Albo ten bobek wynosi się znaszego łóżka, albo ja przeprowadzam się na poddasze!

– Diabli. Strachy na lachy 😉

W książce, którą czytam był fajne zdanie: „Tatusiu… To słowo, za którym tęsknimy cały dzień, ale w nocy staje się koszmarem”. Mieszo co prawda jeszcze nie mówi, ale odłożyć go do łóżeczka graniczy z cudem. O ile w dzień ja nie jestem mu potrzebna praktycznie do niczego, to w nocy stanowimy symbiozę niczym drzewo i huba. Raz na jakiś czas podejmuję próbę umieszczenia go w łóżku, co można w ciągu 7 godzin snu robić nawet pięciokrotnie. Jakimś wewnętrznym radarem budzi się jak jest sam… To po prostu MÓJ mężczyzna :))

I jest inny. Może to nie kwestia płci, a kolejności, ale jest inny. Dziewczyny przypełzały do mnie i trzymały mnie za nogę. On siedzi na środku, śmieje się i podnosi ręce. A jeśli nie patrzę się na niego to pokrzykuje, żebym spojrzała 🙂 Obejrzałam dziś w Mad Manie scenę na którą czekałam. Poród w 3-cim sezonie. W latach ’60 jawi mi się jako niezły hard core. Nie było jednak tak źle. Gdy mama wybudza się po porodzie (bo nie poszedł do końca idealnie) trzyma na ręku pakunek z dzieckiem. Sala szpitalna, na łóżku w nogach siedzi mąż. Ona patrzy na dziecko i mówi: Jest śliczna. A on jej odpowiada: To chłopak 🙂

<<>>

Dziś w nocy Diabli się wysypia. Wywiało go do Lwowa, ja więc pakuję manatki i jadę tradycyjnie do dziadków. Bo balecie oczywiście 😉