z gołymi stopami po sawannie

Jedna moja znajoma zrobiła coś o czym myślę od wczoraj. Opowiem Wam o niej… Życie ułożyło się jej barwnie: studiowała na Sardynii, ma tam zresztą dom, ale mieszka i pracuje w Polsce. Ja poznałam się z nią, gdy uczyła mnie angielskiego. To taka duża biuściasta blondyna z długimi włosami i ogromnym poczuciem humoru. Jak dla mnie tak wygląda archetyp matki, chociaż ona akurat dzieci nie ma. Przez chwilę miała męża, ale już jest sama. Brak obu tych elementów (mąż+dzieci) czyni ją w moich oczach osobą ze sporą ilością wolnego czasu.

No i wczoraj dowiedziałam się, że adoptowała dziecko. Tak wirtualnie. O takich adopcjach już słyszałam, ale ona jest pierwszą znaną mi realnie osobą, która to zrobiła. Szykuje teraz wielką paczkę na Boże Narodzenie, a kolejne wakacje chce spędzić z małą w jej rodzinnej Zambii. No i strasznie, strasznie mi się taka idea podoba. Być może to moda i populizm, ale nie może być złe uwrażliwianie społeczeństwa i altrusityczna chęć pomocy. Bardzo jestem ciekawa ich spotkania i tak zamarzyło mi się, że może i my, kiedyś jak będziemy choć trochę- trochę bogatsi to też byśmy tak zrobili… Tak żeby do naszej rodziny w pewien sposób dołączył jakiś mały Malcolm, albo urocza Hope :))

Obejrzyjcie sobie zresztą filmik. Nie musicie cały, bo długi, więc wystarczy kawałek. Jej mała ma na imię Patricia. Łatwo znaleźć bo dzieciaki są alfabetycznie i ona jest chwilę po 6-tej minucie :DD