co chcecie, ale kobiece potrzeby składają się z głupot (męskie zresztą też, ale to innego rodzaju głupoty). Czasem z nich rezygnujemy, ale brak nam ich.

Wczoraj kurier przywiózł mi paczkę ze sklepu z akcesoriami cukierniczymi. Nie, nie zamierzam podejmować kolejnej ekstremalnej próby kucharskiej. Po prostu potrzebowałam różnokolorowe papilotki do babeczek (bo ostatnio piekłam bez 😦 , foremki do wycinania ciastek (decory jesienne), chorągiewki do ozdabiania i słodkie mazaki. Było mi to absolutnie do niczego i do wszystkiego potrzebne! Najpierw przekładałam i rozkładałam je ja, a potem przyszły z przedszkola dziewczyny i przekładały one. To bardzo przyjemne, więc może dziś coś z nimi zrobimy?! 🙂

Cisza oznacza problem

Na nowo odkrywam tę wielką prawdę… Miecho, którego nie słychać, znaczy, że albo odkrył poranny jogurt dziewczyn postawiony na podłodze, albo jakąś książkę, którą można podrzeć, albo gryzie buta. Stojak z żeliwnymi akcesoriami do kominka już schowałam, bo uwielbiał w nie walić (dziewczyny też to robiły).

Co więcej: spotkałam się ostatnio ze znajomą, która miała drugie dziecko, jak starsze miało 4 lata. Chciałam z nią pogadać i zapytać co zrobiła z tymi wszystkimi małymi zabawkami, bo pamiętałam, że się o to martwiła. Okazało się, że pochowała. Na pół roku wszystkie małe laleczki jej córki zniknęły. I jak młodzian zaczął chodzić i automatycznie przestał pożerać każdy znaleziony drobiazg, wyjęła. I ja robię to samo. Wszystkie ciasteczka, babeczki i torty Truskawkowego Ciastka (to rzeczy wielkości małego paznokcia) wylądowały na szafie. I pomimo sprzeciwów zdejmę je dopiero jak Miecho-parówkożerca (czy wiecie, że wrąbał wczoraj całą parówkę?!?) stanie na nogi nie będzie tak blisko atrakcji na podłodze!

<><>

Diabli puszcza dziewczynom balet. Wybiera filmik i puszcza. Tym razem Jezioro Łabędzie

  • Dziewczynki! Chodźcie zobaczyć balet!

Lila:

  • Ojej! Bociany! Jak żywe! :)))

Wspomnienie dzisiejszego poranka

Najtrudniejszą rolę w wielopokoleniowej rodzinie ma zięć. Długo sądziłam, że najbardziej przechlapane ma synowa, ale zdecydowanie najtrudniej ma zięć. Musi i podołać oczekiwaniom żony i zaspokoić marzenia jej ojca o idealnym partnerze dla córki oraz brata (o idealnym mężu dla siostry). Pod obstrzałem z każdej możliwej strony. I na dodatek o ile mężczyźni lekko odcinają się od wcześniejszego życia, to kobiety ciągną do tych swoich mocno. Właściwie to jedynym sprzymierzeńcem jest na ogół teściowa…

Staram się o tym pamiętać, i za każdym razem jak urządzam Diablemu jakąś jazdę (typu ta z dziś), to szybko doprowadzam się do porządku i przypominam tę zasadę. Oraz jeszcze jedną, że do czego jak do czego, ale do mężczyzn szczęście mam. Bo mam. Bo doszłam do wniosku, że każda kobieta czasem wali głową w mur, że nie ma prawdziwych rycerzy, ale jak się siądziemy i zastanowimy, to tak źle chyba nie jest? A właściwie to nawet jest wyjątkowo dobrze!

I trzymając się tej myśli otwieram właśnie paczkę moich ulubionych herbatników. Przez miesiąc ich sobie nie kupowałam, bo nie było, a dziś odkryłam, że były tylko producent rebrandingował opakowania i ich nie widziałam!

Na głód jabłko…

Łucja z Lilą:

  • Bardzo lubię jabłka, Lila.
  • Dlaczego Łucja bardzo lubisz jabłka?
  • Bo jak nie ma nic w domu do jedzenia, to zawsze mogę jeść jabłka.
  • Aha, Łucja.

🙂 Podsłuchałam i wygoniłam Diabla po zakupy. Bo obiad obiadem, ale żeby dzieci miały jakieś serko-bakusio-jogurto-zapychacze pomiędzy. I przy okazji okazało się, że Mieszko lubi jogurty. Tylko nie wiem czy mogę mu już je dawać? Swoich kaszek jeść nie chce :/

Najdżiria

Szukałam i szukałam i znalazłam! Zaczynałam jedne, kończyłam drugie, przerywałam trzecie i bingo! W stercie książek bibliotecznych przerabianych ostatnio właśnie zamknęłam okładkę tej, która mnie rozwaliła 🙂 Fioletowy hibiskus. Rzecz się dzieje we współczesnej Nigerii, w tle wojna domowa, a na pierwszym planie rodzina z problemem. Jeśli miałbym się przyczepić, to ostatni rozdział jest niepotrzebny, ale ponieważ lubię pozamykane historie, to dobrze, że jest. Czytałam jedząc jabłka na dobranoc, w aucie (jako pasażer) w drodze po baletki dla dziewczyn (bo okazało się, że co jak co, ale baletki mają być profesjonalne i dzielone na stopie) i na obiad urodzinowy do babci Krysi oraz w wannie z Miechem.

Znałam kiedyś jednego pasjonata czarnego lądu, który mawiał, że owoce nigdzie nie smakują tak jak w Afryce. Że mango nigdzie nie jest tak soczyste, a banany tak słodkie… Ta książka to jest ten klimat. Kurz, brud, problemy, fanatyzm i aromaty. Jak dobra wycieczka. Dystansuje do świata i codzienności.

Ooooo, here he comes… He is a cell-eater!

Stanleyowa napisała na styczniówkach: Macie takie gumowane nakolanniki? Ja kupiłam Staśkowi i od razu przestał się ślizgać po panelach i zaczął raczkować. Mi poleciła je fizjoterapeutka. Nie miałam, więc dorzuciłam się do zbiorczego zamówienie i czekam na listonosza. Ale nie wiem czy się nie spóźni… Mieszko zaczął się czołgać jakieś 10 dni temu. A od soboty (czyli od 5 dni) już zasuwa na czworaka. To uzasadnione, bo na czworaka męczy się jednak dużo mniej niż czołgając. Inna sprawa, że przejście z jednego etapu na drugi dziewczynom zajęło chyba koło miesiąca…

Oooo, here he comes! W tle leci Maneater :))

 

http://www.wrzuta.pl/embed_video.js?key=1DFywEHGq5u&login=justa99&width=290&height=267&bg=ffffff

Omnia vincit amor

– czyli Love Conquers All. Zasłyszane na Haven.

Są takie dni kiedy z niczym się nie wyrabiam. Nic mi nie wychodzi, ciągle biegnę i nigdzie nie zdążam. To był taki dzień. Punkt kulminacyjny był kiedy odwiozłam dziewczyny na balet, udało mi wcisnąć do sali obie i w ciągu pół godziny musiałam gdzieś pojechać coś zawieźć i wrócić. Z grona obcych babek na korytarzu przed salą wydłubałam tę, którą kojarzyłam z przedszkola Łucji i poprosiłam by spojrzała na dziewczyny gdybym się nie wyrobiła.

Wsiadałam do auta i powiedziałam: Proszę, jeśli jest ktoś na górze, to wydłuż mi czas i spraw bym zdążyła. I jakimś cudem zdążyłam. Nawet zobaczyłam kawałek tych baleto-tańców :)) Lila dość wybiórczo traktuje polecenia :))) Ale wychodząc rozkosznie zrobiła papa do Madam i ta zapytana później, czy mogą chodzić obie, wykrzyknęła: Oczywiście!

Teraz już dochodzi obiad i jest mi dobrze. Tak w ogóle to miałam dziś napisać, że dziewczyny wszystko mi podbierają. Pamiętam jak latami chodziłam wokół drewnianego pudełeczka na pierścionki Lutki i dostałam je w okolicach 18-stki. To same pudełeczko dziewczyny sobie po prostu wzięły. Przełożyły pierścionki do innego, a to zagospodarowały jakimiś kamyczkami. I wcale się mnie nie zapytały o zdanie! :))

Trudniejsze niż zadanie pytania, jest wysłuchanie odpowiedzi

własne 😉 efekt niedzielnej rozmowy z Krzychem.

Wyrwałam się ostatnio z domu tylko z Łucją. Nie pamiętam kiedy byłyśmy tylko we dwie. Zawsze jest ktoś jeszcze. Bardzo jej się ta wyprawa spodobała. Szłyśmy za ręce, ona podskakiwała i opowiadała o tym, że musimy częściej tak robić. Musimy! Weszłyśmy do H&M-u i utknęłam przy wielkim regale z napisem 5PLN. Stoję i oglądam filcowe pierścionki, a ona do mnie: Mamo, chyba nie po to tu przyszłyśmy?

Z Diablim się zastanawialiśmy wczoraj jakie to one będą te nasze dziewczyny… Wygarnął mi, że przecież one są zupełnie różne! Więc mówię, że wiem! Bo wiem! W warunkach amerykańskich Łucja jest w grupie cheerleaderek, które idą środkiem korytarza, a Lila gotykową dziewczyną w obowiązkowej opasce na głowie, która coś mruczy do siebie wyciągając książkę z szafki :))) Różne, ale obie wspaniałe!

<><>

I postanowiłam zrobić landrynki z winogron. Krzycho przywiózł nam siatę ich winogron i postanowiłam je przetworzyć. Są ciemne, aromatyczne, ale większą część zajmuje skórka i pestki. Zagotowałam, przetarłam przez sitko do przecierów, ale nie wiem co dalej :/ Może trochę odparuję? Spróbuję kawałek odlać i poeksperymentować… Masło? Kasza manna? Śmietanka?

Btw. wyjść pewnie nie wyjdzie, ale w całym domu pięknie pachnie! 😀