Najdżiria

Szukałam i szukałam i znalazłam! Zaczynałam jedne, kończyłam drugie, przerywałam trzecie i bingo! W stercie książek bibliotecznych przerabianych ostatnio właśnie zamknęłam okładkę tej, która mnie rozwaliła 🙂 Fioletowy hibiskus. Rzecz się dzieje we współczesnej Nigerii, w tle wojna domowa, a na pierwszym planie rodzina z problemem. Jeśli miałbym się przyczepić, to ostatni rozdział jest niepotrzebny, ale ponieważ lubię pozamykane historie, to dobrze, że jest. Czytałam jedząc jabłka na dobranoc, w aucie (jako pasażer) w drodze po baletki dla dziewczyn (bo okazało się, że co jak co, ale baletki mają być profesjonalne i dzielone na stopie) i na obiad urodzinowy do babci Krysi oraz w wannie z Miechem.

Znałam kiedyś jednego pasjonata czarnego lądu, który mawiał, że owoce nigdzie nie smakują tak jak w Afryce. Że mango nigdzie nie jest tak soczyste, a banany tak słodkie… Ta książka to jest ten klimat. Kurz, brud, problemy, fanatyzm i aromaty. Jak dobra wycieczka. Dystansuje do świata i codzienności.